czwartek, 26 lutego 2015

MELANCHOLIA. O TYCH, CO NIGDY NIE ODNAJDĄ STRATY, Marek Bieńczyk






Tytuł: Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty
Autor: Marek Bieńczyk
Data I wyd.: 1998
Seria: Kolekcja 20-lecia (2014)
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 176

Dwa słowa: bez pośpiechu






Wiem, że zdania są podzielone, ale spodobała mi się kolekcja 20 książek na 20-lecie Świata Książki. I nie chodzi o szatę graficzną czy o moją wielką miłość do tego wydawnictwa. W jakiś sposób dobór książek tworzących tę serię odpowiada liście interesujących mnie polskich autorów czy pozycji, z którymi nie miałam się jeszcze okazji zapoznać. Uznałam więc, że jest to dobry powód, dobry pretekst. No i jest!

A jest niemało - coś wyciszającego, coś odsuwającego człowieka od gwaru świata; coś, przez co skierowałam się do wnętrza, tej części głęboko odpowiedzialnej za bardzo osobistą refleksję. Ruch ten był płynny, bo i lektura Melancholii jest właśnie taka, choć na pewno wymaga skupienia. Chciałam dowiedzieć się, co oznaczają: "ci, co nigdy nie odnajdą straty". A Marek Bieńczyk udowodnił mi, że każde rozwinięcie tych słów prowadzi właśnie do nich.
"Kto urodził się melancholikiem, sączy smutek z każdego wydarzenia", powiada Freud. Jeszcze celniej ujmuje to portugalski pisarz Fernando Pessoa: "Nic, które boli". Owo "nic" jest w bezpośrednim doznaniu tak suwerenne, że zdaje się trwać poza wszelką przyczyną jako czysta nieokreśloność: nie wiadomo skąd daje nie wiadomo co.
Objętość książki pozwala zakreślić obraz stosunkowo dokładnie. Źródła, objawy i skutki, sposoby leczenia czy twórczego wykorzystywania. Przykłady osób, które na melancholię cierpiały i dzieł, które dzięki melancholii powstały. Zaczyna się od rozdziału Na placu Carrousel, później trwa w fragmentach tytułowanych mniej czy bardziej oczywiście: Czarna żółć, czyli nic, które boli, Freud i twarz melancholijna, Labirynt wiecznego tułacza, Ironia i śmiech, Zwierciadło i możliwość.

Uprzedzając pytania czy potrzebę wyszukania dodatkowych informacji w Internecie: jest to książka eseistyczna, co wymaga - moim zdaniem - odpowiedniego typu czytelnika. Marek Bieńczyk stworzył esej o wrażliwości melancholijnej i jej realizacjach czy odbiciach w kulturze. Dodajmy: w kulturze szeroko pojętej. Nie sądzę więc, by była to książka dla każdego. Potrzebne jest pewne zaplecze wiedzy czy ogólnego pojęcia dotyczącego choćby literatury, by w pełni móc zrozumieć czytaną lekturę i się nią delektować. A przecież jest czym, bo melancholia ma tyle twarzy, ile osób czuje ją w swoich kościach i ilu autorów próbowało kiedyś uwięzić jej naturę w słowach. Od baudelaire'owskiego łabędzia, przez Hoffmanna, Kirkegaarda, Freuda, aż po Foucaulta czy Marię Janion. Mimo tych licznych odniesień - lub właśnie dzięki nim - nie czułam, by tekst gdzieś się spieszył. Pośpiech wszak nie jest wskazany gdy mowa o tak niezwykłej figurze:
W siedemnastowiecznym poemacie Tscherninga Melancholia przemawia we własnej osobie (Melancholy redet selber) i mówi tak: "Ja, matka o gęstej krwi, gnuśny ciężar ziemi, powiedzieć chcę, czym jestem i co przeze mnie stać się może. Jestem czarna żółć, nazwana tak wprzódy po łacinie, teraz w niemczyźnie (...). W mym szaleństwie mogę pisać wiersze równie piękne jak te, którymi umie natchnąć mądry Febus, ojciec sztuk wszelkich. Lękam się jedynie, by świat nie był mi wrogi i nie podejrzewał mnie o wolę wniknięcia w ducha piekieł; mogłabym bowiem oznajmiać przez czasem to, co jeszcze nie nastało. Pozostaję wszak poetką, opiewam dolę moją i to, czym jestem. A chwałę dała mi moja szlachetna krew, i kiedy niebiański duch mną porusza, rozpalam wnet serca niczym jaki bóg. I wówczas unoszą się one i poszukują drogi wyższej niż droga świata. Ktokolwiek miał widzenie, otrzymał je ode mnie, z ręki Sybilli."
Czarna żółć leczona upuszczaniem krwi. "Nic, które boli" dręczące filozofów. Tajemna siła mająca moc sprawczą tak potężną, że umożliwiającą wgląd w przyszłe wydarzenia. Czym więc, czym jest melancholia?

sobota, 21 lutego 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: FORTITUDE



Fortitude (2015)
gatunek: dramat, kryminał


Usytuowany na skraju koła podbiegunowego Fortitude jest jednym z najbezpieczniejszych miast na Ziemi. Nigdy nie było tu brutalnych przestępstw, aż do teraz. (źródło: filmweb.pl)


Opis serialu jest lakoniczny, żeby nie powiedzieć - chłodny jak klimat, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. A przecież wyzwań będzie sporo. Temperatura, ziemia po horyzont zasłana grubym śniegiem, poczucie pustki i samotności, widoczne w oddali widmo niedźwiedzia, najbardziej brutalnego mieszkańca ziem okalających Fortitude.

