poniedziałek, 30 marca 2015

SZMACIANE LALKI, Gabriel Grula







Tytuł: Szmaciane lalki
Autor: Gabriel Grula
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 325

Dwa słowa: zero strachu







Podczas czytania tego zbioru opowiadań dość długą chwilę zajęło mi przestawienie się na myśl, że muszę się miarkować. Że nie mogę przykładać poznawanej właśnie lektury do swoich założeń, widzianych filmów i seriali, znanych już sobie historii. Muszę skupić się na tym, co jest przede mną. Na konkrecie. Myślałam nad tym tak żarliwie, ponieważ od początku coś mi nie pasowało. Stwierdziłam, że to może moja wina. Może za dużo wymagam. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Niestety, mimo tej próby obiektywności, mimo chęci spojrzenia na tę książkę, ot, jak na książkę - jak na byt osobny, bez przymiarki do konkretnej mnie, mającej konkretne przeżycia czytelnicze, wizje grozy pobrane z innych utworów sztuk różnych...cóż, niestety mimo tej próby, opinia moja jest jedna: Nie, na litość boską, nie.

Zacznę od tego, co ostatnio bardzo mnie w książkach ciekawi. Co ciekawić zaczyna mnie coraz bardziej, choć wcześniej nigdy nie przywiązywałam do tego aż tak dużej roli. Fascynują mnie bowiem opisy na tylnej stronie okładki, tzw. blurby. Obietnice! Wydawnicze nęcenie czytelnika! Blurb, czyli szeleszczenie sreberkiem od czekolady. O, zjadłoby się:
Zbiór opowiadań o znaczącym tytule „Szmaciane lalki” to nie lada gratka dla miłośników krótkich form z pogranicza realizmu magicznego, thrillera, horroru i grozy. Po jego przeczytaniu czytelnik zadaje sobie pytanie: czego tak naprawdę powinniśmy się bać? Co stanowi dla nas prawdziwe zagrożenie?
Nazwę rzecz po imieniu. Ta książka nie przyprawia o dreszcze. Ta książka nie wywołuje strachu, podniecenia i ekscytacji. Ta książka nie wyzwala w człowieku żadnych emocji poza znudzeniem, zniechęceniem i irytacją. Jeśli blurb to szeleszczenie sreberkiem, to ta powieść jest marną czekoladą za niecałe dwa złote. Czasem coś sprawia, że ją kupujesz. I później bardzo tego żałujesz.

Zaczyna się od opowiadania Miasto X. Pierwszy tekst powinien dać power, dać moc, otworzyć cały zbiór mocnym akcentem i wprawić w odpowiedni nastój. Lubicie zombie? Cóż, biedacy, lepiej nie czytajcie tego opowiadania. Lubię parodie, ale tylko wtedy, gdy są one zamierzonym zabiegiem. Obawiam się jednak, że to opowiadanie było pisane na serio. Jedyne, co mnie w nim zainteresowało i poruszyło, to "zegarek" używany zamiennie z nachalnym "czasomierzem", sztucznym do granic wytrzymałości. Zdania się nie lepią, akcja może i ma sens, ale co z tego, skoro nie ma w niej żadnej gradacji napięcia. Bohaterowie - od początku do końca tak samo płascy, nieprawdopodobni. Wyrwani...skądś. Wsadzeni w historię o zombie ni z tego ni z owego. Dziewczyna pierwszy raz trzyma broń w ręku? Pewnie uda się jej strzelić idealnie do celu? Tak, owszem, czemu nie. A jednak w amerykańskich filmach prezentuje się to lepiej.

Nie, dalej nie będzie lepiej. Jestem zażenowana poziomem tych opowieści. Horror? Tylko w mojej głowie. Thriller? Ciarki chodzą mi po plecach przez drewnianą konstrukcję narracji. Realizm magiczny? Realne jest to, że żadna magia tu nie pomoże. Mamy między innymi Przypadek śmierci. I znów - może jest jakiś koncept, może jest jakaś myśl. Mężczyzna usiłuje popełnić samobójstwo, poznaje Śmierć w kobiecej postaci. Podróż w różne strony czasoprzestrzeni nie jest zbytnio nowatorska, poznawanie Szatana mogłoby być ciekawe. Moim zdaniem wszelkie pomysły są kompletnie niewykorzystane. Dialogi na domiar złego sztywne jak kij. Na końcu brakowało mi jeszcze tylko tego, by postaci stanęły sznurkiem obok siebie i pokłoniły się jak w bardzo konserwatywnym teatrzyku. Więcej? Świetlik to opowiadanie o niesłusznie wsadzonym do więzienia mężczyźnie. Koniec. Nie, serio. Nic więcej się tam nie dzieje. N-i-c.

Właściwie nie widzę żadnego sensu w tych opowiadaniach. Można je przeczytać, ale... Nie, właściwie tu zdanie się kończy. Można je przeczytać. Tyle. Nic więcej się nie wydarzy. Ani zawału, ani zabawy, ani rozrywki. Więc lepiej dajcie sobie spokój. Wystarczy, że ja musiałam wytrwać do końca.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

sobota, 28 marca 2015

LARDŻELKA, Wanda Szymanowska

źródło: lubimyczytac.pl






Tytuł: Lardżelka
Autor: Wanda Szymanowska
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Białe Pióro
Ilość stron: 126
Uwagi: ebook

Dwa słowa: lekkie XL







Mam to (nie)szczęście być w grupie osób, kobiet, ludzi, po których od razu widać, gdzie mają tyłek, gdzie kawałek cycuszka, a gdzie dodatkową fałdkę stanowiącą skuteczne zabezpieczenie przed zimnem i obcisłymi ubraniami. Wiem dokładnie (i dosadnie) jak wygląda życie osób w rozmiarze XL. Nie płaczę. Nie o mnie wszak mowa, ale o książce, którą w bardzo naturalny sposób musiałam do siebie jednak odnieść.

Zofia, kobieta w kwiecie wieku, w czasie Sylwestra dowiaduje się od swojego aktualnego towarzysza życia, że wygląda jak...balia. Żadna kobieta nie chciałaby usłyszeć takiej uwagi od mężczyzny, szczególnie zaś od swojego mężczyzny. Zosia - bohaterka urocza, miła, z pewnymi śladami naiwności - postanawia się zmienić. A jeśli zmienić, to będzie o diecie. Nie, wróć. Nie o diecie - o gruntownej zmianie przyzwyczajeń. W roli głównej ośrodek specjalizujący się w odchudzaniu.

