czwartek, 30 kwietnia 2015

CK MONOGATARI, Artur Laisen







Tytuł: CK Monogatari
Autor: Artur Laisen
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Genius Creations
Ilość stron: 348
Inne: ebook

Dwa słowa: kielecka egzotyka






Tak naprawdę nie wiedziałam, po jaką książkę sięgam. Opis nie powiedział mi wiele, na żadne recenzje raczej nie mogłam liczyć - wszak to świeżynka. Skusiły mnie Kielce. Powód bardzo błahy. Zainteresowało mnie to, w jaki sposób kielecka rzeczywistość może być egzotyczna. Trudno było mi w to uwierzyć, postanowiłam więc, że zgodzę się na Azję w Polsce. W końcu czym jest przestrzeń?

Fabuła opowiada o firmie KZDM-Nagita oraz jednym z pracowników, Piotrze Jaskulskim, który staje się świadkiem gwałtownych i bardzo zagadkowych zmian. Sho Kyubimori, ekscentryczny, wychodzący poza szablony i konwenanse wiceprezes przysłany przez centralę w Tokio, planuje realizację tajemniczego, monumentalnego projektu, o którym właściwie nikt nic więcej nie wie. Piotr jest jedną (jedyną?) z osób, które dostrzegają, że inicjatywa ta może doprowadzić firmę do upadku. Czy jednak temat kieleckiej firmy jest naprawdę istotny? Poniekąd tak, choć to dopiero wierzchołek góry lodowej - niesamowitej, magiczno-baśniowej, przekraczającej czas i przestrzeń. Na kartach powieści pojawiają się całe zastępy bardzo niepokojących i egzotycznych postaci: yūrei, kitsune oraz demony wprost ze świata japońskiej magii i duchów. Do Kielc przybywa też egzekutor Yakuzy oraz posiadająca pewne niezwykłe zdolności Yuki Yamada - i choć działają osobno, oboje chcą zniweczyć plany Sho. Dlaczego?