Ale czy na pewno powinniśmy obawiać się jedynie niegościnności tych terenów?

Nie chcę spoilerować, więc nie napiszę dziś wiele. Złośliwość uprzedzania faktów pozostawiam sobie tylko na użytek spotkań towarzyskich face to face, gdy mogę śledzić na żywo obraz rozpaczy na twarzach słuchaczy. Dziś spoilerów nie będzie, bo już od pierwszej sceny serial gwarantuje niespodziewane zwroty akcji i zastałą, mroźną aurę wiszącą nad wszystkimi zdarzeniami. Nie chcę, żebyście to stracili, bo klimatyczny zwiastun serialu to dopiero początek.

Właśnie to najbardziej na mnie działa. Zamknięta przestrzeń, miasta poza mapą, społeczności tak zwarte, że wszystkie tajemnice muszą być chowane nie do szafy, ale głęboko pod skórę, pod paznokcie, pod gładko zaczesane włosy. Fortitude to właśnie tego typu miasteczko. Populacja: 713. Przestępstw: właściwie brak. Podstawowe wyposażenie: dobre buty, gruba czapka i broń. Zatrudnienie: w przyszłości być może hotel położony pod lodowcem. O ile wszystko dobrze się ułoży.

Idealny moment, by pojawił się trup.

Oczywiście w takich miejscach zmarli się zdarzają, jak wszędzie. Szeryf nosi przy sobie zdjęcie rozczłonkowanego mężczyzny, by straszyć zbyt pewnych siebie podróżników. Niepotrzebne są wyszukane słowa, by zbudować napięcie ani wybuchy w hollywoodzkim stylu, by zmrozić krew w żyłach. Serial płynie swoim własnym torem, powoli ujawniając skomplikowane stosunki łączące mieszkańców Fortitude. Żadna rzecz nie jest pewna - już od pierwszego odcinka jesteśmy pozostawieni przed tą podstawową oczywistością. Nic nie jest tak jasne, jak się z pozoru wydaje. Osada na końcu świata rządzi się swoimi prawami.

Obsada aktorska serialu jest naprawdę dobra. Michael Gambon (znany między innymi z roli Albusa Dumbledore'a), Stanley Tucci (ostatnio grał Caesara w Igrzyskach śmierci), Richard Dormer (Lord Beric Dondarrion w Grze o tron), Christopher Eccleston (Doktor z Doktora Who i Matt Jamison z Pozostawionych) i Sofie Gråbøl (grająca rolę detektyw Sary Lund w duńskim serialu Forbrydelsen, na podstawie którego powstał amerykański serial The Killing). Każdy fan zapierających dech w piersiach krajobrazów zostanie w pełni usatysfakcjonowany, a miłośnicy morderstw i niejednoznaczności ludzkiej natury będą mieli o czym rozmyślać. A przecież serial ledwo się zaczął!

Czy jesteś gotów, drogi podróżniku, by pozostawić kontynent daleko za sobą?


(Czy to tylko mi się skojarzyło?)

czwartek, 19 lutego 2015

MORDERCA BEZ TWARZY, Henning Mankell






Tytuł: Morderca bez twarzy (Mördare utan ansikte)
Autor: Henning Mankell
Data I wyd.: 1991 (PL: styczeń 2004)
Cykl: Komisarz Wallander (tom 1)
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 352 (wyd. kieszonkowe)

Dwa słowa: dobre, bo o Szwecji






Zakochałam się w Kurcie Wallanderze.

Zaczynam od tego zdania zupełnie świadomie. Po pierwsze: nie chciałam, żeby ktoś uprzedził moje słowa swoimi myślami. Po drugie: chciałam się tym podzielić z sobą, blogiem, Wami. Musiałam to wyartykułować pełną...klawiaturą(?). Kocham Kurta Wallandera i oby nasza miłość była długa.

Od początku. Jak pamiętacie (mam nadzieję), jakiś czas temu trafiłam do Biedronki, kupiłam Piątą kobietę i oczarowałam się niezrozumiale podmokłym, przytłaczającym klimatem, któremu towarzyszyły rozmyślania melancholika-policjanta. Dziś mogę śmiało uderzyć się w piersi i powiedzieć to, co powiedzieć należy:

Nie odkryłam nawet ułamka dobrodziejstw, jakie szmugluje do swoich książek Henning Mankell.

Umówmy się - specjalistą od kryminałów nie jestem. Owszem, lubię śmierć na papierze i ekranie, czasem zdarza mi się też zabić kogoś...w tekście, ale kryminałów jako takich czytam mało, żeby nie powiedzieć: nie dbam o nie w ogóle. Niedbałość ta wyszła mi bokiem, cokolwiek może to oznaczać. Jedno jest pewne, Henning Mankell pisze w sposób, który mnie hipnotyzuje, który doprowadza mnie do stanu bolącej tęsknoty za książką.