Fakty są jasne - otyłość to choroba i lepiej zapobiegać niż leczyć. Ale jeśli już leczyć, to z głową. Efekt jojo, modne diety, wyniszczenie organizmu - wszystkie najważniejsze tematy towarzyszące dbaniu o figurę zostały w książce wspomniane. Wanda Szymanowska rzuca garść rad, wplątuje między przepisy romans, przyjaźń i kilka refleksji na temat życia osób XXL w społeczeństwie. Jak się czujemy, my, osoby z dodatkowymi kilogramami? Jak patrzą na nas oni, piękne chudzielce stojące za ladą sklepów odzieżowych? No i co z tą karierą, przyjaźnią, pewnością siebie? Co ze zdrowiem i planowaniem przyszłości? Niczego nie jest za dużo. Niczego nie jest za mało. Nie narzuca się nachalnie zasad zdrowego odżywiania, wyliczając je krwawymi literami, wielkimi miernikami ilości do kcal. Nie. Lardżelka to taka historyjka, którą można usłyszeć od sąsiadki - "Wiesz, ta Zosia spod trójki ostatnio tyle schudła...!". Tak samo przekazuje się najlepsze przepisy kulinarne - mimochodem nad kawą.

Jest to ni poradniczek, ni powiastka obyczajowa. Drobiażdżek do przeczytania w jeden wieczór, pachnący smakowitym jedzeniem, przemycający tu i ówdzie słodkości. Nie parzy, nie mrozi. Czyta się dobrze, ale czy zostanie ze mną na dłużej?

Nazwałabym tę książkę "historią inspirującą", z całym bagażem znaczenia, które może się nasuwać. Opowieść z życia wzięta, historia motywująca...odrobinę tendencyjna. Wniosek jest krótki i bardzo przewidywalny - wstań z kanapy, zrób coś z sobą i schudnij. Bo jak schudniesz, całe Twoje życie będzie piękne i spełnione.

I tylko na końcu nasuwa mi się takie pytanie... Nie można być pięknym i spełnionym w rozmiarze XL?


KSIĄŻKĘ OTRZYMAŁAM OD AUTORKI

czwartek, 26 marca 2015

W hiperTEKŚCIE: marzec

źrodło: grafika google
Hipertekst to nielinearna i niesekwencyjna organizacja danych - tekst rozbity na fragmenty, które na wiele sposobów połączone są ze sobą odsyłaczami. (źródło)
Wierzę, że żyjemy w hipertekście. Oto przegląd artykułów, notek, recenzji, stron i innych linków, na które mniej i bardziej przypadkowo natknęłam się w ostatnim czasie.

Coś do czytania (i jedna rzecz do obejrzenia):

 Turków wpienia opera mydlana (film.onet.pl)
Wspominałam go już podczas pisania notki o Wspaniałym stuleciu, serialu, który bije rekordy popularności i zbiera zagorzałych przeciwników dokładnie z tych samych powodów - zabawia się historią i konwencją opery mydlanej.

→ „Nie jestem pisarzem gejowskim” – wywiad z Kubą Wojtaszczykiem (pridemag.pl)
"Mimo że w jego książce główny bohater jest gejem nie uważa się za pisarza gejowskiego. Dlaczego?". Wywiad z młodym, poznańskim pisarzem, który opowiada o swojej powieści, Portrecie trumiennym.

 Portret trumienny (leszekpietrzak.com)
Pod tym linkiem znajduje się natomiast dosłownie kilka słów dotyczących projektu graficznego książki oraz konkrety takie jak barwy, ilustracje, skład. Polecam!

Niedługi wywiad z autorem powieści Blackout - książki, która na kilka nocy pozbawiła mnie snu. (I nie tylko mnie!)

Link, który wpadł mi w ręce przypadkowo, a powinien zainteresować wszystkich użytkowników Kindla. Szczególnie tych, którzy przyzwyczaili się już do wygody wysyłania książek na swój czytnik drogą mailową. Jest mi przykro, jestem zła, nie wiem co z tym zrobić! EDIT: koniec afery!

Muzyka!

→ Przy tym motywie można stracić głowę lub wyśnić kilka naprawdę soczystych snów (sprawdziłam na własnej skórze!

→ A tu znajdziecie radio, które jest ostatnio moim numerem jeden. Instalujecie na komputerze (tablecie, telefonie) i cieszycie się wieloma muzycznymi kategoriami. (Póki co nie mogę przestać słuchać kategorii SAD. Ma-gicz-na!)

Miejsca, w których można mnie znaleźć:

→ facebook,com

→ lubimyczytac.pl

→ akcja Polacy nie gęsi i swoich autorów mają

A na sam koniec dwutygodniowy kociak, który podbija serca wielu.

poniedziałek, 23 marca 2015

CÓRKA WOKULSKIEGO, Roman Praszyński







Tytuł: Córka Wokulskiego
Autor: Roman Praszyński
Data I wyd.: 2014
Wydawnictwo: Self Publishing
Ilość stron: 556
Uwagi: ebook

Dwa słowa: wariacja o...






Cokolwiek nie napisałam poniżej, już we wstępie muszę podkreślić jedno. To nie tak, że chcę polecić, bo polecić po prostu muszę. Wariacje z użyciem marmurowych figur uwielbiam, co by nie powiedzieć, uwielbiam bardzo. I Córka Wokulskiego wyjątkiem nie jest. Ba! Potwierdza regułę.

Niech nie będą zaskoczeni ci, którym powiem, że w Córce Wokulskiego chodzi dokładnie o córkę Wokulskiego, a mówiąc "Wokulski" mam na myśli dokładnie TEGO bohatera literackiego, o którym myślisz. Fabułę chyba najlepiej przybliża opis książki zamieszczony na portalu lubimyczytac.pl, może brak tam tylko wspomnienia, że historia zaczyna się od upadku cyrkówki, Natalii Pol, tytułowej córki. A później już Warszawa, car, seks, pieniądze, Izabela Łęcka i powkładani tu i ówdzie inni bohaterowie. Kto czytał ten wie:
Kontynuacja "Lalki" Bolesława Prusa. Seks, anioły, zamach na cara. A także - co naprawdę stało się ze Stanisławem Wokulskim? I jak Izabela Łęcka wyrosła na międzynarodową aferzystkę?...
Romans erotyczny, z całą galerią bohaterów "Lalki" Bolesława Prusa, na tle Warszawy końca XIX wieku. W powieści tej czytelnik znajdzie miłość, zamach na cara, pociąg pełen złota. Wszystko o czym nie mógł napisać Prus: seks, zaborcy, rewolucjoniści. Świetne dialogi, książka kontrowersyjna i pełna humoru.
Czytałam "Lalkę" Prusa z wielkim zaangażowaniem, więc przyznaję, że słowo "kontynuacja" wywołało na mojej twarzy wyraz, który nazwać można grymasem uprzejmego zainteresowania pod tytułem: Jasne, jeszcze się zobaczy. Po lekturze zataczam się z miłego rozbawienia, używając słowa "sequel", które znaczy dokładnie to samo, choć, moim zdaniem, rzuca na Córkę Wokulskiego bardziej dosadne światło. Sequel to takie amerykańskie, takie top, takie trendy, pop i hard. I dokładnie to wszystko w książce Praszyńskiego odnaleźć można. Wariacja o Wokulskim, wariacja na temat XIX-wiecznej sytuacji społecznej i politycznej, wariacja pod ramię z ostrym słowem, ostrymi scenami i ostrym pogrywaniem sobie z czytelnikiem. Nie czytałeś "Lalki", nie zrozumiesz, o co chodzi. A jak czytałeś, to albo się przerazisz, albo ubawisz. Lepiej, żebyś się ubawił, wszak zbyt konserwatywne podejście do literatury nie przystoi.