Już po kilkunastu stronach czytania byłam pod wrażeniem tego, w jak dopracowany, szczegółowy, skrupulatny sposób autor powieści zarysowuje sposób myślenia bohaterów, ich punkt widzenia świata. Jak wiele wysiłku poświęca na to, by czytelnik wiedział, z jakiego kręgu kulturowego dany bohater się wywodzi, jak widzi tradycję i w co wierzy. Czytający ma przed sobą wiele fragmentów zbudowanych właśnie na bazie przemyśleń książkowych postaci - szczególnie Piotra, choć nie tylko:
Pan Toru już jako dziecko nie cierpiał tłumów. Czasem zastanawiał się, czy to ta niechęć właśnie nie zadecydowała o wyborze jego własnej drogi życiowej - szlachetnej i szorstkiej niczym egzystencja dawnego samuraja. Na tyle, na ile było to możliwe w tych pieskich czasach, rzecz jasna. Tak czy owak, wykonując swój zawód, częściej miał do czynienia z konkretnymi jednostkami niźli z tłumem i bardzo mu to odpowiadało.
Odnosiłam wrażenie, że konstrukcja wydarzeń oraz wewnętrzna architektura poszczególnych bohaterów są tak samo istotne. Architektura to zresztą słowo-klucz tej powieści. CK Monogatari to opowieść o architekturze w bardzo szerokim, być może metaforycznym już, sensie - o tym, w jakiej kulturze i w jakim momencie życia się znajdujemy, a gdzie moglibyśmy się znaleźć, gdyby przełożyć jeden z pojedynczych klocków tworzących naszą biografię. Urzekły mnie elementy, momenty zaskakujące, inspirujące lub odrażające książkowych bohaterów. Okazuje się, że perspektywa jest czymś o wiele istotniejszym niż można przypuszczać. To ona sprawia, że w niektórych sytuacjach ludzi wokół siebie postrzegamy jako demony. I nie tylko. Artur Laisen doprawia swoją powieść odrobiną surrealizmu, nie pozwala się jednak czytelnikowi w nim zgubić. Piotr Jaskulski otrzymuje pomoc i odpowiednie wyjaśnienie, a razem z nim my, baczni obserwatorzy niezwykłych wypadków, w jakie się wplątał (lub w jakie go wplątano).
W kształtach i przestrzeni drzemie straszliwa siła. (...) To, jak definiujemy kształty i jak aranżujemy przestrzeń, nigdy nie jest obojętne. Wszystko, co nas otacza, zawsze ma jakieś znaczenie, choć czasem jest ono głęboko zakamuflowane.
Druga bardzo ważna w powieści rzecz to przestrzeń. Zestawienie punktu widzenia japońskich przybyszów z polskim światopoglądem - słowiańskim, ale mimo wszystko mocno już zachodnim - to bardzo ciekawy zabieg. Na początku wiele wskazuje na to, że powieść opowiadać będzie o firmowych gierkach, o władzy i pieniądzach, długach do spłacenia. Później okazuje się, że tak naprawdę chodzi nie o przyziemne aspekty codziennej walki o byt czy niebyt w korporacyjnej rzeczywistości, ale o bardzo głębokie poczucie tradycji, przynależności. Okazje się, że CK Monogatari zawiera na swoich kartach japoński świat magii i duchów nie po to, by bawić, zainteresować czy "złapać na Azję", ale po to, by naprawdę mocno dotknąć struny odpowiedzialnej za ludzką tożsamość. W jaki sposób identyfikujemy siebie jako...siebie. Co tak naprawdę sprawia, że możemy o sobie powiedzieć, że jesteśmy i że wiemy, jacy jesteśmy? Co, jeśli Kielce to środek świata... Przecież dla kogoś to naprawdę jest centrum.
Nazywanie i opisywanie czegokolwiek przy pomocy naszych ograniczonych zmysłów nigdy nie jest do końca adekwatne, ale w jakimś sensie pomaga nam panować nad rzeczywistością. Magia to tylko dyscyplina postrzegania. 
CK Monogatari jest powieścią o magii. O magii przestrzeni, magii czasów - nie globalnych, ale indywidualnych. Akcja gna nas prawie jak w gangsterskim filmie, wszystko, by pokrzyżować plany Tego Złego. Jednak nie chodzi o wojenne łupy, o mafijne porachunki czy machlojki finansowe, ale o to, że tak naprawdę władza absolutna wiąże się z zapanowaniem nad terytorium. A do tego potrzebne jest coś więcej niż prawny dokument - wrośnięcie się w miejsce. Jeśli więc Azja spotka się z Kielcami, świat będzie musiał sprostać wielu zwrotom akcji, paru demonom, lisiej magii oraz pytaniu, które zaczęłam sobie mimowolnie stawiać: "Gdzie jest moje miejsce?".


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

niedziela, 26 kwietnia 2015

W hiperTEKŚCIE: kwiecień

źródło: grafika google
Hipertekst to nielinearna i niesekwencyjna organizacja danych - tekst rozbity na fragmenty, które na wiele sposobów połączone są ze sobą odsyłaczami. (źródło)
Wierzę, że żyjemy w hipertekście. Oto przegląd artykułów, notek, recenzji, stron i innych linków, na które mniej i bardziej przypadkowo natknęłam się w ostatnim czasie.

W tym miesiącu zachwycałam się programem Twoja twarz brzmi znajomo, przetrwałam finały seriali The Walking Dead i Fortitude, a także dałam się porwać Gone Girl - wersji papierowej i filmowej. A to dopiero początek.

CZYTANIE

Niezwykle interesująca recenzja Zaginionej dziewczyny z nieco innej perspektywy. Kim jest "zła kobieta", jakie sztuczki można nazwać "kobiecymi" i czy w ogóle warto sięgnąć po film?

→ #Lalka2015: daj lajka Wokulskiemu (stronaokulturze.pl)
Kto ze zgrozą wspomina Lalkę - ręka do góry! Cóż, ja swojej nie podniosę, ale wiem, że uczniowie szkół ponadgimnazjalnych mają o Wokulskim i pannie Łęckiej zazwyczaj zdanie dość konkretne. Dlaczego mamy więc "dać lajka Wokulskiemu"?

"The Walking Dead" (5x16): Na domowym froncie (serialowa.pl)
Lubię czytać opinie Serialowej, choć nie zawsze się z nimi zgadzam. Finał TWD nie poruszył mną tak bardzo, jak większością osób. Nie powiem też, żeby piąty sezon przypadł mi do gustu: ot, nie jest źle. Serialowa wskazuje jednak na kilka istotnych szczególików, które mogą procentować w przyszłości.