Nie, nadal nie jest od początku. Od początku będzie to tak: w małym domku, położonym w cichej wsi na odludziu, dochodzi do brutalnego mordu na parze staruszków. Sprawę przejmuje Kurt Wallander, policjant z niemałym doświadczeniem, od niedawna rozwodnik, na dodatek świadom swojej kiepskiej relacji z córką i własnym ojcem. Kurt Wallander to bohater myślący. Bohater refleksyjny. Kurt to postać skonstruowana w taki sposób, by nie stworzyć żadnych wątpliwości co do tego, że mógłby być żywym, nieco zmęczonym życiem, wiecznie odkładającym dbanie o siebie policjantem z przeszłością i przyszłością, problemami natury "samochód mi się psuje", "córka ze mną nie rozmawia", "mam kiepski dzień". Wallander nie jest ani geniuszem ani przystojniakiem, nie ma świetnej fury ani specjalnego posłuchu wśród współpracowników, bo choć jego umiejętności zasługują na szacunek, to zdarza mu się też coś spieprzyć. Myli się, męczy się, drąży i załamuje. Kurt Wallander krwawi, przeklina, a czasem nawet się boi, choć policjantowi nie wypada, więc trzeba wziąć się szybko w garść.

Kurt Wallander to żywy fikcyjny bohater.

Mogę więc powiedzieć, że nie pomyliłam się pisząc przy okazji Piątej kobiety o tym, że powieść tę warto czytać dla samego głównego bohatera. Morderca bez twarzy jest jednak książką, dzięki której umiałam skonkretyzować to niejasne "coś", o które chodziło mi wcześniej. Przydała się też lektura wywiadu z Jo Nesbø, który polecałam ostatnio przy okazji hiperTEKSTÓW - kryminały skandynawskie uruchamiają aktualne, silnie społeczne i polityczne problemy, biorąc je na warsztat w bardzo surowy i bezpardonowy sposób. Podczas lektury Mordercy bez twarzy odniosłam wrażenie, że doskonale wiem, czego mogą obawiać się zwykli obywatele po informacji o tego typu zbrodni i dlaczego reagują na działania policji w taki a nie inny sposób. Byłam rozdarta, bo przecież śledziłam też uważnie poczynania Wallandera i jego ekipy - i wiedziałam, że się starają, że przeżywają to. W kryminałach Mankella nie ma tylko mordu, śledztwa i rozwiązania. Jest pogoda, wiadomości radiowe i telewizyjne, życie prywatne policjantów i ich oficjalne stosunki. Są plotki, są refleksje o życiu ludzi, których praca i sytuacja rodzinna nachodzą na siebie może zbyt mocno. Są wymęczone, bezsenne noce, kiepskie jedzenie, spóźnienia i podle zimna kawa.

W Mordercy bez twarzy motywem przewodnim i tłem dla śledztwa jest kwestia rasizmu i podejścia państwa do sprawy imigracji. Nie śledzimy jednak tych problemów z perspektywy odległej czy za pomocą suchych faktów. Mankell dba o to, by przedstawiać problem wielotorowo. Z jednej strony wiemy, jakie są przemyślenia Kurta Wallandera. Z drugiej - jak na niebezpieczne plotki reaguje szwedzkie społeczeństwo i skrajne ugrupowania. Trzecie spojrzenie to ogląd i komentarz dziennikarzy, w swoim przekazie bardzo perswazyjny.

I znów. Czułam się bezpiecznie przy Kurcie Wallanderze, choć nad nami wisiał ciężar sprawy kryminalnej. Czułam się zaangażowana w śledztwo i w prywatne życie detektywa. Chciałam rozwikłać zagadkę...a czasem po prostu poklepać Wallandera po plecach i powiedzieć, że wiem, rozumiem, że wszystko będzie dobrze.

Ale teraz przede wszystkim bardzo chciałabym zabrać się już za kolejny tom.

wtorek, 17 lutego 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: WSTĘP



Zaczęło się od głupiego gadania. Właściwie większość rzeczy zaczyna się od głupiego gadania. Jak człowiek byłby mądrzejszy, to by się w końcu nauczył, że głupie gadanie zazwyczaj do czegoś prowadzi, taka jego natura. Problem w tym, że głupie gadanie się dzieje, stąd nieporozumienie między oczywistością a wiedzą.

A więc zaczęło się od głupiego gadania pod tytułem: "założę się, że...". Uwaga, spoiler alert: przegrałam. Okazuje się bowiem, że oglądam/ałam więcej seriali niż moja BFF.

Nie wiem gdzie konkretnie umiejscowić początek tej historii. Były przecież Czarodziejki na Polsacie, był czas Xeny, wojowniczej księżniczki i Robina z Sherwood. Lata 90-te to wysyp filmów i seriali, które zawsze będę wspominać z uśmiechem na ustach. I dziś zdarza mi się oglądać te cuda - efekty specjalne, gra aktorska, dialogi, nawet sposób żartowania był charakterystyczny.

Później, to pamiętam już lepiej, nadeszła era Zagubionych. I był to pierwszy serial na którego odcinki rzeczywiście czekałam i regularnie śledziłam je w telewizji. Żadnego oszukiwania - albo siedziałam przed ekranem o odpowiedniej godzinie, albo odcinek przepadał.

