poniedziałek, 30 marca 2015

SZMACIANE LALKI, Gabriel Grula







Tytuł: Szmaciane lalki
Autor: Gabriel Grula
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 325

Dwa słowa: zero strachu







Podczas czytania tego zbioru opowiadań dość długą chwilę zajęło mi przestawienie się na myśl, że muszę się miarkować. Że nie mogę przykładać poznawanej właśnie lektury do swoich założeń, widzianych filmów i seriali, znanych już sobie historii. Muszę skupić się na tym, co jest przede mną. Na konkrecie. Myślałam nad tym tak żarliwie, ponieważ od początku coś mi nie pasowało. Stwierdziłam, że to może moja wina. Może za dużo wymagam. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Niestety, mimo tej próby obiektywności, mimo chęci spojrzenia na tę książkę, ot, jak na książkę - jak na byt osobny, bez przymiarki do konkretnej mnie, mającej konkretne przeżycia czytelnicze, wizje grozy pobrane z innych utworów sztuk różnych...cóż, niestety mimo tej próby, opinia moja jest jedna: Nie, na litość boską, nie.

Zacznę od tego, co ostatnio bardzo mnie w książkach ciekawi. Co ciekawić zaczyna mnie coraz bardziej, choć wcześniej nigdy nie przywiązywałam do tego aż tak dużej roli. Fascynują mnie bowiem opisy na tylnej stronie okładki, tzw. blurby. Obietnice! Wydawnicze nęcenie czytelnika! Blurb, czyli szeleszczenie sreberkiem od czekolady. O, zjadłoby się:
Zbiór opowiadań o znaczącym tytule „Szmaciane lalki” to nie lada gratka dla miłośników krótkich form z pogranicza realizmu magicznego, thrillera, horroru i grozy. Po jego przeczytaniu czytelnik zadaje sobie pytanie: czego tak naprawdę powinniśmy się bać? Co stanowi dla nas prawdziwe zagrożenie?
Nazwę rzecz po imieniu. Ta książka nie przyprawia o dreszcze. Ta książka nie wywołuje strachu, podniecenia i ekscytacji. Ta książka nie wyzwala w człowieku żadnych emocji poza znudzeniem, zniechęceniem i irytacją. Jeśli blurb to szeleszczenie sreberkiem, to ta powieść jest marną czekoladą za niecałe dwa złote. Czasem coś sprawia, że ją kupujesz. I później bardzo tego żałujesz.

Zaczyna się od opowiadania Miasto X. Pierwszy tekst powinien dać power, dać moc, otworzyć cały zbiór mocnym akcentem i wprawić w odpowiedni nastój. Lubicie zombie? Cóż, biedacy, lepiej nie czytajcie tego opowiadania. Lubię parodie, ale tylko wtedy, gdy są one zamierzonym zabiegiem. Obawiam się jednak, że to opowiadanie było pisane na serio. Jedyne, co mnie w nim zainteresowało i poruszyło, to "zegarek" używany zamiennie z nachalnym "czasomierzem", sztucznym do granic wytrzymałości. Zdania się nie lepią, akcja może i ma sens, ale co z tego, skoro nie ma w niej żadnej gradacji napięcia. Bohaterowie - od początku do końca tak samo płascy, nieprawdopodobni. Wyrwani...skądś. Wsadzeni w historię o zombie ni z tego ni z owego. Dziewczyna pierwszy raz trzyma broń w ręku? Pewnie uda się jej strzelić idealnie do celu? Tak, owszem, czemu nie. A jednak w amerykańskich filmach prezentuje się to lepiej.

Nie, dalej nie będzie lepiej. Jestem zażenowana poziomem tych opowieści. Horror? Tylko w mojej głowie. Thriller? Ciarki chodzą mi po plecach przez drewnianą konstrukcję narracji. Realizm magiczny? Realne jest to, że żadna magia tu nie pomoże. Mamy między innymi Przypadek śmierci. I znów - może jest jakiś koncept, może jest jakaś myśl. Mężczyzna usiłuje popełnić samobójstwo, poznaje Śmierć w kobiecej postaci. Podróż w różne strony czasoprzestrzeni nie jest zbytnio nowatorska, poznawanie Szatana mogłoby być ciekawe. Moim zdaniem wszelkie pomysły są kompletnie niewykorzystane. Dialogi na domiar złego sztywne jak kij. Na końcu brakowało mi jeszcze tylko tego, by postaci stanęły sznurkiem obok siebie i pokłoniły się jak w bardzo konserwatywnym teatrzyku. Więcej? Świetlik to opowiadanie o niesłusznie wsadzonym do więzienia mężczyźnie. Koniec. Nie, serio. Nic więcej się tam nie dzieje. N-i-c.

Właściwie nie widzę żadnego sensu w tych opowiadaniach. Można je przeczytać, ale... Nie, właściwie tu zdanie się kończy. Można je przeczytać. Tyle. Nic więcej się nie wydarzy. Ani zawału, ani zabawy, ani rozrywki. Więc lepiej dajcie sobie spokój. Wystarczy, że ja musiałam wytrwać do końca.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

8 komentarzy:

  1. A wydawało się ciekawe, okładka i tytuł zachęca, ale patrząc na twoją recenzję widzę, że dobrze, iż ją przeczytałam. Oszczędzę sobie tortur tą książką.
    Świetna recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Przed napisaniem recenzji przejrzałam sobie trochę Internetu... No i okazało się, że nie tylko ja mam takie odczucia.

      Usuń
  2. Zostałaś nominowana przeze mnie do Liebster Blog Award. Pytania znajdziesz tutaj:
    http://zaczytane-zwariowane.blogspot.com/2015/04/niewiemktoryraz-liebster-award.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety nie załapałam się na tę książkę, ale mam nadzieję, że niebawem ją przeczytam, może być ciekawa. Mimo Twojej opinii wolę sama się przekonać :)
    http://chcecosznaczyc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja sobie z pewnością odpuszczę, ale okładka przyciąga wzrok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka mnie skusiła. A mówili, żeby nie oceniać książki po okładce!

      Usuń
  5. A zapowiadało się tak ładnie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Mi się podobało , uważam ,że warto ją przeczytać !
    To pierwsza książka Gabriela i jestem pewny ,że jeszcze o nim usłyszymy :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...