Muszę się zgodzić z Leszkiem Bugajskim, krytykiem, z którym nie zgadzam się zawsze. Otóż literatura to rozrywka i niech chwała będzie temu zdaniu! Recenzja Bugajskiego z "Twórczości" bardzo przypadła mi do gustu. Streszczając (link na dole): Praszyński wie, że literatura to idealny materiał do dobrej zabawy, ironizowania i hulanki. I wychodzi mu to śpiewająco, bo przed klasyką można albo się pokłonić, albo wywinąć z nią kozła. A jeśli ktoś nie robi przy tym głupstw, ale dołoży do pozornej improwizacji spory worek rzetelnej wiedzy, historia napisze się sama.

Córka Wokulskiego jest jak amerykańskie kino akcji. Dużo napięć, zwrotów akcji, bohaterów, którzy niby umarli w poprzedniej części, a jednak nie. Zło jest złe, dobro jest dobre. Bohaterowie zagubieni mają nienaturalnie duży wpływ na losy świata, a władza jaka jest - każdy widzi. Trudno oderwać się od lektury, bo akcja ma naprawdę dobry rytm, a bohaterowie są wyraziści. No i ta przyjemność, gdy w pozornie nieistotnym wtrąceniu odkryjemy odwołanie do "Lalki" lub literatury w ogóle. Wpleść do książki samego Prusa? Ależ to nie problem.

Kontrowersje może wzbudzać (i wzbudza) erotyzm w powieści. Ha, "erotyzm" to takie miłe i delikatne słowo. Tymczasem w Córce Wokulskiego seks wygląda z każdej...dziury(?). Wszechobecny, wszędobylski - w kwestiach narratora i w myślach samych bohaterów płci obu. 
Podnieciła go wizja roztoczona przez fabrykanta. Oczami wyobraźni zobaczył te młode Żydówki o miękkich ustach, twardych cyckach, mocnych udach. Wystające w ciemnych bramach, zaczepiające na skwerach, przysiadające się w tanich szynkach. Za kilka groszy, za błyskotkę, kieliszek wódki sięgające do męskich rozporków.
 I:
Jurij był kochankiem Andrieja. W gorące, namiętne noce śnili o nowym, lepszym świecie. Tryskając nasieniem marzyli, że użyźnią glebę, na której wyrośnie.
Czasem wkurzało mnie, że podczas naprawdę dobrego fragmentu narracyjnego, bo narracja jest prowadzona świetnie, żeby nie powiedzieć zacnie, klimatycznie i z ruskimi wkrętami, postać się "wkurzała" właśnie, choć mogłaby się "zirytować" czy "wkurwić" nawet. Albo, o, fragmencik, przy którym nie powstrzymałam się od przewrócenia oczami (podkreślenie moje):
Zwykła służąca, a chłopa ma - pomyślała.
I zaraz zawstydziła się słowa: "zwykła". Nie lubiła tej części siebie, która gotowa była się wywyższać. W czym jestem lepsza od sługi? Cipki mamy takie same.
Odrobinę można się zniesmaczyć, gdy energia akcji schodzi nieco z toru rewolucyjno-zamachowego na bardzo prosty opis seksualności (ot, wytarcie kuśki o zasłony może i mówi coś o bohaterze, ale pomysłowe nie jest). Rozumiem, że tak miało być, choć nie będę udawać, że i to wyzwoliło we mnie moc pozytywnych emocji. 

Jednak w dwóch słowach: bardzo tak. Albowiem nie o to chodzi, by poetę za słówka chwytać. Może nawet nie o to, żeby się wzruszyć. Nie, nie zawsze. Czasem chodzi o to, żeby sięgnąć po sensacyjną, wciągającą książkę.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

wtorek, 17 marca 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: WSPANIAŁE STULECIE


Muhteşem Yüzyıl  (2011-2014)
gatunek: biograficzny, dramat historyczny

Imperium Osmańskie, XVI wiek. Historia panowania sułtana Sulejmana Wspaniałego, za którego rządów Turcja osiągnęła szczyt swojej potęgi. (źródło: filmweb.pl)

Nigdy nie sądziłam, że moje serce podbije turecki serial. To nie tak, że mam obiekcje w stosunku do tureckich produkcji. Nie, wręcz przeciwnie. Wszystko wskazuje na to, że ten klimat to mój klimat.

Głównymi bohaterami są: Sulejman Wspaniały, sułtan panujący w latach 1520-1566, niewolnica i faworyta sułtana Hürrem (Roksolana, pochodząca z Rohatyna), a także sułtanka Mahidevran (żona Sulejmana) oraz sułtanka matka, mieszkańcy haremu, doradcy sułtana. Z jednej strony śledzimy więc losy najpotężniejszego z sułtanów, z drugiej - obserwujemy codzienne życie mieszkańców pałacu. Życie, uściślijmy, usłane intrygami i często krwawą walką o władzę. W moim najbliższym otoczeniu to ewenement. Okazuje się, że właściwie każdy, kogo znam, miał do czynienia z tym serialem. Pierwszy komentarz to zawsze zachwyt nad kostiumami i wystrojem wnętrz. Wielkie kamienie, ciężkie materiały, ozdobne szczegóły. Tak, Wspaniałe stulecie jest rzeczywiście wspaniale oprawione.

Ale skąd się to właściwie wzięło? Emisja w Telewizji Polskiej rozpoczęła się w październiku 2014, w najlepszym czasie antenowym (jeszcze tak niedawno zajmowanym przez Modę na sukces - i niech nie znajdzie się nikt, kto udaje, że nie oglądał!). Produkcja została niejako skazana na popularność. Kilka polskich pokoleń nauczonych włączać TVP1 o magicznej godzinie emisji ulubionej opery mydlanej ma od kilku miesięcy do czynienia z Imperium Osmańskim. Może historii nie nauczymy się zbyt wiele, ale jest się czym zachwycić.

Pierwsza uwaga: serial (zgodnie z informacjami, które posiadam) został zakończony. Dobra nasza - wiemy, że nie będzie trzeba odliczać do tysiąca, by dowiedzieć się, jak zakończą się losy naszych ulubionych bohaterów. Uwaga druga: choć to "dramat historyczny", fikcji jest co nie miara. Kto chce snuć rzetelne i historycznie uprawomocnione hipotezy, niech zmieni kanał. Bo nie o szczegółowość tu chodzi, ale o dobre show. Meral Okay, scenarzystka serialu, w jednym z wywiadów mówi: "Od początku podkreślaliśmy, że  serial jest fikcją, stworzoną na kanwie wydarzeń historycznych. Dzięki temu, że »wkroczyliśmy« do haremu, mogliśmy od ludzkiej strony ukazać szanowane, spiżowe wręcz postaci historyczne. Uczłowieczyliśmy je, przedstawiając ich lęki, gniew i namiętności".