Tak naprawdę seriale zaczęłam oglądać na studiach. Skończyły się przypadkowe epizody w tv i próby domyślania się, o co chodzi. Nabyłam już fragmentaryczną wiedzę o ER, Chirurgach i Housie, o Przyjaciołach i kilku innych zagranicznych, starszych produkcjach (Gliniarz i prokurator, moja miłość). W końcu nadszedł czas na nieposkromione, a absolutnie skrajne nadrabianie całych sezonów, odcinek po odcinku, całymi popołudniami i nocami...

Statystyki alarmują. Dotychczas miałam do czynienia z co najmniej 37 (sic!) serialami.

Aktualnie oglądam
1. Grey's Anatomy
2. Scandal
3. 2 Broke Girls
4. Big Bang Theory
5. Modern Family
6. How To Get Away With Murder
7. Vikings
8. House of Cards
9. Game of Trones
10. Sherlock
11. NCIS
12. NCIS: New Orleans
13. Agents of S.H.I.E.L.D.
14. Penny Dreadful
15. Salem
16. The Walking Dead
17. The Leftovers

Seriale zakończone (obejrzane w min. 90%)
18. How I Met Your Mother
19. Friends
20. Charmed
21. Lost
22. Black Mirror
23. Lie to Me
24. Glina 
25. The Tomorrow People

Zrezygnowałam (po obejrzeniu minimum jednego sezonu)
26. The Killing
27. True Detective
28. Hannibal
29. True Blood
30. Californication
31. Pretty Little Liars
32. Prison Break
33. The Tudors
34. 4400
35. H2O: Just Add Water
36. Revenge
37. Heroes

A przecież seriale wciąż "się robią" i nieustannie mam chrapkę na coś nowego. Ostatnio chodzą za mną: Marvel's Agent Carter, Fortitude i Wallander, a to na pewno nie koniec. Bo czy możemy mówić o jakimkolwiek usatysfakcjonowaniu i możliwości zakomunikowaniu samemu sobie: STOP! JUŻ DOŚĆ!, skoro serial zaczyna powoli, ale sukcesywnie, wygryzać film i zajmować pierwsze miejsce na piedestale tworów ruchomego ekranu? Nie oszukujmy się - seriali będzie coraz więcej, staną się jeszcze bardziej urozmaicone i przygarną w swoje ramiona wszystkie ważniejsze ikony kina. Lub stworzą nowe, swoje własne. Już to robią.

Tak, tak, moi drodzy. Serial to przyszłość. Serial, czyli twór, który może zastąpić spotkania rodzinne czy wypady z przyjaciółmi - bohaterowie seriali są tak konstruowani, by wywoływać w nas więcej emocji niż cokolwiek innego. Seriale owijają nas sobie wokół palca, seriale dostosowują się do naszych najbardziej skrytych zainteresowań czy marzeń i...

Trwają. Trwają. Trwać będą.

Moje filmowo-serialowe fascynacje można śledzić tutaj. Planuję napisać jeszcze kilka razy coś o serialach - tych, które oglądam, które rzuciłam, które śnią mi się po nocach. Ale...co Wy na to?

Pogadajmy o serialach. 

niedziela, 15 lutego 2015

W hiperTEKŚCIE: luty

źródło: grafika google
Hipertekst to nielinearna i niesekwencyjna organizacja danych - tekst rozbity na fragmenty, które na wiele sposobów połączone są ze sobą odsyłaczami. (źródło)
Wierzę, że żyjemy w hipertekście. Oto przegląd artykułów, notek, recenzji, stron i innych linków, na które mniej i bardziej przypadkowo natknęłam się w ostatnim czasie.

Sponsorem tej listy w dużej mierze są moje przygotowania do zaliczenia ze Współczesnego życia literackiego. Przedmiot ten obejmował literaturę po roku 1989 - nie tylko polską, ale też zagraniczną, taką, która odbiła się jakimś echem w naszym kraju. W trakcie zajęć czytaliśmy więc zarówno Pióropusz Pilota jak i Mapę i terytorium Houellebecqa, a nawet Grę o tron Martina i Pięćdziesiąt twarzy Greya. Z tej okazji chciałabym polecić Wam:

Ponieważ w liście lektur do zaliczenia umieściłam Księgi Jakubowe, nie mogłam się obyć bez przypomnienia sobie najważniejszych faktów dotyczących pisarstwa Olgi Tokarczuk. Artykuł ten polecam wszystkim, którzy chcą się dowiedzieć, które części jej prozy są niezmienne, a co ulega rozwojowi. Ważne pojęcie na dziś: "proza środka".