→ Ładne okładki (facebook.com)
Jeśli ktoś nie lubi wielkich wypraw do galerii sztuki, a wykłady o grafice ani trochę go nie ruszają (O, tu mogę podnieść rękę do góry!), może warto zasmakować w sztuce bardziej użytkowej. A ponieważ nie ma nic lepszego od książki, spójrzmy na jej...okładkę. Bo wszyscy lubimy ładne książki!


GADANIE

Nie jestem wielką fanką Mówiąc Inaczej, ale ten film bardzo mi się spodobał. Coś ciekawego nie tylko dla poznaniaków - czyli o tym, jak słownik gwary ma się do realiów życia codziennego. Nie wiem w jakim stopniu moja mowa się "spoznańczyła", ale "Tej!" używam aż za często.




SŁUCHANIE

Teledysk, który pojawił się w sieci niedawno, a już obiega świat. Sia i Fire Meer Gasoline, klip z udziałem Heidi Klum i Pedro Pascala. Nie wiem jak Wy, ale ja mam ciary! (Ta muzyka, ta historia, ta Sia!)


Mogłabym wstawiać bardzo dużo piosenek, które wpadły mi w ucho w tym miesiącu, ale czuję, że powinnam przede wszystkim wrzucić coś, co pomoże przekonać Was do obejrzenia programu Twoja twarz brzmi znajomo. Na początku naprawdę nie rozumiałam, o co tyle szumu. Teraz jestem odrobinę uzależniona.

Stefano Terrazzino nie ma w tym sezonie łatwo. Śpiewał już po angielsku, turecku, polsku, hiszpańsku i rosyjsku:


Ale moim numerem jeden na zawsze będzie już chyba Kaśka Skrzynecka i jej interpretacja Tiny Turner:


A na co Wy zwróciliście szczególną uwagę w tym miesiącu? Czekam na Wasze komentarze!

piątek, 24 kwietnia 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: GREY'S ANATOMY (S11.E21, "How to Save a Life")


UWAGA! PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOILERY, TZN. FRAGMENTY ZDRADZAJĄCE ISTOTNE FAKTY DOTYCZĄCE SERIALU. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Poniższy tekst to przeklejony post mojego autorstwa z forum greysanatomy.fora.pl. 




Najsmutniejsze jest to, że „dramat” według Shondy Rhimes równa się trupowi.

Pamiętam pierwsze sezony Chiurgów, kiedy dramat bywał rozciągnięty na dwa, trzy odcinki. Trudne przypadki medyczne, trauma po ciężkich operacjach, rodzące się związki, skomplikowane relacje między współpracownikami, fobie, niełatwe związki między życiem prywatnym a pracą; rodzina, dzieci. Chirurdzy byli serialem dramatycznym na wielu płaszczyznach. Choć większość akcji działa się w szpitalu, pochłaniała ona nie tylko sprawy medyczne, ale też tę stronę lekarskiego świata, o której pacjenci zazwyczaj nie myślą. Lekarz jako człowiek. Lekarz jako człowiek predestynowany do bóstwa, „superbohaterstwa”, a jednak nadal człowiek. Człowiek, który się boi, popełnia błędy, staje przed trudnymi wyborami. Jaką drogę należy pokonać, by utworzyć w swoim życiu tę przewrotną kładkę między „śmiertelnik” a „chirurg”? Pierwsze sezony Chirurgów były dla mnie niezwykle fascynującą, porywającą historią o ludziach, którzy wiedzą, że mogą więcej. O ludziach, którzy władają życiem i śmiercią.

Bywało różnie. Dobrze i źle, przecież każdy serial miewa wzloty i upadki. Jedne postaci pokochałam od razu, inne kochałam i nienawidziłam jednocześnie lub na zmianę. Czasem życzyłam im śmierci, czasem zaciskałam dłonie w pięści, czasem także wzdychałam ostentacyjnie, kiedy scenariusz serialu zwyczajnie mi się nie podobał. To nic. Najlepsze seriale właśnie tak działają na odbiorców. Dobry serial to balansowanie na sznurze zawieszonym wysoko nad ziemią. To walka. To gra, podstępna, pełna fałszywych wybiegów, oszustw, mamienia przeciwnika i wykorzystywania jego słabości. Tak właśnie ma być. Dobry serial, serial, który nazywa się „swoim”, wydrąża w człowieku pustkę. Pustkę, którą jednocześnie...zapełnia. Nieustannie wydrąża i zapełnia. Wkłada paluch w newralgiczny otwór i gmera w nim bezwstydnie. Czasem dochodzi do orgazmu. Czasem do skrzywienia się z bólu. Dobry serial, „swój” serial, ma za zadanie męczenie i rozpieszczanie odbiorcy. Zaciekawianie i odrzucanie. Obiecywanie i rozczarowywanie. Oto roller coaster serialomaniaków. Wzrokowców. Wrażliwców.