W Turcji serial wywołał ogromną falę oburzenia. Zarzuty: zakłamanie historii, nadmierna fantazja, lekceważenie postaci Sulejmana (otoczonego w Turcji wielkim szacunkiem, określanego mianem Prawodawcy). Kwestii spornych było więcej. (Jak chociażby pytanie o to, dlaczego w serialu piją wino, zakazane w islamie? Odpowiedź producentów jest niezwykle prosta - nikt nigdy nie mówił, że w kielichach znajduje się wino; bohaterowie piją sok.) Specjaliści zauważają, że harem jest strukturą w dużej mierze tajemniczą. Sprawa kobiet nie była uważana za istotną, nie ma więc wielu zapisów dotyczących życia w haremie, sposobów awansowania i dochodzenia do władzy. Intrygi, kłótnie i szczegóły dotyczące haremu są białą plamą, wprost idealnie nadającą się do tego, by czymś ją zapełnić.

Traktuję tę produkcję jako zdrową mieszankę dramatu, opery mydlanej i serialu kostiumowego - kolejność określeń przypadkowa i zmienna. Trudno mi powiedzieć, czy harem jest tłem dla wielkich wojen, czy wielkie wojny są w tle walk toczonych w pałacu. Nie będę tego rozdzielać, bo wydaje mi się, że jedno i drugie założenie jest prawdziwe. Jestem wielką fanką poplątanych intryg w stylu "zmierzę cię teraz spojrzeniem, które ma cię zniszczyć". Najlepsze jest to, że właśnie tak miało być. To turecka produkcja, turecka historia i turecka gra aktorka. Moim zdaniem wszystko na swoim miejscu. Jeśli ktoś lubi kolorowe, pełne zwrotów akcji seriale z domieszką obcej kultury i wplatanym tu i ówdzie przesadnym dramatyzmem - polecam. Polecam z całego serca, bo od tego serialu nie da się oderwać.

Polecam artykuł Turków wpienia opera mydlana (film.onet.pl) 

sobota, 14 marca 2015

SĘDZIA OD ŚWIĘTEGO JERZEGO, Michael Tequila






Tytuł: Sędzia od Świętego Jerzego
Autor: Michael Tequila
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 116
Uwagi: egzemplarz przed korektą

Dwa słowa: gierki...polityczne







Na początku, przyznaję, kilkanaście stroniczek musiałam wymęczyć. Wczuć się w satyryczny ogląd spraw, w charakterystyczny język zaciągający żargonem politycznym i charakterem tekstów reklamowo-propagandowych. Ot, audycja zawiera lokowanie produktu. Produktem są poglądy. Poglądy włożone w usta odpowiednich postaci.

Później, kłaniam się nisko, odzyskałam równowagę i poczułam się mile rozbawiona tą książką. Odnalazłam się w niej pewnie, nie dopingując nikomu, no bo po co. Wszak to satyra, spojrzenie skrzywione, wizja mająca na celu wytknięcie paluchem przywar i głupstw. A nic nie sprzedaje się tak dobrze jak cudze przywary i wielkie głupstwa, stąd popularność polityki i moje rosnące zainteresowanie książką. A, niech mi nawet będzie, nazwę rzeczy po imieniu - czułam przyjemność z czytania, jakbym stała w najlepszym miejscu podczas bardzo ważnych rozgrywek sportowych.

Bo i o rozgrywki sportowe chodzi.

Bohaterami powieści są, między innymi, premier Słabosilny oraz najważniejszy pretendent do jego stanowiska - Leon Garolis. Oni, a także Sędzia, bliżej znany jako Orlando, stają się częścią Sportowych Igrzysk Partii i Organizacji Politycznych. Wydarzenie to, rozgrywające się rokrocznie, jest nieodłączną częścią życia społeczno-politycznego w państwie. Ba! Igrzyska świadczą o politykach bardziej niż ich poglądy, a sportowa sprawność lub też jej brak mogą zasądzić o wielu istotnych kwestiach...

Akcja powieści, jak podaje uprzejma informacja na samym jej końcu, a także bohaterowie, nazwiska, miejsca i nazwy są całkiem fikcyjne. O, lubię czytać taką uwagę w książce. Lubię bardzo. Ustanowiło się już dawno w mojej głowie przekonanie, że książki uprzedzające i podkreślające swoją fikcyjność są warte przymrużenia oka i wystawienia fikcyjności na próbę.
- Ojciec? Czyj ojciec?
- To tylko pseudonim. To bardzo religijna i bajecznie bogata osobistość. Tak, właśnie osobistość - głos i oczy Szczerbatego świadczyły o powadze oświadczenia oraz szacunku do tajemniczej osoby Ojca. - Prawdziwy krezus. Uniwersytety, stocznie, wytwórnie filmowe, świątynie, złoża gazu, stacje radiowe i telewizyjne, nieruchomości, inwestycje bankowe. Wiele od niego zależy w tym kraju. Fascynuje go wielka polityka, choć temu zaprzecza. (...) Ojciec jest zdecydowanym zwolennikiem neutralności Kościoła w sprawach politycznych i społecznych, ale popiera postępowe inicjatywy. To człowiek obdarzony przywilejami przez samego Pana Boga.
Długo nie wiedziałam, jak ustosunkować się do tej niewielkich rozmiarów książki. Nie potrafiłam rzucić tej powieści w próżnię. Nieustannie miałam w głowie postać autora, autorskie oczy śledzące bohaterów i czytelnika. Michael Tequila "z wykształcenia jest doktorem nauk ekonomicznych. Ma za sobą zróżnicowaną karierę zawodową, między innymi na stanowiskach attaché i radcy handlowego polskiej ambasady w Kolumbii, kierownika planowania strategicznego w banku australijskim, nauczyciela akademickiego znanej instytucji edukacyjnej MBA oraz kilku uczelni w Polsce, zawodowego tłumacza polsko-angielskiego w Australii". Czyż sprawy nie kształtują się nieco jaśniej? A nawet jeśli nie, to już wyjaśniam, po co piszę to, co piszę. Informacje udzielane przez wydawcę na okładce książki i na stronie wydawnictwa rzadko bywają przypadkowe. Oczywiście zdarzyć tak się może, ale w tym przypadku uwagi dotyczące autora pozwoliły mi na zostanie przy powieści przez trudne pierwsze kilkanaście stron, tę część, której nie umiałam czytać jednym tchem. I udało mi się wyczuć to coś, tajemniczy składnik powieści, przez który przemawia głos w pełni ukształtowany, pewien tego, co powiedzieć należy. I w jaki sposób to zrobić, by fikcja pozostała fikcją, a gorzka prawda - prawdą obdartą z miłych oku sztuczek.

