sobota, 15 kwietnia 2017

ZAPOMNIANY WALC, ANNE ENRIGHT

czyli rzecz, która jest romansem i wcale nim nie jest












The Forgotten Waltz - wyd. oryginalne 2011 - wyd. polskie 2017 - tłum. Grzegorz Buczkowski - Wiatr od Morza - 256 stron

dwa słowa: koniec bajek


Jest w tej książce coś osobliwego. Główna bohaterka? Jej historia? A może jakaś wypadkowa tych dwóch – prostota, z jaką opowiada nam o zawiłym związku. Ale zaraz! Przecież w zdradzie nie ma nic złożonego, przecież nie jest to ani nieprawdopodobne, ani rzadko spotykane; nie jest też dobre, więc dlaczego z takim żalem odkłada się książkę na bok?

Gina opowiada czytelnikowi o swoim romansie
Nie tylko o tym – w jej historii nie brak przecież swobodnych nawiązań, tego pędu swobodnej opowieści zmuszającego do zwracania uwagi na drobiazgi, które wszechwiedzący narrator by pominął. Ale i pomijania tych, które czuwający zewsząd nad rozwojem sytuacji narrator nie przeoczyłby. Gina ma około trzydziestu lat, męża. I kochanka. Jak doszło do ich pierwszego spotkania, jak rozgrywał się ten związek, co zdarzyło się, gdy dowiedział się o nim świat? Bez sentymentalizmu, bez usprawiedliwiania się – czy na pewno? Przecież człowiek z natury lubi się usprawiedliwiać i zrzucać winę na osoby trzecie. Tu też jest trzecia – Evie, córeczka Seana. Na początku zaledwie jako jakieś nieuchwytne widmo, jednak z rozdziału na rozdział – gdy romans przekształca się w stałą część życia, gdy pochłania coraz więcej czasu Giny – staje się istotniejszym bohaterem. 

Zawiłe czy nie?
Nie ma ani w tej bohaterce, ani w tej historii absolutnie niczego zawiłego. To rzecz, z której dość szybko zdałam sobie sprawę. Szkielet jest prosty, bezwstydny, brutalny. Skąd osobliwość? Chyba tylko z perspektywy, która jest tak intymna, że chwilami – tak mi się zdaje – narratorka sama przed sobą wstydzi się niektórych wniosków. Opowiada jednak lekko, chwytając swoje życie w ramy ironiczne, łagodne. Ocenia siebie, a jednocześnie niezupełnie – bo kto z nas byłby w stanie w pełni obiektywnie wskazać swoje błędy, zwłaszcza te związane z miłością? Uczucia manipulują perspektywą.

Wydaje mi się, że w jakimś sensie wszystko opiera się na szczegółach. Nie ma tu przecież wszechwiedzącego narratora. Cokolwiek powiedziane o postaciach czy zdarzeniach, przechodzi przez Ginę. Bohaterów poznajemy za sprawą szczegółów, które widzi narratorka; niektóre rzeczy z czasem stają się dla niej jasne, a wiele – jak sądzę – odczytuje błędnie. Choćby opis Seana – taki obraz może mieć w głowie tylko zakochana kobieta; takie drobiazgi, dla innej osoby odrzucające, ubóstwiać może tylko ktoś zauroczony. Jest w tej książce coś osobliwego, bo traktuje o zdradzie w sposób czuły, a jednocześnie szczery. Na tyle szczery, na ile Gina może się do tego przyznać.

Pozornie wielki romans zmienia się w...
W końcu przecież musiał pojawić się ból i wielki romans musiał zmienić się w szare życie. Ta powieść nie zachęca mnie do porywczej miłości, do oddawania się uczuciu; nie jest to ani bajka, ani historia z happy endem. Czuję się po lekturze tej książki zdławiona i przygaszona; nie pałam sympatią ani w stosunku do Giny, ani jej męża czy rodziny, ani w stosunku do Seana, jego córki czy żony. Czuję gorycz. Czuję jak pozorne piękno uczucia zderza się z rzeczywistością – i jak zostaje z niego tylko jakiś marny żal, który można ubrać w słowa piosenki, mając przy tym nadzieję, że tak utrwalone dźwięki będą w stanie za jakiś czas przypominać dawne emocje.