Shonda Rhimes była moją boginią. Na początku nie oglądałam Chirurgów regularnie. Łapczywie pochłaniałam każdy dostępny odcinek w TV, ale brakowało mi przy tym systematyczności. Nie pamiętam mojego pierwszego epizodu Chirurgów. Nie pamiętam, czy zakochałam się w nich od razu, czy może zajęło mi to trochę czasu, tę parę odcinków, na które zerkamy niechętnie, by później odkryć ich komplikacje i potencjał, którego nie dostrzegaliśmy na pierwszy rzut oka. Nie pamiętam początków mojego romansu. Pamiętam za to czas pomiędzy pierwszym i drugim rokiem studiów, wybuch i szczyt mojego zachwytu. Obejrzałam wszystkie dostępne wtedy sezony. Wszystkie sezony, na dodatek dwa razy, a przecież trwał rok akademicki. Tak, to był pierwszy serial, do którego przysiadłam przed laptopem. Pierwszy serial, któremu poświęciłam noce, oczy i kręgosłup. Jadłam przy nim, uczyłam się przy nim, zasypiałam mając na sobie świeże emocje odcinka. Dziwne perfumy, wietrzejące bardzo szybko, aż do kolejnej żarliwej dyskusji na temat losów serialowych bohaterów.

To był mój serial. Mój i mojej BFF. Nasz serial.

Shonda Rhimes przepoczwarzyła się w starą dziwkę. Ma dziury w zębach, stęchły oddech, startą suknię pogrzebową i zakrwawiony topów w dłoniach. Śmierdzi trupem. Nosi trupy na swoich barkach, plecach, na swojej szyi. Trupy jak wojenne trofea, choć przecież nie ma tu żadnej wojny. To tylko serial. Serial, który był kiedyś „dramatem” w tym najbardziej szerokim sensie. Krew na sali operacyjnej, emocje w życiu lekarzy.

Mogę zrozumieć śmierć serialowego bohatera. Śmierć taka nie boli mnie fizycznie, rozpływa się w pamięci, rozchodzi po kościach. Żałoba telewizyjnych postaci nie jest prawdziwa, moja także. Rozumiem to. Pamiętam finał 6 sezonu: strzelanina w szpitalu. Krew wylazła poza salę operacyjną, a jednak nadal pachniała dobrym dramatem, dobrą akcją. Punkt newralgiczny zabolał, a jednocześnie rozniosła się z niego soczysta przyjemność. Do dziś przeżywam ten finał za każdym razem, gdy go oglądam; nie mogę usiedzieć w miejscu, choć jednocześnie jestem do miejsca przyparta. Magia kina, magia ekranu, magia serialu.

A później zaczęły nadchodzić ciemne chmury. Chmury zimnego deszczu, chmury niepogodne, chmury bolesnego gradu. Finał sezonu 8. Nie oskarżę pomysłu. Oskarżę wykonanie.

Później odejście Cristiny. Bolało mnie, ponieważ to zawsze ona była mi najbliższą bohaterką. A jednak dostała swój odcinek. Ba! Dostała swój sezon, wiele fantastycznych epizodów, w trakcie których zrozumieliśmy, że Cristina musi odejść. To było jej przeznaczone od samego początku - ta wielkość, która sprawia, że los sam wpycha w dłonie potencjał. Trzeba go wykorzystać. Odejście tej bohaterki wstrząsnęło mną, ale jednocześnie jej ostatni pełny epizod był fantastyczny. Zjawiskowy. Wzruszający. Porywający. Odcinek, który łączył to, co nowe i nieuniknione, z tym, co stare, sentymentalne i naprawdę znaczące. Odczytywałam symbole, zakamuflowane mniej i bardziej odniesienia do najważniejszych chwil Cristiny Yang. Scenarzyści i aktorzy skłonili głowę przed mocno rozpisaną, niezwykle charakterystyczną i istotną bohaterką serialu. Przed Cristiną i przed Sandrą Oh, która ją wykreowała.