To niewątpliwie interesująca diagnoza politycznej szarej strefy. Kilka słów o tym, czym partie różnią się od siebie, o ile w ogóle różnią. Czy można mieć jakieś poglądy polityczne, czy koniecznie należy mieć poglądy właściwe - i co to znaczy? Jakie konsekwencje może mieć zapętlająca się walka silnych politycznie przeciwników i...czy da się to jakoś rozsądzić?

Z ciekawością siedziałam na trybunach. Pośrodku, żeby nikogo nie urazić, a jednocześnie móc przyklasnąć na koniec tego przedstawienia odpowiedniemu zawodnikowi. Okrzyk panem et circenses! wydaje się być niezmiennie aktualny.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

czwartek, 12 marca 2015

PORTRET TRUMIENNY, Kuba Wojtaszczyk






Tytuł: Portret trumienny
Autor: Kuba Wojtaszczyk
Data I wyd.: 2014
Wydawnictwo: Simple Publishing
Ilość stron: 138 (wyd. papierowe)
Uwagi: ebook

Dwa słowa: przepalone zdjęcie







Portret trumienny i zdjęcia przy otwartej trumnie - ja też mam w swoim domu tych kilka starych, niegdyś obowiązkowych fotografii. Ostatnie pożegnanie członka rodziny. Dawniej jedna z wielu okazji, podczas których rodzina spotykała się razem. Dziś często jedyna, jakby to tylko śmierć miała moc scalającą tak bardzo obce sobie jednostki. Rodzina trzyma się razem! Ale z rodziną dobrze tylko na zdjęciach - w żałobnej ciszy być może najlepiej. A przecież w powieści wspomina się też inne formy tej sztuki: miejską fotografkę robiącą rodzinne zdjęcia na tle tekturowych obrazków i Artystę z jego wystawą pożydowskich kamieniczek Jedwabne i inni.

Narratorem opowieści jest Aleksander, najmłodszy syn, mieszkaniec miasta, wykształcony pracownik galerii sztuki. Egocentryk, neurotyk, uzależniony od papierosów, z jednej strony charakteryzujący się niezdrową fascynacją śmiercią, z drugiej - przerażony myślą o przypadkowym kontakcie fizycznym z nieznajomymi czy płynach ustrojowych wiszących w powietrzu. Osaczony śmiercią, a jednocześnie nią zainteresowany.
Na razie musi wystarczyć mi ciągłe gadanie o ukatrupieniu i profil na wirtualnym cmentarzu w necie. Portal społecznościowy dla trupów z klasą, stworzony z myślą o mnie. Za niewielką opłatą kupiłem tam mogiłę. Nawet wybrałem nagrobek. Wygląda na drewniany, z zamierzchłej przeszłości, taki retro - za który niejeden hipster dałby się, o ironio, zabić. Wirtualne truchło o mym imieniu i nazwisku leży na cmentarzu ateistycznym. Niedaleko, bo wystarczy kilka razy kliknąć myszką, leżą też papież Karol (to znaczy Jan Paweł II) i Patrick Swayze.
Aleksander jedzie do rodzinnego miasta, do domu, w którym się wychował, do rodziny, o której istnieniu najchętniej by zapomniał. Okazja jednak jest na tyle ważna, że nie można jej zignorować - urodziny matki, zjazd najbliższych, typowa małomiasteczkowa impreza, w której barszcz, flaczki i domowe ciasto grają pierwsze skrzypce. Aleks nie jest tym zachwycony. Jego spojrzenie na rodzinę od samego początku jest bardziej niż skonkretyzowane - nie pasuje do nich, jest kimś więcej, wie więcej, ma więcej do zaoferowania.

To powieść na jeden poranek, ale z kacem na całe popołudnie i wieczór. Spojrzenie na rodzinę z tej najgorszej strony - bandy osób związanych krwią, których nic oprócz tego nie łączy. Matka-Polka pozorująca władzę nad wszystkimi organizmami żywymi znajdującymi się pod dachem, wyizolowany z szumu rodzinnego, umierający ojciec, typowy podział na syna-robola oraz syna-czarną owcę. Jeszcze córka, która układa sobie życie po swojemu, nie chcąc tym kogoś urazić, choć jednocześnie brak tolerancji wywołuje w niej drobiny buntu. Synowa pretendująca do miana nowej, przezroczystej pani domu, a także kalejdoskop rozwrzeszczanych dzieci spijających ze społecznego miszmaszu śmietankę drwin, przemocy oraz stereotypów - w tej dziecięcej, a więc jeszcze nie całkiem wyewoluowanej formie. Do tego zastęp ciotek-wdów oraz rodzinne wspominki, te dobre, polskie historie małych wojenek oraz wielkich peerelowskich przekrętów.

Nic się nie dzieje. Główna akcja obejmuje jeden dom, jedną rodzinę, jeden temat. Spłaszczony i wykrzywiony obraz spotkania przy posiłku, kontaktów rodzinnych, codzienności. Nie ma dramatycznych zwrotów akcji ani momentów zawieszenia. Jest dzień - dzień jak co dzień. Rodzina - ot, jedna z wielu. A jednak w krzywym zwierciadle punktu widzenia Aleksandra i jeszcze bardziej przewrotnym podejściu autora. Nie bierzmy tego na serio, ale zróbmy to. Nie ufajmy okrutnej, nietolerancyjnej rodzinie - ale dajmy jej dojść do słowa. Bo na końcu nie jesteśmy już właściwie pewni, kto tu kogo bardziej nie znosi, nie szanuje i nie chce znać.
Wiesław już prawie wskazywał na pasek, lecz wtem weszła siostra miłosierdzia Katarzyna ze szklanicą lodowatej wody. Postawiła ją dziecku, które majestatycznie zamoczyło w niej palec. Bliźniak pewnie już dawno przestał odczuwać ból, ale darł się dalej, tak dla ogólnej radości popsucia obiadu. Najmłodszy też płakał, bo nikt nie chciał się nim zająć. Geje zawsze są nieszanowani w społeczeństwie, niech się tego uczy już teraz.
Odnoszę wrażenie, że powieść ta mogłaby być pisana równie dobrze z punktu widzenia każdego innego bohatera. I żadnego z nich byśmy nie polubili, nawet - a może tym bardziej - przez fakt wejścia w jego umysł i dotarcia do najbardziej skrywanych myśli, skojarzeń czy postaw. Bo ludzi nie da się lubić, bo każdy ma swoje życie i swoje poglądy, a jednocześnie ich brak, każdego mierżą inni, nawet ci najbliżsi.

