czwartek, 12 marca 2015

PORTRET TRUMIENNY, Kuba Wojtaszczyk






Tytuł: Portret trumienny
Autor: Kuba Wojtaszczyk
Data I wyd.: 2014
Wydawnictwo: Simple Publishing
Ilość stron: 138 (wyd. papierowe)
Uwagi: ebook

Dwa słowa: przepalone zdjęcie







Portret trumienny i zdjęcia przy otwartej trumnie - ja też mam w swoim domu tych kilka starych, niegdyś obowiązkowych fotografii. Ostatnie pożegnanie członka rodziny. Dawniej jedna z wielu okazji, podczas których rodzina spotykała się razem. Dziś często jedyna, jakby to tylko śmierć miała moc scalającą tak bardzo obce sobie jednostki. Rodzina trzyma się razem! Ale z rodziną dobrze tylko na zdjęciach - w żałobnej ciszy być może najlepiej. A przecież w powieści wspomina się też inne formy tej sztuki: miejską fotografkę robiącą rodzinne zdjęcia na tle tekturowych obrazków i Artystę z jego wystawą pożydowskich kamieniczek Jedwabne i inni.

Narratorem opowieści jest Aleksander, najmłodszy syn, mieszkaniec miasta, wykształcony pracownik galerii sztuki. Egocentryk, neurotyk, uzależniony od papierosów, z jednej strony charakteryzujący się niezdrową fascynacją śmiercią, z drugiej - przerażony myślą o przypadkowym kontakcie fizycznym z nieznajomymi czy płynach ustrojowych wiszących w powietrzu. Osaczony śmiercią, a jednocześnie nią zainteresowany.
Na razie musi wystarczyć mi ciągłe gadanie o ukatrupieniu i profil na wirtualnym cmentarzu w necie. Portal społecznościowy dla trupów z klasą, stworzony z myślą o mnie. Za niewielką opłatą kupiłem tam mogiłę. Nawet wybrałem nagrobek. Wygląda na drewniany, z zamierzchłej przeszłości, taki retro - za który niejeden hipster dałby się, o ironio, zabić. Wirtualne truchło o mym imieniu i nazwisku leży na cmentarzu ateistycznym. Niedaleko, bo wystarczy kilka razy kliknąć myszką, leżą też papież Karol (to znaczy Jan Paweł II) i Patrick Swayze.
Aleksander jedzie do rodzinnego miasta, do domu, w którym się wychował, do rodziny, o której istnieniu najchętniej by zapomniał. Okazja jednak jest na tyle ważna, że nie można jej zignorować - urodziny matki, zjazd najbliższych, typowa małomiasteczkowa impreza, w której barszcz, flaczki i domowe ciasto grają pierwsze skrzypce. Aleks nie jest tym zachwycony. Jego spojrzenie na rodzinę od samego początku jest bardziej niż skonkretyzowane - nie pasuje do nich, jest kimś więcej, wie więcej, ma więcej do zaoferowania.

To powieść na jeden poranek, ale z kacem na całe popołudnie i wieczór. Spojrzenie na rodzinę z tej najgorszej strony - bandy osób związanych krwią, których nic oprócz tego nie łączy. Matka-Polka pozorująca władzę nad wszystkimi organizmami żywymi znajdującymi się pod dachem, wyizolowany z szumu rodzinnego, umierający ojciec, typowy podział na syna-robola oraz syna-czarną owcę. Jeszcze córka, która układa sobie życie po swojemu, nie chcąc tym kogoś urazić, choć jednocześnie brak tolerancji wywołuje w niej drobiny buntu. Synowa pretendująca do miana nowej, przezroczystej pani domu, a także kalejdoskop rozwrzeszczanych dzieci spijających ze społecznego miszmaszu śmietankę drwin, przemocy oraz stereotypów - w tej dziecięcej, a więc jeszcze nie całkiem wyewoluowanej formie. Do tego zastęp ciotek-wdów oraz rodzinne wspominki, te dobre, polskie historie małych wojenek oraz wielkich peerelowskich przekrętów.

Nic się nie dzieje. Główna akcja obejmuje jeden dom, jedną rodzinę, jeden temat. Spłaszczony i wykrzywiony obraz spotkania przy posiłku, kontaktów rodzinnych, codzienności. Nie ma dramatycznych zwrotów akcji ani momentów zawieszenia. Jest dzień - dzień jak co dzień. Rodzina - ot, jedna z wielu. A jednak w krzywym zwierciadle punktu widzenia Aleksandra i jeszcze bardziej przewrotnym podejściu autora. Nie bierzmy tego na serio, ale zróbmy to. Nie ufajmy okrutnej, nietolerancyjnej rodzinie - ale dajmy jej dojść do słowa. Bo na końcu nie jesteśmy już właściwie pewni, kto tu kogo bardziej nie znosi, nie szanuje i nie chce znać.
Wiesław już prawie wskazywał na pasek, lecz wtem weszła siostra miłosierdzia Katarzyna ze szklanicą lodowatej wody. Postawiła ją dziecku, które majestatycznie zamoczyło w niej palec. Bliźniak pewnie już dawno przestał odczuwać ból, ale darł się dalej, tak dla ogólnej radości popsucia obiadu. Najmłodszy też płakał, bo nikt nie chciał się nim zająć. Geje zawsze są nieszanowani w społeczeństwie, niech się tego uczy już teraz.
Odnoszę wrażenie, że powieść ta mogłaby być pisana równie dobrze z punktu widzenia każdego innego bohatera. I żadnego z nich byśmy nie polubili, nawet - a może tym bardziej - przez fakt wejścia w jego umysł i dotarcia do najbardziej skrywanych myśli, skojarzeń czy postaw. Bo ludzi nie da się lubić, bo każdy ma swoje życie i swoje poglądy, a jednocześnie ich brak, każdego mierżą inni, nawet ci najbliżsi.

I zostaje tylko portret trumienny, na którym wychodzi się najlepiej. Razem, w ciszy, przy zmarłym, który nie powie już ani jednego słowa. Który nie okaże się być przede wszystkim osobnym bytem ludzkim, ale pozostanie miłym wspomnieniem przytaczanym podczas urodzin, imienin i innych rodzinnych zjazdów. Portret trumienny polecam.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

4 komentarze:

  1. Dość niestereotypowa pozycja, nie jestem pewna, jak bym ją odebrała, ale nie mówię "nie" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będziesz miała okazję, to się nie wahaj. Wydaje mi się, że to dość interesująca i niebanalna lektura.

      Usuń
  2. Przeczytałem tą recenzję i ta koncepcja, że z punktu widzenia każdego z bohaterów opis byłby podobny i że każdy z bohaterów jest tak samo niesympatyczny jest niewątpliwie ciekawa. Ja to rozpracowałem, że bohater jest jeden i na nim się skupiłem tak jak chciał tego autor, Fajnie, że przeczytałaś moja recenzję:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Punkt widzenia zależy od punktu patrzenia. Twoja recenzja jest bardzo rzetelna i wzbogaciła mój odbiór :)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...