"Księgi Jakubowe", czyli dwieście lat samotności. Recenzja nowej książki Olgi Tokarczuk (wyborcza.pl)
Jeśli komuś trzeba przedstawiać Przemysława Czaplińskiego, pozwolę sobie powiedzieć tylko tyle, że to bardzo ważna postać w świecie współczesnej krytyki literackiej, swego czasu wchodząca w skład jury nagrody literackiej Nike. W tym tekście fantastycznie opisuje wszystko to, co w Księgach Jakubowych istotne. Nazywa rzeczy, które można było dostrzec, ale które trudno nazwać samodzielnie, a także interpretuje fakty, które w natłoku różnych wątków można było przegapić.
Rzecz to prosta i wszystkim znana - skandynawskie kryminały zdają się wieść prym jeśli idzie o popularność tego gatunku. Ale dlaczego? I gdzie się zaczęło? Próba odpowiedzi na te pytania znajduje się w wywiadzie

"50 twarzy Greya", czyli "cieplutkie sado-maso" (kultura.newsweek.pl)
Leszka Bugajskiego i lubię, i nie lubię. Fakt faktem - w tym artykule znalazło się wiele interesujących tez, choć niektóre doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Poza tym Leszek Bugajski zwrócił moją uwagę jeszcze w jednym tekście:

House of Cards – serial politycznej grozy (kultura.newsweek.pl)
Tym razem jednak doprowadził mnie do krótkiego wybuchu porozumiewawczego śmiechu oraz potakującego kiwania głową. A skoro o House of cards mowa, pozwolę sobie przypomnieć, że już niedługo pojawi się 3 sezon. W lutym na półkach księgarń zagościł także pierwowzór serialowej historii - książka Michaela Dobbsa.

Nowy "House of Cards", czyli współczesny Szekspir (kultura.newsweek.pl)
Powyższy link to wywiad z Michaelem Dobbsem, który tłumaczy, dlaczego napisał książkę, a także opowiada o tym, co sądzi o serialu. Spojrzenie pisarza na reinterpretację jego utworu - bezcenne.

Przyjrzyjmy się też linkom bardziej przypadkowym.

→ Tłumaczenie ma coś z magii. Rozmowa z Agnieszką Hofmann (bookeriada.pl)
Jeśli ktoś nie wierzy w to, że tłumaczenia mają swoją własną, silnie sprawczą moc, to po przeczytaniu tego wywiadu być może uwierzy. Na czym polega istota przekładu? Jakie predyspozycje powinien mieć dobry tłumacz? Wszyscy wiemy, że tłumaczenie to ważna sprawa. Zobaczmy co ma o tym do powiedzenia tłumaczka właśnie. 

→ Remigiusz Mróz. Kurs pisania (lubimyczytac.pl)
I znów - nie wiem jak tu trafiłam, ale kurs pisania według Remigiusza Mroza sprawia wrażenie interesującego. Nic więcej jeszcze o nim nie wiem - zabieram się do czytania.

Tramwaj nr 4 książki i...
No właśnie - i co jeszcze? Warto sprawdzić. ;)

sobota, 14 lutego 2015

DWUNASTA WARSTWA, Olaf Tumski







Tytuł: Dwunasta warstwa
Autor: Olaf Tumski
Data I wyd.: 2012 (ebook)
Wydawnictwo: e-bookowo
Ilość stron: 271 
Uwagi: ebook

Dwa słowa: (nie)znajome (czaso)przestrzenie






Odczuwam dziwny i odrobinę przerażający brak części pamięci odpowiedzialnej za przechowywanie wyglądu miejsc, rzeczy i ludzi. Nie pamiętam kolorów, układów uliczek ani nazw. Rozpisuję sobie mapy i nigdy nie wiem, w co byłam ubrana dwa dni wcześniej - co dopiero mówić o zapamiętywaniu rysopisów czy cech charakterystycznych! Mój umysł wypiera wszystkie niezwykle przydatne w życiu informacje jak świetnie zaprojektowany system samozagłady. Tym większą przyjemność sprawiało mi czytanie powieści, która dzieje się w moim studenckim mieście, Poznaniu, choć jednocześnie...wcale się tu nie dzieje. Nie czułam się zobligowana do kojarzenia wszystkich elementów przestrzeni, choć jednocześnie od samego spojrzenia na okładkę czułam się z miejscem akcji związana.

Dwunasta warstwa rozgrywa się w świecie przyszłości. Jest 30 rok Ery Doskonałości, co wróży całe mnóstwo...doskonałości. Na miejscu Poznania wybudowano Nowy Londyn, a pamięć o przeszłości skrzętnie zmieniono, spłycono, zatracono. Zbiorowa świadomość przechowuje jedynie wiedzę o wojnach i chorobach męczących świat w XXI wieku. Porządek i pokój trwają w czasie obecnym dla bohaterów powieści, objawione dzięki Doskonałym, daleko wyewoluowanym istotom, które uratowały ludzkość przed katastrofą.

Ale nie po raz pierwszy stajemy oko w oko z dość oczywistym podejrzeniem, że nie wszystkim taki układ rzeczy może się podobać. I tu istnieją jednostki, które zadają pytania. Co działo się wcześniej, przed XXI wiekiem? Skąd są Doskonali? Czy tak bardzo różnią się od ludzi? Jak wyglądało miasto przed ustanowieniem Nowego Londynu?

Nie są to Igrzyska śmierci ani Niezgodna, a jednak automatycznie skojarzyłam utwór Tumskiego z innymi znanymi mi dystopiami. Bo nie ma wątpliwości, że z dystopią mamy tu do czynienia. Z naszą swojską dystopią, a jednocześnie z powieścią o dużej swobodzie dowolności. Świat w Erze Doskonałości podzielony jest na Strefy Kontynentalne, a ludźmi rządzi rygorystyczna hierarchia. Na jej czele są Niemal Doskonali, następnie W Połowie Doskonali, a na samym końcu Reszta Populacji, której głównym zadaniem jest pozostawienie myślenia tym, w których dostrzeżono potencjał doskonałości. Interesujące i godne uwagi jest to, że taki układ społeczno-polityczny istnieje od zaledwie trzydziestu lat - a więc wciąż można spotkać osoby, które urodziły się w innych czasach, które, choć poddane przymusowej nauce nowego porządku, nadal niosą w sobie wspomnienia swojego dzieciństwa lub postpamięć o zdarzeniach z młodości swoich rodziców.