I zostaje tylko portret trumienny, na którym wychodzi się najlepiej. Razem, w ciszy, przy zmarłym, który nie powie już ani jednego słowa. Który nie okaże się być przede wszystkim osobnym bytem ludzkim, ale pozostanie miłym wspomnieniem przytaczanym podczas urodzin, imienin i innych rodzinnych zjazdów. Portret trumienny polecam.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

poniedziałek, 9 marca 2015

Książki, o których marzę (2)

Serie. Dla bibliofila sprawa delikatna. Znam takie osoby, które wolą film od serialu, bo chcą, żeby sprawy szybko się wyjaśniły, a emocje zostały przekazane w dawce skondensowanej. Znam takie, które uznają tylko książki jednotomowe, na serie i trylogie kręcąc nosem - dokładnie z tego samego powodu. Jeśli o mnie chodzi, przygarnę w swoje ramiona wszystkie książki, oby były interesujące. Ale jeśli już mieć serię czy trylogię, to tylko w odpowiedniej oprawie! I tu zaczyna się owa "delikatna sprawa", to znaczy: niech wydawcy będą tak mili i ładne książki robią. I niech nie zapominają, że seria to seria. Okładki takie same mieć musi.

Od razu zaznaczę, że poniższe książki, o których marzę, to dział kultury popularnej. Gdybym miała wymieniać całą klasykę, której brakuje mi na półce, dnia by nie starczyło.


Veronica Roth, NIEZGODNA

To przykład książek ocenionych po...filmie. Świat przedstawiony wpisał się dokładnie w to, co najbardziej lubię w prozie young adult - wartka akcja, ciekawe postaci, dobry koncept, a do tego dystopia. Jeśli jednak mogłabym wybierać, kupiłabym całą serię w okładkach niefilmowych, bo mają w sobie...to coś.


James Dashner, WIĘZIEŃ LABIRYNTU

Nie oglądałam, nie czytałam, a chcę. Bo fantastyka dla młodzieży, bo słyszałam wiele dobrych słów i bo mniej-więcej wiem, co w trawie piszczy, i bardzo mi się ten dźwięk podoba. Jeśli będę kiedyś wyjątkowo rozrzutna, zdarzy się na pewno, że James Dashner zagrzeje miejsca i na mojej półce. Jeśli będę rozrzutna mniej, to pojawi się nieco później. Ale pojawić się musi.


 
Richelle Mead, AKADEMIA WAMPIRÓW

Cykl składający się z sześciu tomów. Żadnego nie czytałam. Widziałam za to film! Ha! Sytuacja lubi się powtarzać - to kolejna historia, którą znam odrobinę z ekranizacji i której tyle właśnie wystarczyło, by zdobyć me serce. Wampiry, elitarna szkoła i niezły flirt. Przyznajmy: czasem nie trzeba nic więcej.


Lois Lowry, KWARTET DAWCY

Dwa pierwsze tomy - Dawcę i Skrawki błękitu czytałam i mam już w swojej kolekcji. Nie jest tajemnicą to, że Lois Lowry oczarowała mnie swoim pisaniem. Świat stworzony przez Lowry ma swój klimat, ma coś z przejmującej tęsknoty. Nie wyobrażam sobie porzucenia teraz tego kwartetu, o nie. Złapię go, przeczytam i nie oddam.


Andrzej Pilipiuk, KUZYNKI

Wiem, że był wielki bunt jeśli idzie o okładki do tego cyklu. Ja też bym się oburzyła, gdybym miała trzy tomy w jednej szacie graficznej, a tom czwarty okazałby się dzieckiem innej matki. Na szczęście osobiście nie miałam tego problemu, bo w pierwszy tom zaopatrzyłam się dopiero niedawno. Wbita w fotel nie byłam, ale podoba mi się ta fantastyka i na pewno sięgnę po kolejne części.


 Aneta Jadowska, SERIA O DORZE WILK

Nie czytałam ani jednego tomu, ale słyszałam wiele dobrego. Nie dość, że fantastyka, to jeszcze akcja osadzona w Polsce, polska autorka i...główna bohaterka jest kobietą! Tak, bardzo mi się to podoba, bo nieczęsto zdarza mi się czytać fantastykę polską pisaną przez kobiety, mówiącą o kobietach.


 
George R.R. Martin, PIEŚNI LODU I OGNIA

Na dodatek filmowe i w twardej oprawie. Nie moja wina - w takim wydaniu dostałam dwa pierwsze tomy i teraz trzeba utrzymać porządek na półce. Tomów przeczytałam...kilka. Nie jestem pewna ile dokładnie, bo działo się to już jakiś czas temu. I nie wiem, czy kiedyś zbiorę się na to, by przeczytać je ponownie. Albo inaczej! Wiem, że kiedyś na pewno się na to zbiorę, ale nie wcześniej niż skończy się serial.

Henning Mankell, SERIA Z KURTEM WALLANDEREM

To, że kocham Kurta już sobie wyjaśniliśmy. Dziś może wspomnę o tym, że spotkaliśmy się przypadkiem, na dodatek w wydaniach kieszonkowych - i niech tak już zostanie, bo podobają mi się te małe książeczki i nie mam nic przeciwko nim.


Dodać mogłabym też Igrzyska śmierci czy Sagę o wiedźminie, ale byłoby to powtórzenie tego, co pisałam już wcześniej. Dlatego rzucę jedynie linkiem do pierwszego posta z cyklu: o tutaj jest link.

O jakich książkach Wy marzycie?

sobota, 7 marca 2015

CZAREM I SMOKIEM, Romuald Pawlak






Tytuł: Czarem i smokiem
Autor: Romuald Pawlak
Data I wyd.: 2005 (książka tradycyjna), 2012 (ebook)
Wydawnictwo: RW2010
Ilość stron: 284
Uwagi: ebook

Dwa słowa: zadziorne czary






Jeśli będę miała kiedyś okazję okupić się w książki Romualda Pawlaka w wersji tradycyjnej, to znaczy papierowej, na pewno to zrobię. Wszak o swoich ulubionych autorów dbać trzeba.

Zaczynam przewrotnie, ale szczerze. Romuald Pawlak wsadza w usta swoich bohaterów słowa także przewrotne, choć ze szczerością bywa różnie. Najlepsze podejście do życia jest jedno - patrzeć na nie z przymrużeniem oka. I tak właśnie się dzieje.