Wejście w pamięć Giny to doświadczenie, z którego trudno się otrząsnąć. Jest zadziwiająco zwyczajna, sama w sobie nieciekawa; na początku przekonana o tym, że Sean da jej coś niepowtarzalnego. Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie prędko rozpisany romans zostaje zderzony z prozaizmem codzienności; jak to się dzieje, że z pierwszego zauroczenia związek Giny z jej kochankiem zaczyna przypominać coś na kształt starego, zmęczonego sobą małżeństwa. No i ta trzecia – Evie, która staje się bohaterem ważniejszym niż sam Sean; Evie, która jest postacią o wiele ciekawszą niż którakolwiek z pozostałych. Czy to więc na pewno romans? A może wcale nie chodzi o - z rozdziału na rozdział coraz powszedniejący i wyblakły - związek, ale właśnie o Evie? Córkę, która widzi to, czego nie powinna; chorą, wrzuconą niewłaściwie między sprawy dorosłych, a więc już na zawsze w jakiś sposób naznaczoną ich problemami, rozterkami, ich nerwicą i zmęczeniem? Mam wątpliwości.

Jedyne, co wiem...
...to że ta książka jest fenomenalna. Angażująca. Napisana z dużą znajomością ludzkiej natury - i dająca zaskakująco mało odpowiedzi. Dobra, satysfakcjonująca i nużąca. Takie książki warto czytać. Chce się czytać. I bardzo trudno odłożyć ją na półkę.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

czwartek, 13 kwietnia 2017

ZJAWA, Michael Punke

czyli książka, która narobiła mi apetytu na czytanie,
a przy okazji nieźle mnie wkurwiła














The Revenant - wyd. oryginalne 2002 - wyd. polskie 2016 - tłum. Przemysław Hejmej - Sonia Draga - 296 stron

dwa słowa: mój boże!


Był sobie film…
Jakim cudem takie emocje? Znałam przecież już wcześniej tę historię, więc pewne rzeczy powinnam kojarzyć, prawda? Powinnam wiedzieć, do czego mnie to zaprowadzi, co się ze mną stanie. Właśnie, że nie! A wszystko przez pewien przypadek. Dwa razy w życiu zdarzyło mi się oglądać długi i (w mojej opinii) nużący film, męczyć się z nim, wiercić, spinać – wszystko po to, by nie wytrzymać i ostatnie minuty przespać. Stracić clue. Pierwszy - Porwanie Michela Houellebecqa. Drugi – Zjawa. Jak się skończyła? Zabijcie, ale nie wiem! Może gdybym pamiętała, odbiór książki byłby inny?

Jeśli ktoś nie jest na czasie – to właśnie za Zjawę w reżyserii Iñárritu Leonardo DiCaprio otrzymał Oscara, a film został doceniony m.in. za wykorzystanie naturalnych scenerii (trudne warunki, mało światła – naprawdę było przy tym roboty!) oraz niezwykłą troskę o realistyczne przedstawienie Indian. Wracając jednak do książki – oparta została na prawdziwych wydarzeniach. Jeśli jeszcze nie macie dreszczy, czytajcie dalej: traper Hugh Glass, członek wyprawy w poszukiwaniu cennych skór, został zaatakowany przez niedźwiedzia; niemal doszczętnie oskalpowany, z rozharatanym gardłem i poszarpanym ciałem jest półżywy, półświadomy – a jednak w swoim tragicznym stanie widzi jak jego współtowarzysze porzucają go na pastwę losu, kradnąc jednocześnie wszystko, co mogłoby dać mu jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Rozumiecie już, dlaczego książka ta jest opowieścią o zemście?