Przyznaję, że choć nie poczułam się emocjonalnie przywiązana do którejkolwiek z postaci, zainteresował mnie sam pomysł i koncept tej powieści. Ta książka dobrze się dzieje i w niej też znajdziemy całkiem sporo rzeczy, które zadziały się w sposób interesujący. Jesteśmy, dzięki narracji, obserwatorami poczynań dwóch bohaterów powieści. Falun, trzydziestoletni mieszkaniec Nowego Londynu z zaciekawieniem bada pozostałości dawnych czasów, choć nie jest skory do buntów. Jednym z jego wykroczeń przeciw obowiązującemu prawu jest oglądanie zdjęć nieistniejącego już Poznania i fascynacja dawnym budownictwem. Dziwne i podejrzane rzeczy dzieją się wokół niego - a on zdaje się być w nie wplątany wbrew swojej woli.

Drugą główną postacią powieści jest Florencja. Jej wątek sprawił mi nieco więcej problemu, bo wydarzenia, w których brała udział, zburzyły nieco moją wizję książki i możliwego nurtu akcji, którą, z niewiadomych przyczyn, stworzyłam sobie na początku czytania i uznałam za najbardziej prawdopodobną. Elementy fantastyki naukowej, charakterystyczne dla fragmentów z udziałem Faluna, w rozdziałach Florencji stały się bardziej...oderwane? Nierzeczywiste? Skreślające przestrzeń i czas w bardzo zaskakujący sposób? Konwencja została naruszona, a czas... czas przestał należeć do jakiegokolwiek stałego terminu. Okazuje się bowiem, że może on ulec fragmentaryzacji, a niektóre z jego odbić powracają w formie, która zawieszona jest między tęsknotą za czymś, co niedostępne, a wyobrażeniem utkanym z pozornie niewinnych, zapomnianych fotografii.

Wyczuwałam czasem w tej powieści trochę niepewności w budowie dialogów, brakowało mi też chwil, w których można dać się porwać głównym bohaterom, większej intensywności narracyjnej. Tego, co sprawia, że człowiek nie chce się oderwać od powieści. Ale świetnie sprawdził się podział akcji na fragmenty opisujące różne perspektywy zdarzeń, często odnoszące się do przeszłości, fragmenty niejednokrotnie krzyżujące się w sposób, dzięki któremu nasza wiedza o wydarzeniach staje się pełniejsza.

Florencja być może posiada moc, Moc, która ma siłę utrwalenia pamięci o przeszłości, a Falunowi być może stróżuje tajemniczy ktoś, kto chce mu uświadomić prawdziwą historię świata... No i co z tym Ametystem, który pojawia się jakby znikąd i okazuje się bardzo ważną częścią świata przedstawionego?

Nie mogę napisać nic więcej. Tej książce warto się przyjrzeć jak osobliwej ciekawostce.


ZA KSIĄŻKĘ DZIĘKUJĘ OFICYNIE WYDAWNICZEJ RW2010

wtorek, 10 lutego 2015

MASZYNOPIS Z KAWONU, Tomasz Kowalczyk






Tytuł: Maszynopis z Kawonu
Autor: Tomasz Kowalczyk
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Poligraf
Ilość stron: 147

Dwa słowa A nawet trzy: jestem na nie








Na samym początku czuję się w obowiązku, by sprostować pewien nachalnie powtarzany w recenzjach błąd dotyczący kwalifikowania tej pozycji - jest nim nazywanie tej książki powieścią poetycką. Już tłumaczę. Powieść poetycka to gatunek literacki pochodzący z romantyzmu, łączący w sobie cechy liryki, epiki i dramatu. Pisana jest wierszem, choć posiada narratora, a jej inne charakterystyczne cechy to fragmentaryczność czy asynchroniczność. Powieścią poetycką jest więc Giaur Byrona, jest Konrad Wallendrod Mickiewicza czy Zamek kaniowski Goszczyńskiego, ale na pewno powieścią poetycką nie jest Maszynopis z Kawonu Tomasza Kowalczyka. Jeśli już ulec (całkiem zresztą logicznej) pokusie i doszukiwać się cech poetyckości w tej prozie, należałoby powiedzieć, że to proza poetycka, a więc utwór o charakterze refleksyjnym, liryczno-opisowym, posługujący się licznymi metaforami oraz innymi środkami stylistycznymi typowymi dla poezji. Idąc tym tropem, można nazwać Maszynopis z Kawonu „poetycką (o)powieścią”, w znaczeniu „prozą poetycką”, ale zamiana części składowych i używanie formy „powieść poetycka” rodzi, moim zdaniem, rażący błąd i atak na pojęcia teoretycznoliterackie.

A teraz pozwolę sobie na kilka słów o tym, co sprawiło, że czytanie tej książki wcale nie niosło mi przyjemności ani intelektualnej uciechy, jaką obiecywała notatka na okładce.