Czarem i smokiem to powieść opowiadająca o pogodniku trzeciej kategorii - magu, który powinien panować nad pogodą, gdyby tylko magia słuchała go tak, jak powinna. Po lekturze Rycerza bezkonnego wiedziałam już dobrze, że mag magiem, ale zapewne sama magia ma plany inne. Okazuje się, że moja dedukcja przebiegła słusznym torem. Rosselin ma wszystkie cechy potrzebne do tego, by zostać straconym. Spryt, przebiegłość, poczucie humoru, zawziętą chęć zemszczenia się na wszystkich, który utrudniają mu spokojny żywot, a także...ambicje:
No owszem, mógłby tam siedzieć bezczynnie i sącząc wino, doprowadzać się do stanu, w jakim znajdował się wiecznie pijany wuj Rosselina, Falistern. Ten trzeźwiał tylko po to, aby stwierdzić, ile jeszcze może w siebie wlać, zanim padnie na twarz. "Kontroluję się" - mawiał przy tym z dumą.
Mag miał większe ambicje. Można by powtórzyć Sarturusem, największym filozofem w dziejach cesarstwa, że plany miał imperialne, choć umiejętności żadne.
Akcja powieści rozgrywa się w Imperium, przestrzeni dość rozległej, by zmieścić w niej nie tylko maga i smoka, ale też piratów, rozbójników, dwory, zamki, dwa karły, interesującą religię, filozofię Sarturusa, a także siedzibę magów znajdującą się w przestrzeni, choć nieco poza czasem. Jest co czytać. Akcja jest wyjątkowo płynna, nie tylko dlatego, że cały czas coś się dzieje, ale też przez to, że dzieje się cały czas tak samo dowcipnie. A jak dowcipnie, to też nieco ironicznie, bo Romuald Pawlak nie szczędzi sobie, choć sposób jego pisania jest niezmiennie lekki i komunikatywny:
Śmietanka towarzyska zebrała się w jednej z sal i rozmawiając, pijąc rozwodnione wino, a najbardziej błahe pogłoski wynosząc do rozmiarów prawd objawionych, oczekiwała nadejścia cesarzowej.
W powieści znajdziemy nie tylko wątek maga trzeciej kategorii (który nie zasługuje nawet na to marne miano), ale też element romansowy, złośliwą damę dworu o konkretnych, acz wciąż zmiennych planach matrymonialnych, a także tytułowego smoka i kilka pomniejszych, ale wyraziście zarysowanych bohaterów tworzących orientalną mieszankę. A opowieść toczy się i toczy, niespiesznie, ale wciąż do przodu i bez przeszkód dla czytelnika, choć z wieloma wertepami po stronie Rosselina i jego towarzyszy.

Mogę śmiało powiedzieć, że Czarem i smokiem spodobało mi się nawet bardziej niż wcześniej czytany Rycerz bezkonny. Bohaterowie, szczególnie zaś Rosselin, wykreowani są dokładniej i opisywani na tyle dowcipnie i z naciskiem na charakterystyczne szczegóły, że łatwo się do nich przyzwyczaić i szczerze ich polubić. A jednocześnie pozostałam pod znanym mi już czarem, jaki potrafi wpleść w powieść Romuald Pawlak. To ten rodzaj fantastyki, który czyta się z przyjemnością dla przyjemności.

I pamiętajmy:
Jak to w swoim kanonicznym (głównie dlatego, że jednym zachowanym w całości) dziele "O rozkoszy bycia obywatelem Imperium" ujął filozof Sarturus: Skoro jest dobrze, to później musi być źle. A jak jest wspaniale, to będą wieszać.

 ZA KSIĄŻKĘ DZIĘKUJĘ OFICYNIE WYDAWNICZEJ RW2010

wtorek, 3 marca 2015

MECZET NOTRE DAME. ROK 2048, Elena Czudinova







Tytuł: Meczet Notre Dame. Rok 2048
Autor: Elena Czudinova
Data I wyd.: 2005 (PL: styczeń 2012)
Wydawnictwo: Varsovia
Ilość stron: 312

Dwa słowa: wieki średnie







Tak mi się trochę skojarzyło ze średniowieczem, choć może powinno z czasami ciągle jeszcze trwającej świetności Rzymu i losami pierwszych chrześcijan. Wszak historia kołem się toczy.

W roku 2048 religią panującą w większej części Europy jest islam. Prawo szariatu zostaje postawione wyżej niż każde inne prawo - także dawne idee wolności jednostki czy szeroko rozumianej tolerancji. Co ciekawe, akcja powieści toczy się we Francji, choć świat przedstawiony jest odwróceniem hasła rewolucji francuskiej z roku 1793: liberté, égalité, fraternité (wolność, równość, braterstwo). Ulice patrolowane przez policję religijną i istnienie gett dla "niewiernych" nikogo nie dziwią. To codzienność - stała część życia wszystkich. Nierówną walkę z islamistami podejmuje Ruch Oporu, składający się w dużej mierze z młodych ludzi, którzy nie mogą pamiętać dawnych czasów. Jednym z głównych bohaterów jest Eugène Olivier, osiemnastoletni potomek ministrantów z Notre Dame. Obok niego pierwsze skrzypce w tej powieści grają też tajemnicza Sophie Sévazmiou i duchowny, ojciec Lotaire.

Mówimy o roku 2048, więc wizja ta wcale nie jest odległa. Na pewno nie tak bardzo jak w innych powieściach próbujących stworzyć obraz przyszłości, które znam i czytałam. Oto i pierwszy plus powieści. Zdradzę nieco więcej - autorka dba o każdy szczegół historii pomiędzy czasami jej współczesnymi a wykreowanym rokiem 2048. W trakcie czytania otrzymujemy właściwie wszystkie najistotniejsze informacje historyczne, społeczne i polityczne, pozwalające na zrozumienie mechanizmów, których wynikiem jest taki a nie inny świat. Okazuje się, że papież abdykował - i że niemal natychmiast wybrano nowego w...Polsce. Pamiętacie historyczną ideę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa? Ten sarmacki mesjanizm powraca do łask u Eleny Czudinovej.

Powiedziałabym, że odniesień do przeszłości i teraźniejszości początków XXI wieku jest więcej. Podstawy do wskazywania takiego stanu rzeczy są bardziej niż oczywiste - wystarczy przyjrzeć się aktualnym nagłówkom na portalach informacyjnych. Nie jestem specjalistką od społeczności muzułmańskiej oraz nierównego rozłożenia akcentów tolerancji politycznej w poszczególnych krajach europejskich, więc nie będę wdawać się w szczegóły. To robi za mnie Elena Czudinova, opatrując swoją powieść o liczne przypisy, które niezmierne mnie irytowały, dopóki nie nauczyłam się ich częściowo ignorować. Jestem podzielona. Z jednej strony - tak, powieść Meczet Notre Dame jest skrzywioną, wyolbrzymioną wizją przyszłości, ugruntowaną na współczesnej historii i dyskusjach nad niebezpieczną tolerancją religijną, obrazą religijną i prawami religijnymi. Tak, coś w tym jest, że zbytnie roztkliwianie się nad mniejszościami doprowadza do naruszenia naturalnej równowagi, skutkiem czego inny chce zawładnąć to, co nasze. Z drugiej strony - nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka jest uprzedzona lub chociażby prezentuje bardzo ostentacyjny stosunek do wszystkich wspomnianych przez siebie kwestii. Może to być tylko wrażenie, wszak bohaterów kreuje w swojej powieści wielu i całkiem różnych - chrześcijan, konwertytów (przechrztów), rodzimych islamistów. Coś jednak nie daje mi spokoju i każe patrzeć na tę powieść z rezerwą tak mocną, z jaką Elena Czudinova patrzy na muzułmanów.