Pisałam to już kilka razy. Straciłam serce dla tego serialu. Od pewnego czasu, BFF mi świadkiem, nie miałam do niego cierpliwości, nie miałam zainteresowania, nie potrafiłam się nim cieszyć. Tak, serialem powinniśmy się cieszyć. Nawet wtedy, gdy decyzje scenarzystów nam nie leżą, kiedy żal nam bohaterów, kiedy nie chcemy, by dobrzy aktorzy opuszczali tę łajbę. Potrafię odnajdywać radość z oglądania bolesnych dla mnie scen. Film, serial i książka - to dziedziny, w których bardzo cenię to, że czasem mordują fragment mnie, wywlekają mi skórę na drugą stronę. Lubię to, jestem masochistką.

Dziś rano zajrzałam na forum, przeczytałam opinie dotyczące odcinka. Mam zaległości, jestem dobre sześć epizodów w tyle. Przed chwilą nadrobiłam już dwa. Wiem, że obejrzę ten sezon do końca, po czym najprawdopodobniej odstawię Chirurgów na bok. Jeśli nakręcą kolejny sezon, obejrzę go po roku, dwóch. Poczekam, aż zostanie zrealizowany w pełni, aż smród krwi i rozkładu wywietrzeje. Nie mam już do niego serca. Czasy, kiedy z wypiekami na twarzy opowiadałam mamie o losach serialowych bohaterów, minęły. Chirurdzy byli fantastycznym, niezapomnianym serialem.

Byli.

czwartek, 23 kwietnia 2015

KSIĄŻKA W CIEMNO (rozdanie)


Oceniamy książki po okładce. Oceniamy książki po nazwisku autora, jego płci i wieku, po recenzjach, blurbach, a czasem po tym, które miejsce na liście TOP zajmuje dana pozycja. O naszym wyborze decyduje bardzo wiele zmiennych.

Zapraszam Was na KSIĄŻKĘ W CIEMNO, rozdanie, w którym wiecie, że…wiecie niewiele.

Zasady: 
1. Organizatorem rozdania oraz fundatorem nagród jest właścicielka profilu facebook.com/PoKsiazkachMamKaca oraz bloga pannakac-pisze.blogspot.com.

2. Rozdanie trwa do 30.04. do godziny 18:00. Wyniki rozdania pojawią się w ciągu następnych trzech dni, tj. najpóźniej do 03.05. do godziny 18:00.

3. Uczestnik rozdania może brać jednocześnie udział w rozdaniu na facebooku i na blogu. W każdym z rozdań ma jednak prawo do jednego zgłoszenia.

4. Polubienie strony na Facebooku i obserwowanie bloga nie są koniecznie, jednak zawsze będą mile widziane ;) To Wy dajecie mi energię to dalszego pisania!

5. Aby wziąć udział w rozdaniu należy wybrać jedną z dwóch książek przedstawionych na zajęciu i - na podstawie dostępnych, krótkich informacji - uzasadnić swoją decyzję.

6. Rozdanie na blogu:
- jeden zwycięzca zostanie wyłoniony przez właścicielkę bloga,
- o drugim zwycięstwie zadecyduje losowanie z uczestników, którzy wybrali pozostałą proponowaną książkę.

7. Rozpatrywane będą tylko wpisy osób zalogowanych. W zgłoszeniu należy podać adres e-mail.

KSIĄŻKA W CIEMNO: NAPISZ, KTÓRĄ Z PROPONOWANYCH PRZEZE MNIE KSIĄŻEK CHCIAŁBYŚ OTRZYMAĆ I...DLACZEGO?

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Książki, o których marzę (3)

Czy zdarza się Wam czytać książki w języku obcym?

Czytanie książek w oryginale po angielsku wychodzi mi różnie, choć z dumą mogę powiedzieć, że przeczytałam w całości jeden kryminał Agathy Christie. Udało mi się nawet nie przegapić osoby winnej morderstwa. (Hurra ja!) Choć brakuje mi systematyczności, wiem, że czytanie książek w oryginale bardzo pomaga w przyswajaniu sobie języka. Lub - tak jest w moim przypadku - służy temu, by...języka w gębie nie zapomnieć.