Zacznę od składu książki. Być może wynika to z charakteru moich studiów, a jednak pierwszą rzeczą, jaką zawsze robię mając w swoich dłoniach książkę, jest przyglądanie się jej stronie fizycznej, materialnej, jakościowej. I nie chodzi o ładną czy nieładną okładkę, ale o to, czy książkę wykonano porządnie i z szacunkiem wobec czytelnika. Wydawnictwo Poligraf i osoby podpisujące się pod tą konkretną książką zostawiły wiele niedociągnięć, które pozwolę sobie teraz wytknąć, ponieważ oburza mnie takie obchodzenie się z publikacją (zwłaszcza wtedy, gdy na okładce widzę sugerowaną cenę 24,99). Zacznę od tego, że żywa pagina w tak niewielkiej książeczce, na dodatek autorstwa jednego autora, nie jest rzeczą konieczną. Zwłaszcza wtedy, gdy złożona jest czcionką zupełnie odbiegającą od czcionki tekstu - nie pasuje mi to zupełnie. Rozumiem, że żywa pagina, tytuły rozdziałów oraz dedykacja miały się wyróżniać, ale moim zdaniem wygląda to nieestetycznie i nieczytelnie. Nic jednak chyba nie pobije tego, co przeżyłam, porównując spis treści ze stanem faktycznym książki. Otóż spisu treści mogłoby nie być w ogóle, bo ma się on nijak do numeracji stron - kto to puścił do druku i dlaczego? Dalej? Stan korekty wygląda następująco:
Pokonałem dwie ulice oraz mocno oblegane rondo, obok którego stała mgliście okurzona od spalin leśno-zielona restauracyjka. Idąc, na horyzoncie rozpościerały się bloki mieszkalne ze swoimi mrówczymi okienkami oraz szypułkowymi klatkami schodowymi. [wyróżnienie własne]
Nie neguję tu stylu autora, ponieważ zabawa metaforycznością oraz nagromadzeniem obrazów irracjonalnych, sennych czy abstrakcyjnych jest jego prawem. Osoba zajmująca się korektą tekstu ma jednak za zadanie wyłapanie rzeczy, które nie są autorskim stylem, ale błędami. Złe użycie imiesłowów jest takim błędem. To zdanie mówi mniej więcej tyle co: „Bloki szły, a idąc rozpościerały się”, a nie: „Kiedy szedłem, na horyzoncie widziałem rozpościerające się tam bloki”. Przykład drugi pozostawię bez komentarza, ponieważ naprawdę nie chcę tego interpretować:
Wydostałem się z tej krótkiej rozmowy jak delfin wyskakujący ku niebu, aby zaczerpnąć haustu powietrza, w połączeniu z samochodem wyjeżdżającym ze zmurszałego garażu.
Tak już niestety mam, że kiedy zaczynam dostrzegać w książce błędy, widzę już tylko je i trudno mi się skupić na czymkolwiek innym. A obiecywano mi wiele. Miała być to "powieść o przekraczaniu granic wrażliwości", z bohaterem "popadającym w coraz to większe aberracje emocjonalne". Ponoć powinnam otrzymać odpowiedzi na pytanie: "Czym jest sztuka, a czym życie? Jak dalece można posunąć odczuwanie wewnątrz własnego ja? Czy w genotypie duszy każdego z nas nadal da się ożywić zastygłe pierwiastki praplemienne?". Nie czuję, żeby został spełniony choćby ułamek z tych wszystkich ciężko brzmiących obietnic. Nie czuję też, żeby książkę tę można było z czystym sumieniem komuś polecić. Owszem, doceniam zabawę językiem, wielość metafor, autorski flow. A jednak jest w polskiej literaturze dużo o wiele lepszych przykładów na poddawanie się temu typowi narracji. Nie będę więc zachwycać się tą pozycją i nie będę zachęcać do jej sprawdzenia. Przyznaję, jest to powieść specyficzna, ale specyficzność ta ją pogrąża. Powiem więcej - jest to, moim zdaniem, powieść nieskończona, powieść, która potrzebuje jeszcze co najmniej jednej korekty i analizy. Każdy może pisać i wydać książkę, a jednak nie każdy powinien. Nie tak.

Przykro mi to pisać, naprawdę. Otrzymałam tę książkę od autora i naprawdę byłam zaciekawiona jej zawartością, choć już pierwszy zgrzyt dostrzegłam podczas czytania blurba. Tak, wiem, że jego celem jest pokazanie publikacji z jak najlepszej strony. Okazuje się jednak, że używanie wielu trudnych słów w rozmaitych konfiguracjach to nie wszystko.


KSIĄŻKĘ OTRZYMAŁAM OD AUTORA

sobota, 7 lutego 2015

BLACKOUT, Marc Elsberg







Tytuł: Blackout
Autor: Marc Elsberg
Data I wyd.: 2012 (PL: 28.01.2015)
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 784

Dwa słowa: bójmy się (ciemności)







Co by się stało - tak czysto hipotetycznie - gdyby w chwili, kiedy czytasz ten tekst, drogi czytelniku tego tekstu, siadł prąd? Oczywiście wiemy, że tego typu historie miewają miejsce raz na jakiś czas. W moim domu - niezależnie od tego, czy jest środek dnia, czy może wieczór - na samym początku sprawdza się korki. Jeśli to tylko korki, to właściwie nie ma sprawy i bez sensu piszę ten tekst. Jeśli nie korki, to sprawa odrobinę się komplikuje.