…więc w końcu sięgnęłam po książkę
Sięgałam po nią bardzo długo, od samego zakupu kilka miesięcy temu, ale nigdy wcześniej nie trafiła bliżej niż na biały stoliczek LACK, który jest niejaką poczekalnią w drodze do mej uwagi. Ale w końcu pojawiło się odpowiednie miejsce i odpowiedni czas, jakaś podróż pociągiem czy kolejka – zaczęłam czytać. Przepadłam. A może zdarzyło się ze mną coś więcej? Na wpół zapomniane obrazy z filmowej Zjawy zaczęłam nakładać własne, bardziej wyraźne, a fabuła tak jednostajna na ekranie stała się czymś żywym, obecnym. Wczepiła we mnie pazury i naderwała mi sporo mięśni.

Gdyby istniał mięsień współczucia, na pewno by oberwał. Mam zresztą wrażenie, że powieść ta w jakiś sposób upośledza człowieka. Jak? Czytałam ją z ogromnym napięciem – ale nie dopingowałam żadnemu bohaterowi; wstrzymywałam oddech, czytając opisy ran – ale w mojej głowie równie lekko pojawiały się wizje krajobrazów; wyczekiwałam kolejnych starań – ale nie podziwiałam ani zmyślności postaci, ani ironii losu.

Co więc dzieje się z czytelnikiem? Wydaje mi się, że już od pierwszych stron dokładnie wie, gdzie się znalazł – oto rysuje się przed nim jakaś przeokrutna dzicz i choć włazi w nią całym sobą, jednocześnie przez cały czas czuje komfort bezpiecznego domu, wygodnych bucików na nóżkach i smarfona przy tyłku. To dobra perspektywa, gdy czyta się o mężczyźnie wleczonym, czołgającym się, kulejącym; mężczyźnie, który doświadczył wszystkich aspektów okrucieństwa dziewiczej Ameryki; mężczyźnie przerażonym, wkurwionym, znajdującym się na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Miałam rozdwojenie, przyznaję, jednocześnie czerpiąc ogromną satysfakcję z jego nieszczęścia – i zastanawiając się, czy to nie za dużo, nie za wiele na jednego bohatera?

Ale Zjawa to więcej niż Hugh Glass. Poznajemy innych, bardziej i mniej istotnych w jego historii – dowiadujemy się, kim byli wcześniej, przed podjęciem niewdzięcznej wyprawy. Nie wszyscy są występni, twardzi; nie każdy z nich świadomie zdecydował się na tę podróż. Będzie to więc, oczywiście, książka o zemście – ale nie tylko. Moim zdaniem to powieść o tym, jak skomplikowana jest ludzka natura. Brzmi banalnie? W jakiś dziwaczny sposób wydaje mi się, że w Zjawie ważniejszy jest Fitzgerald, bohater, który porzucił Glassa na pastwę. Bo Glass ze swoją walką o przerwanie, determinacją i przekonaniem o własnej racji staje się herosem, którego podziwiać należy – wstyd nie. Tymczasem Fitzgeralda z jego niehonorowym zachowaniem łatwiej… zrozumieć.

A na koniec – k**wa, serio?
Jeśli miałabym wskazać najbardziej frustrującą lekturę mojego życia, numerem jeden będzie gombrowiczowskie Ferdydurke, numerem dwa - Stary człowiek i morze, a zaszczytne trzecie miejsce zajmie Zjawa. Ta książka chwyta za gardło, za serce, za wątrobę - porywa w szaloną podróż do przeszłości, na dzikie tereny, gdzie uciekałam razem z bohaterami przed Indianami, gdzie drżałam razem z nimi z chłodu i gdzie wpatrywałam się wspólnie z nimi w twarze współtowarzyszów, zastanawiając się, jakie zdarzenia zmusiły ich do tej pracy. Śledziłam uważnie każdą pokonaną przez nich milę. Ból Glassa był moim bólem. Wątpliwości pozostałych traperów - moimi. Dałam się zbajerować tej powieści, utonęłam w niej...

Zakończenie zostawiło mnie z bólem głowy i rosnącą zgagą w przełyku. Na książkowych bogów, kocham tę książkę i nienawidzę jej jednocześnie równie bardzo. Polecam? Polecam! I chyba dopiero teraz jestem gotowa na film.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...