W poprzednie wakacje kupiłam dwie książeczki z serii Penguin Readers (link, link). Są to uproszczone klasyki literatury, dostosowane do konkretnych poziomów znajomości języka. Jeśli ktoś z Was boi się czytania książek w oryginale (tak jak ja), Penguin Readers nadaje się świetnie do przełamania pierwszych lodów.

Nie zapominajmy też o magazynie English Matters. Nie kupuję go regularnie, bo nie umiem znaleźć czasu na przeczytanie całego numeru przed pojawieniem się kolejnego. Nie zmienia to jednak faktu, że naprawdę mogę polecić go wszystkim, którzy chcą mieć kontakt z językiem obcym. Zawartość to ciekawe artykuły z wielu różnych dziedzin, dzięki czemu czytelnik może przyswoić sobie szeroki wachlarz nazw, pojęć i konstrukcji językowych. Moim zdaniem bardzo cenne jest również to, że English Matters przybliża kulturę krajów anglojęzycznych.


Na mojej półce mam kilka książek po angielsku. Dwa kryminały Christie, pierwszy tom Pottera, Hobbita w tym wydaniu (tak, kupione tylko ze względu na edycję) oraz Adwokata diabła. O jakich książkach więc marzę?

Queen of Crime, Agatha Christie

Nie zależy mi na wszystkich. Kryminały czyta się jednak po angielsku całkiem nieźle. I choć mówię to na przykładzie jednej przeczytanej powieści, nikt mi nie wmówi, że łatwo jest odrzucić książkę na bok w samym środku czytania, nie wiedząc, kto i dlaczego dopuścił się zbrodni. Jeśli już się męczyć, to w taki sposób, żeby pragnienie rozwikłania zagadki było większe od bariery językowej. Grunt to odpowiednia motywacja! A w miarę przewracania kolejnych stron, o dziwo, język obcy przestaje być tak obcy. Wystarczy wpaść w dobry rytm.

A Series of Unfortunate Events

Jak już nie raz podkreślałam, często do czytania danej książki czy serii przekonują mnie filmy. Oto kolejny taki przypadek. Seria niefortunnych zdarzeń to przygodowe powieści dla młodzieży, opowiadająca o osieroconym rodzeństwie i ich perypetiach związanych z opiekunami, do których trafiają. Uparłam się i będę się trzymać pierwotnego planu - serię przeczytam po angielsku albo w ogóle. Próby na fragmentach wypadły bardzo pozytywnie - język jest plastyczny, przejrzysty i całkiem zrozumiały. 


Harry Potter by J.K.Rowling

Pierwszy tom po angielsku posiadam od bardzo, bardzo dawna temu. Choć nie udało mi się go jeszcze przeczytać w całości i nadal nie udaje mi się kupić pozostałych części, wiem - tak właśnie, WIEM - że pewnego pięknego dnia, w moim przyszłym, pięknym domu, będę miała osobną półkę na Harry'ego Pottera, a na niej wersję polskojęzyczną oraz oryginalną. Problem w tym, że wersji okładek HP po angielsku jest kilka. No i nie jest łatwo, bo wszystkie podbiły moje serce.

Lista pozycji, które chciałabym mieć lub przeczytać w oryginale nie jest oszałamiająca. Z drugiej strony: to mój plan na sam początek przygody z czytaniem książek po angielsku.

A o jakich książkach Wy marzycie?

sobota, 18 kwietnia 2015

#bookish: ZAKŁADKI (Hermiona Granger)

Hermiona Granger to jedna z moich ulubionych postaci z Harry'ego Pottera. Zawsze chciałam mieć taką zakładkę. A przecież "chcieć!" - to "móc!".

Dziś przedstawiam krótkie DIY, czyli "zrób to sam!". Do wykonania takiej zakładki potrzebny jest kolorowy papier techniczny, nożyczki, klej, zwykłe kartki papieru np. z notesu oraz ołówek i długopis.

