wtorek, 27 września 2016

ZGROZA W DUNWICH I INNE PRZERAŻAJĄCE OPOWIEŚCI, Howard Phillips Lovecraft







Tytuł: Zgroza w Dunwich i inne prze­ra­ża­jące opo­wie­ści
Autor: Howard Phillips Lovecraft
Data tego wyd.: wrzesień 2012
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 792

Jedno słowo: smakołyk






Groza. Niektórzy czerpią z niej przyjemność, inni ją omijają. Jedni cenią sobie niestworzone historie o monstrach, prawdziwe, krwawe horrory - inni wolą poczucie niepokoju, które towarzyszy sugestywnym opowieściom na faktach. Co proponuje Lovecraft?

Książka ta jest zbiorem prozy amerykańskiego pisarza, utworów pisanych między 1917 a 1935 rokiem. Całość uzupełnia posłowie Macieja Płazy, który dokonuje analizy życia oraz twórczości autora. Wśród tekstów znajdują się te najważniejsze, m.in. tytułowa Zgroza w Dunwich, ale także Muzyka Ericha Zanna, Dagon, Szepczący w ciemności. To nowy przekład i spójne wydanie tekstów Lovecrafta. Wydawnictwo wydało także tom dotyczący historii fantastycznych: Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne.

Skusiłam się na te pozycję, bo uwielbiam niestworzone historie i niesamowitość. Nie mam zaufania do chłodnego, futurystycznego sci-fi. Wolę opowieści mniej oczywiste, wolne od wyskakujących potworów czy klasycznych duchów. Szukam niepokoju, podoba mi się ponowne i ponowne odtwarzanie bardzo typowych motywów - nocy, mrocznej scenerii, samotnego domu, zabłąkanego w swoim charakterze bohatera, budzących grozę stworzeń. Stąd moje zainteresowanie czarnym romantyzmem - czerpiącym z ludowych opowieści, maskującym granicę między tym, co rzeczywiste a wyśnione czy szalone. Porzućmy jednak romantyzm, czas ruszyć w niezwykłą, mroczną podróż do klasyki amerykańskiej prozy. W jaki sposób opowiedzieć o propozycji Lovecrafta? Nazywa się jego utwory horrorem science fiction czy też horrorem kosmicznym - ponieważ zamiast potworów doskonale znanych z ludowych podań czy dzieł innych autorów (wampirów etc.) wprowadza w kreowane przez siebie światy stworzenia z innych wymiarów, tajemnicze monstra będące skutkami działań szalonych naukowców. Tworzy w końcu własną mitologię, a jego Wieczni Przedwieczni (demoniczne/boskie istoty) rozsiewają mrok…

Nie będę przytaczać, o czym są poszczególne opowiadania. Mogę powiedzieć ogólnie, że to relacje dotyczące chłodnych, surowych, dzikich miejsc, domów, których ściany są przesiąknięte grozą, potwornością, wspomnieniem mrocznych i obrzydliwych czasów. Bohaterowie to często kreacje niezwykle wrażliwe, podatne na legendy, dostrzegające więcej, niż powinny. Literacko – smaczek. Nie czytałam innych tłumaczeń Love­crafta i nie wiem, czy chcę – bo to fantastycznie ujmuje ciężki rytm zdań, pewnego rodzaju powtarzalność, ostre rysy obrazów, nieco patetyczny, monumentalny styl. Znajduje się tu wiele archaizmów, składnia jest bardzo złożona i nieco staroświecka, ale właśnie dzięki temu czytelnik może odczuć klimat historii. Do czytania tych opowiadań trzeba mieć wiele cierpliwości i uważam, że najgorsze, co może się przydarzyć czytelnikowi, to przeglądanie jednej opowieści po drugiej. Ja tego nie potrafiłam, dlatego lektura zajęła mi sporo czasu. Ale, co istotne – do niektórych historii wracałam kolejnego dnia, by przeczytać je jeszcze raz, odkryć więcej, zrozumieć, dostrzec rzeczy, których nie odnotowałam podczas pierwszego spotkania.

Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie Ustalenia w sprawie zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu. Czytałam je trzy czy cztery razy, sięgnęłam też po oryginał. Właśnie takie rzeczy dzieją się, gdy spotykamy się z twórczością Love­crafta – zakochujemy się w jego mrocznych, dziwacznych, ociekających szlamem i śmierdzących strachem historiach. To nie potwory, które wyskakują na drogę – to monstra, które śpią i czekają. Nie można się oderwać, ale jednocześnie trzeba, bo nawarstwienie bardzo podobnych, ale obrabianych z różnych stron motywów może przytłoczyć. Jeśli miałabym ocenić klimat, powiedziałabym, że będzie to późna noc na skałach, kapanie wody, odgłos kroków za plecami – dochodzący spod ziemi. Brzmi tajemniczo?

Choć Love­crafta cechuje pewne upodobanie schematów, moim zdaniem każda historia jest inna, różna od poprzednich. Nie wszystkie są tak samo wciągające, niektóre wstrząsnęły mną bardziej niż inne, ale polecam. Raz, że to klasyk. Dwa, że każda wielka mitologia literacka zasługuje na uwagę, a Love­craft stworzył swoją własną - i jest ona niezwykle pociągająca, choć jednocześnie monstrualnie obrzydliwa. Trzy, że to kawałek doskonałej prozy - językowo na pewno nieprzystępnej dla każdego, ale pozwala przenieść się w pełen grozy, gotycki świat. Chwalę też wydanie - porządne, doskonale przygotowane, z przepięknymi, budzącymi niepokój ilustracjami Johna Coulthara.

Smakołyk - nie słodki, nie ostry. To rzecz, której nie da się ująć jednym słowem, trochę słona, gorzka, kwaśna; trochę jak trucizna, a trochę jak afrodyzjak. To coś, co jednocześnie nie smakuje, ale od czego nie można się oderwać, bo jest jedyne w swoim rodzaju. I czytelnik jest tego świadom od samego początku.


KSIĄŻKĘ OTRZYMAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU VESPER

sobota, 17 września 2016

Nie samą książką człowiek żyje: 3 SERIALE, KTÓRE PORZUCIŁAM (2016)

Prawie rok temu, w listopadzie, pisałam o trzech serialach, które z różnych przyczyn rzuciłam w kąt, olałam, porzuciłam, zdradziłam z innymi. Co ciekawe, były to produkcje przy których cierpliwość skończyła mi się dość szybko, najwcześniej już po kilku odcinkach pierwszej serii, najpóźniej - w czasie trzeciego sezonu.

Tym razem przedstawiam trzy seriale, z którymi byłam całkiem długo. Pięć, niemal sześć i dziewięć sezonów! Dlaczego nie mam ochoty ich oglądać? Czy planuję powrót? 

Od czego by tu zacząć...?



2 BROKE GIRLS (CBS, 2011)

Nowy York, Brooklyn, restauracja Williamsburg Diner. Tu pracuje Max Black, dziewczyna znana z ciętego humoru, zamiłowania do używek i ze swobodnego podejścia do życia. Tu trafia także Caroline Channing - córka miliardera skazanego za oszustwa na karę więzienia, która z dnia na dzień straciła cała fortunę. Połączy je przyjaźń i... chęć rozkręcenia własnego biznesu.

Zaczynam od punktu najbardziej bolesnego, od czegoś, czego się nie spodziewałam. Zaczynam od serialu, który uwielbiałam i który (chyba) lubię nadal, choć jakoś mi ciężko, gdy przychodzi czas włączania kolejnego odcinka. Widzę w Max siebie, a w Caroline swoją BFF, więc nie sądzę, żeby doszło do trwałego rozwodu - ten serial jest po prostu świetny. Uwielbiam Dwie spłukane dziewczyny za ciężki humor, za obśmianie wszystkich narodowości, ras, zawodów, mód, zajęć, problemów. Uwielbiam za to, że serial jest ściśle związany z tym, co aktualnie dzieje się na świecie - dlatego natychmiast odpowiada komentarzem i żartem na topowe tytuły dzienników, zmiany gospodarcze czy plotki z życia celebrytów. Uwielbiam go za grę aktorką - w jakiś sposób ciężką, prostą, mocną jak poczucie humoru. Uwielbiam za stworzone charaktery. I naprawdę, naprawdę szalenie nie znoszę Dwóch spłukanych dziewczyn za to, że serial popadł w jakiś cykl powtórzeń, że rozciąga się, ale nie ewoluuje. Skończyłam oglądać w połowie piątego sezonu, za miesiąc wypuszczą szósty. A ja serio nie wiem, czy jest sens. Ostatnie żarty były żałosne.