Odrobinę. Przecież chwilowe awarie prądu mają miejsce chociażby wtedy, gdy w okolicy prowadzone są prace konserwacyjne - zazwyczaj stosuje się stosownie wyprzedzającą informację, dzięki czemu wszyscy wiedzą, że obiad będzie trochę spóźniony, laptopa trzeba naładować wcześniej no i nici ze smętnego wpatrywania się w telewizor. Kilka godzinek bez prądu to dobra okazja na drzemkę.

Chyba, że to niezapowiedziana awaria. Wtedy robi się mniej przyjemnie. Właściciele małych, rodzinnych sklepów spożywczych nie lubią niezapowiedzianych awarii. Bo strzelanie prądem to zabawa, której nie tolerują sklepowe sprzęty. Co jeśli lodówka odmówi posłuszeństwa i mrożonki będą skazane na noc w cieplejszym klimacie?

A co jeśli w chwili, gdy czytasz ten tekst, siądzie prąd nie tylko w twoim domu, w twoim najbliższym sąsiedztwie, ale też w całej dzielnicy, mieście, powiecie, województwie - w całym kraju? Jeśli prądu nie będzie nie przez kilka czy kilkanaście, ale kilkadziesiąt godzin? Jeśli kraje sąsiednie staną przed tym samym problemem?

Co, jeśli po upływie tego czasu okaże się, że awaria jest bardziej poważna i nikt nie może zagwarantować, kiedy konkretnie prąd zacznie znów płynąć?

Oto Blackout, historia o tym, jak scenariusz z filmu katastroficznego mógłby rozegrać się w prawdziwym życiu - na szczeblu głów państw, zarządu spółek elektrowni, osób zamożnych i całkiem zwyczajnych, takich jak Ty czy ja. Co stanie się z wielkimi blokami, w których woda dostarczana jest na górne piętra za pomocą prądu, co ze szpitalami, domami opieki, co z rodzinami wielodzietnymi, z osobami dializowanymi, co z aptekami, bankami, supermarketami... Słowem: czy poradzilibyśmy sobie?

I tu zaczyna się najlepsza część powieści. Otóż Marc Elsberg sam na końcu książki przyznaje, że to tylko jeden z możliwych scenariuszy. Scenariusz nieco hollywoodzki, niepokojący, emocjonujący - ale nadal tylko potencjalny. Główna siła powieści to nie tylko sposób jej napisania, ale także wszystkie pytania pozostawione bez odpowiedzi. Pytania, których nie stawia autor, narrator czy któryś z bohaterów - ale te, które czytelnik stawia przed sobą sam.

Powiedzieć, że podczas czytania przeżyłam chwile wątpliwości czy strachu to...za mało. Blackout straszy lepiej niż niejeden horror, lepiej niż niejeden film o asteroidzie zmierzającej w kierunku Ziemi. Bo blackout może się zdarzyć, czemu nie?

Powieść podzielona jest na niedługie rozdziały, których akcja rozgrywa się w różnych miejscach w Europie, z całym wachlarzem bohaterów, od osób na szczycie, przez dziennikarzy aż po zwykłych, ludzi, którzy najbardziej dotkliwie muszą sobie radzić z brakiem podstawowych środków do życia. Podczas czytania powieści czułam się trochę jak na planie emocjonującego filmu - niektóre sceny rozrysowane były niemal tak, jakby były gotowym scenariuszem. A jednak pod koniec, gdy emocje związane z utrzymującym wrażenie prawdopodobieństwa nagromadzeniem szczegółów technicznych i podkreślaniem ogólnej kondycji społeczeństw się unormowały, uświadomiłam sobie, że nadal czuję niedosyt. Niedosyt pomniejszych, pojedynczych historii, historii jednostek, które były w samym środku tego nowego porządku. Tymczasem, choć takie fragmenty też się pojawiały, autor większy nacisk położył na historię makro. Blackout to trzymający w napięciu thriller paratechniczny i społeczno-polityczny z upływającym czasem w roli głównej. Co nie jest złe i nie jest niesatysfakcjonujące, a jednak daje do myślenia.

I tak właśnie będę sobie tę powieść tłumaczyć, tak to robię w tej chwili, nadal przeszukując Internet w poszukiwaniu informacji na temat sztuki przetrwania. Co z nami, z ludźmi poza wszelką władzą, z ludźmi, którzy w takiej sytuacji być może będą zupełnie pozbawieni nie tylko środków do życia, ale też wszelkiej informacji? Co ja, konkretny i konkretna ja zrobiłbym i zrobiłabym, gdyby blackout wyszedł z cienia?

No właśnie, co by się stało? I jeszcze jedno pytanie, które wpadło mi do głowy teraz, gdy przypominam sobie przebieg akcji w powieści Elsberga. Jak tego typu powieść wyglądałaby, gdyby rozgrywała się w którymś z krajów azjatyckich? Jak potoczyłyby się wydarzenia, gdybyśmy przenieśli je do Ameryki Południowej? I...czy chcemy to wiedzieć?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...