I tak właśnie, muzułmanów konkretnie i bardzo boleśnie, do cna. Bo nie jest to powieść w żadnym stopniu uniwersalna. Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów z Od autorki, posłowia zamykającego książkę:
Książkę tę napisała chrześcijanka, być może kiepska, ale w każdym razie, niezupełna analfabetka. Tym też usprawiedliwić można tę surowość opinii, za którą niewątpliwie usłyszę jeszcze niemało zarzutów. Śpieszę, by wyjaśnić, że część z nich powinna zostać skierowana do Pisma Świętego: to właśnie tam powiedziano jasno i wyraźnie: chrześcijaństwo jest jedyną prawdziwą religią, a wszyscy bogowie pogan to w istocie demony. Już widzę, jakie gromy posypią się na moją głowę, jak będzie się odmieniać przez wszystkie przypadki słowo "monoteizm". Muzułmanie nie są przecież poganami. Można by pomyśleć, że to cokolwiek zmienia.
A nasza chrześcijańska cywilizacja w dzisiejszych czasach głupieje. Głównie dlatego, że wbiła sobie do swej zbyt dobrotliwej głowy idee demokratyczne. Niewątpliwie, przyroda nie znosi próżni. Jeśli jedna świętość się dewaluuje, jej miejsce zajmuje inna. Islam to kukułcze jajo w europejskim gnieździe, które z dnia na dzień rośnie w siłę i niedługo się wykluje. Od zakazu akcentowania przynależności do chrześcijaństwa jest już tylko jeden krok do ogłoszenia dominującej roli islamu.
Nie neguję tego, że część z argumentów przedstawianych przez Elenę Czudinovą może być zasadnicza, na przykład fragment znajdujący się bezpośrednio powyżej - faktem jest przecież, że miejsce zdewaluowanej świętości zastępuje nowa. Kiedy jednak zaczynam widzieć w tej powieści ziarno bezstronne, znajduję zaraz fragmenty silnie negujące takie spojrzenie na stan rzeczy:
Niczego nie obronimy bez wiary w Chrystusa, absolutnie niczego.
W powieści kluczową rolę odgrywa ksiądz Lotaire, nic dziwnego więc, że i w samej treści znajdziemy wiele rozważań dogmatycznych czy kwestii dotyczących historii religii, metafizyki, prawdziwości jednej religii nad drugą. Odnoszę wrażenie, że to powieść odrobinę za mocno chrześcijańsko-bojownicza, co bardzo mi przeszkadzało w lekturze. I, znów, fragment z posłowia:
Dla mnie osobiście granica jest prosta - nie było dobrych czekistów, nie było dobrych budionowców, nie było dobrych esesmanów, nie było dobrych pracowników obozów koncentracyjnych po obu stronach frontu - jako że błędy wyżej wymienionych łączą się z krwią i bestialstwem. Ale były przecież wielkie masy ludzi uznające te błędy za niewzruszoną prawdę, choć nie pieczętowali tego niewinną krwią ofiar. Nie upieram się, że nie można im niczego zarzucić, ale przecież człowiek, który nie brodzi w krwi bliźnich dla dogodzenia diabłu, może być o wiele lepszy niż jego własne poglądy. Do tej kategorii odnoszę miliony dzisiejszych muzułmanów. Oni również nie są wzorem niewinności, płacą zakat, karmią terroryzm, choć sami nie są mordercami.
Nie wiem więc, co dokładnie chciała przekazać Elena Czudinova, bo w to, że jest to zwyczajna dystopia nie umiem uwierzyć. Za wiele było trąceń stronniczych. Nie umiem odnaleźć się z tą powieścią. Choć na początku wszystko wskazywało na to, że czeka mnie, czytelnika, dobra akcja, niespodziewane zwroty akcji i świat, w którym dominuje nierówność versus pragnienie przywrócenia dawnego ładu, były też fragmenty tak zawiłe lub tak nacechowane światopoglądowo, że powstrzymywałam się przed ich omijaniem. Nie jest to powieść zła, nie można jej wszak odmówić intensywności, dbałości o szczegółowe stworzenie świata przedstawionego. Czytelnik niemal fizycznie odczuwa swoją obecność w opisywanych miejscach. A jednak nie byłam w stanie poczuć sympatii czy choćby zainteresowania prywatną historią żadnego z bohaterów. Fragmentaryczny układ opowieści oraz silny odcisk światopoglądowy skutecznie mi to uniemożliwiły. Przypisy być może wyjaśniały kwestie trudniejsze, ale ugruntowywały moje przekonanie co do tego, że nie jest to powieść przeznaczona do szybkiego, pełnego emocji czytania. Czułam się trochę jak podczas wykładu historyczno-politycznego uknutego w na tyle przemyślany sposób, by pozory mówiły coś innego.

Nie mówię więc tej powieści "nie", choć nie odczuwam entuzjazmu, który kazałby mi powiedzieć jej "tak". Mam uczucia mieszane, jeśli wiecie o co mi chodzi. To powieść, której nie przeczytałam z zapartym tchem, która nie zasiała we mnie żadnego silniejszego ziarna, ale którą odłożę na półkę ze spokojem i być może polecę kiedyś komuś, kto lubi tego typu skomplikowane, religijno-polityczne historie.


ZA KSIĄŻKĘ DZIĘKUJĘ PORTALOWI EKULTURALNI.PL

poniedziałek, 2 marca 2015

Podsumowanie lutego


Gdy ciepło w lutym, zimno w marcu bywa, długo trwa zima, to rzecz niewątpliwa. (przysłowie)

..................................................................................................................................................


A book that scares you, czyli książka, która Cię przeraża.
 
A book that takes place in your hometown, czyli książka, której akcja rozgrywa się w twoim mieście. 

A book set in a different country, czyli książka dziejąca się w innym kraju. 

4. Bóg mordu, Yasmina Reza 
A play, czyli sztuka/dramat.

POZA WYZWANIEM

5. Czytając Polskę: literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności, Kinga Dunin

6. Maszynopis z Kawonu, Tomasz Kowalczyk

7. Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Marek Bieńczyk

8. Meczet Notre Dame. Rok 2048, Elena Czudinova - RECENZJA NIEBAWEM

Luty to także:

Tuż po opublikowaniu ogólnego postu o serialach moja lista aktualnie oglądanych produkcji powiększyła się o dwie - Fortitude i Wspaniałe stulecie. Tymczasem How to Get Away with Murder uraczyło nas fantastycznym finałem sezonu, który zbił mnie z tropu i zostawił po sobie całą masę pytań - choć na kilka wcześniejszych udzielił odpowiedzi. Nie zapominajmy też, że wszyscy cieszą się z premiery nowego sezonu House of Cards - cieszę się i ja!

Wszystkie książki, które kupiłam lub otrzymałam w tym miesiącu, od razu przeczytałam - Maszynopis, Melancholię, Mordercę bez twarzy i Meczet Notre Dame. Marzec to miesiąc łączenia wyzwań studenckich z kolejnymi ciekawymi wyzwaniami blogowymi. Przede mną recenzja Meczetu, lektury powieści nadesłanych przez RW2010 i akcję Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.

A teraz, kiedy podsumowanie dobiega końca, proszę Was, drodzy czytelnicy, o kilka słów refleksji. Jak oceniacie dwa miesiące działalności Po Książkach Mam Kaca?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...