THE BIG BANG THEORY (CBS, 2007)

Jak wygląda życie nerda? Czego pragnie fizyk eksperymentalny, jakie problemy może mieć fizyk teoretyczny, czego od życia chce inżynier lotnictwa i co robi w wolnym czasie astrofizyk? Czy każdy nerd jest taki sam jak inni nerdowie? I co wyniknie z połączenia wykształcenia oraz wysokiego poziomu intelektu z prostotą obycia, ale bezproblemowym przystosowaniem społecznym pewnej blondynki?

Za co lubię ten serial? To proste - za... prostotę. Nerd i blondynka, naukowe słownictwo i prosty bełkot, zderzenie przeciwieństw, garść stereotypów, a na deser sporo rozważań o relacjach damsko-męskich. Kiedy zaczynałam oglądać Teorię wielkiego podrywu, nie było innego serialu, który ruszałby w dowcipny sposób tę tematykę. Później coś się pojawiło, ale nie interesowałam się - bo miałam już swój serial o naukowcach. Problem w tym, że wszystko powinno się kiedyś skończyć. Wątpię, by jakakolwiek produkcja mogła osiągnąć to, czego dokonali Przyjaciele - dziesięć niesamowitych, mocnych sezonów. Za kilka dni Teoria wielkiego podrywu wchodzi na ekrany z odcinkiem 10x01. Czy go obejrzę? Przerwałam oglądanie pod koniec 9 sezonu, znużona tym, że wszystkie dowcipne rzeczy zaczęły się robić bardzo przewidywalne, a bohaterowie są jacy są - i tyle. Moim zdaniem serial wypalił się już jakiś czas temu. Niekiedy bawi, niekiedy nie. To za mało.



THE WALKING DEAD (AMC, 2010)

Garstka ludzi vs postapokaliptyczny świat opanowany przez zombie. Grupę tworzą osoby o diametralnie różnych doświadczeniach, pochodzący z często bardzo odległych środowisk. Jest więc m.in. szeryf, dziewczyna wychowana na farmie, gospodyni domowa bita przez męża, mężczyzna pochodzący z patologicznej rodziny, kilkuletni chłopiec. Cel jest prosty - znaleźć schronienie, zaopatrzyć się w jedzenie, uciec przed szwendaczami.

Dwa słowa: chwilowa przerwa. Postapo mnie przyciąga, fascynuje, bawi, odpręża, a nawet uczy. Uwielbiam akcję, dramaty, rozstania, hordy zombiaków i lekkie błędy w serialowej logice. Obejrzałam dokładnie pięć sezonów, wyemitowano szósty, a siódmy zacznie się niebawem. Nadal potrzebuję odpoczynku, zebrania sił, oderwania. Wrócę do tej historii, ponieważ uwielbiam to, w jak szczegółowy sposób tworzy się tu świat przedstawiony, lubię ten brud, strach, przygody, zwroty akcji. Zabolała mnie pewna cholernie nielogiczna śmierć, ale pozwólcie, że nie będę do tego wracać, bo to bolesny moment. (Podpowiadam: And we'll buy beer to shotgun/And we'll lay in the lawn/And we'll be good.) W mojej opinii serial jest skonstruowany naprawdę wspaniale - zarówno pod względem przełożenia historii z komiksu na ekran, jak i doboru aktorów, tworzenia scenografii, muzyki, nadania całości klimatu. Obejrzeć warto, polecam. A ja potrzebuję jeszcze chwilki, może dwóch.


Pytanie do Was - jakie seriale porzuciliście? Których nie będziecie oglądać w nowym sezonie serialowym, a do których ciągnie Was tak bardzo, że musicie mi je polecić? Koniecznie dajcie znać!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...