1. Na kartce z notesu naszkicowałam zarys postaci. Gdy kształt nabrał odpowiedniej formy, poprawiłam kontury długopisem (szkic po prawej).
2. Na zarysowaną kartkę położyłam czysty kawałek papieru. Rysunek przekalkowałam partiami - poszczególne części służą za szablony.
3. Szablony powstałe na bazie pierwszego rysunku: 'głowa z peleryną', 'peleryna', 'głowa z rękami', 'włosy', 'grzywka', 'głowa', 'koszula'.
4. Na 'głowę z peleryną' przykleiłam 'pelerynę' - dzięki temu zakładka będzie odpowiednio gruba. Następnie przykleiłam 'głowę z rękami' - klejąc tylko część głowy. Ręce będą nam służyć do "chwytania" stron książki.
5. Na białej kartce obrysowałam szablon 'głowy' i 'koszuli'. Wycięłam. Przykleiłam na zakładkę. Z białej kartki wycięłam także ręce.
6. Włosy Hermiony wycięłam z brązowego papieru. Razem z grzywką przykleiłam do zakładki.
7. Widać podobieństwo do pierwowzoru? Teraz czas na szczegóły.
8. Z czerwonego papieru wycięłam znaczek Gryfonów - mały kwadracik, w którym napisałam literę G. 
9. Szczegóły peleryny to dwa wąskie trójkąty, które będą wyglądać jak fragmenty kaptura.
10. Przykleiłam je.
11. Czerwone i żółte skrawki papieru to idealny gryfoński krawat. Długopisem dorysowałam kołnierzyk.
12. Gotowe!


czwartek, 16 kwietnia 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: ZAGINIONA DZIEWCZYNA


Gone Girl (2014)
reż. David Fincher
gatunek: dramat, thriller
[ekranizacja tej książki]

Po przeprowadzce Amy i Nick przeżywają kryzys. Gdy w dniu rocznicy ślubu kobieta znika bez śladu, jej mąż staje się głównym podejrzanym. (źródło: filmweb.pl)


Napiszę coś, za co może dostać mi się po głowie lub łapach. Łapy są bardziej prawdopodobne, przecież to właśnie nimi składam bezpośrednio tekst, który właśnie czytacie. Wystukam to mimo wszystko. Żałuję, że nie obejrzałam tego filmu przed przeczytaniem książki.

Z ekranizacjami radzę sobie bardzo dobrze. Rozumiem i szanuję to, że książka i film to zupełnie dwie odmienne materie i ta sama historia często musi być całkiem inaczej przedstawiona na szklanym ekranie. Dlatego zazwyczaj jestem obrończynią ekranizacji, nawet tych najbardziej kiepskich. W kiepskich filmach gustuję zresztą namiętnie. Nie będę sobie z Wami pogrywać, przyznam od razu, że nie jestem specjalistką od kinematografii. Czasem dopiero po dłuższej chwili zdaję sobie sprawę z tego, że kiepski film był właśnie kiepskim filmem. Nie każdy musi być złotym znawcą wszystkich sztuk. Gustuję w miernocie i jestem z tego dumna. Tyle wstępnej dygresji.

Zaginioną dziewczyną, książką, zachwycałam się całkiem niedawno. Sposób opracowania tej stosunkowo banalnej historii olśnił mnie, porwał i zachwycił. Wstrząsnął mną. Rozbawił mnie. Z przyjemnością zatopiłam się w dość oporny mózg Nicka i bardzo przewrotną główkę Amy. Miałam wielką frajdę - czytelniczą i emocjonalną. Dobrze napisana książka, którą dobrze się czyta, dobrze się przeżywa, a na dodatek bardzo dobrze się zapamiętuje? O, to d o b r a książka. Ciacho.

Dlatego właśnie żałuję, że najpierw sięgnęłam po nią. Pal licho, napiszę to: czasem człowiek powinien najpierw sięgnąć po film. Bo jeśli książka gra z czytelnikiem na bardzo wysokim poziomie, film może nie dać pełnej satysfakcji. Tak było ze mną i z Gone Girl.

Nie zrozumcie mnie źle! Wy, którzy obejrzeliście już Gone Girl i wy, którzy się nad tym zastanawiacie. Film zrealizowano naprawdę świetnie. Dokładnie przełożona książkowa historia? Tak. Dobra gradacja napięcia? Jasne. Skala mindfucku.... No, jeśli czytałeś książkę, to tu zaczynają się schody. Słyszałam od wielu osób, że po seansie byli rozłożeni na łopatki, nie wiedzieli co z tym filmem zrobić. Ich ogólna opinia zawierała się w słowach: "obejrzyj to". No i obejrzałam. Obejrzałam po lekturze książki. Smutno mi, że nie wiem, jak odebrałabym ten film pozbawiona wiedzy i napięcia emocjonalnego związanego z literackim pierwowzorem. Słowem: czuję, że sama pozbawiłam się podwójnej satysfakcji, jaką mogłabym sobie sprawić, gdybym najpierw sięgnęła po ekranizację. Nie straciłabym niczego ze szczegółowej, plastycznej, na swój sposób dowcipnej i błyskotliwej powieściowej narracji, ale zyskałabym też świeże i bezstronne spojrzenie na film. Po przeczytaniu książki naprawdę nic nie mogło mnie już w pełni usatysfakcjonować. Książka zrobiła mi tak dobrze, że film mógł co najwyżej służyć za wycinek niezapomnianej przygody.

Ale napiszę jeszcze dwa słowa o samym filmie. Bardzo podobała mi się scenografia, choć w mojej wyobraźni Missouri było bardziej osowiałe, smutne i zapomniane. W filmie klimat tworzy muzyka, w zestawieniu z obrazem konstruująca bardzo niepokojącą aurę. Wydaje mi się jednak, że napięcie to utrzymuje się tylko przez pewną część filmu, najbardziej na samym początku. Później mamy dużo różnych miejsc, przestrzeni zamkniętych. Dzieje się wiele, sporo rzeczy jest creepy, ale za mało Missouri w Missouri. Nie powiem złego słowa o grze aktorskiej Bena Afflecka, który był dokładnie tak drewniany i rozmemłany jak powinien. Jego cielęce ruchy i ogólna nieporadność na linii ciało-twarz były dokładnie tym, co najbardziej charakterystyczne dla postaci Nicka. Z Rosamund Pike mam ten problem, że była albo zachwycająca albo przeteatralizowana - zależy od sceny. Przykład mojego zachwytu? Bez spoilerów: scena zawierająca łóżko, opuszczone spodnie i krwiste napięcie. Bardzo podobały mi się też ostatnie partie filmu. Teatralizacja? Między innymi w scenie przesłuchania.

Moim zdaniem lepiej najpierw obejrzeć Zaginioną dziewczynę, a dopiero później sięgnąć po książkę. Owszem, może będziemy znać już zakończenie, ale wydaje mi się, że w książce i tak dość szybko uświadamiamy sobie o najważniejszych kwestiach. A nawet jeśli nie, to książkę liczącą sobie ponad 600 stron warto przeczytać po to, by szybko przesuwające się po sobie sceny filmowe móc rozciągnąć na smakowicie długie zagłębianie się w czarne, mroczne, do bólu szczere myśli dwójki głównych bohaterów. Film mi tego nie dał. Był albo za mało dramatem, albo za mało thrillerem. Tylko jednym lub drugim. Książka zawiera w sobie bardzo dużo dramatu, bardzo dużo thrilleru, sporo psychologii, krztynę czarnego humoru i ten wiszący, stęchły klimat rozkładającego się na końcu świata (to coś, co nazwałam"Missouri w Missouri") małżeństwa, którego film nie jest w stanie oddać.

Ale kocham ekranizacje, uwielbiam ekranizacje, nigdy nie przestanę oglądać ekranizacji. Choć czasem naprawdę powinno się najpierw sięgnąć po film. Żeby w konfrontacji z książką nie stracić go.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

SYBERIA, INNY ŚWIAT, Zdzisław Brałkowski






Tytuł: Syberia, inny świat
Autor: Zdzisław Brałkowski
Data I wyd.: 2013 (2015 - wyd. uzupełnione)
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 232
Uwagi: egzemplarz przed korektą

Dwa słowa: słowiańskość różna






"Sto gram to nie wódka, sto wiorst to nie odległość, sto rubli to nie pieniądz." Kiedy przeczytałam to zdanie, poczułam, że będzie dobrze. Jak mogłoby nie być, skoro mowa o alkoholu, podróżach i kasie? Połączenie idealne, zwłaszcza, gdy przeniesiemy się w odpowiedni czas i ochrzcimy wszystko lekką, płynną narracją.

Końcówka lat osiemdziesiątych. Państwowa organizacja Ochotniczych Hufców Pracy, w czasie roku szkolnego zajmująca się trudną młodzieżą, w wakacje zrzeszająca młodzież chętną podjąć się letniej pracy. Pracy, która w swoich założeniach ma spełniać ideał "poznawania naszych sąsiadów i zawiązywania dozgonnych przyjaźni" w Europie - "w tej ówcześnie właściwej części kontynentu, w ramach demoludów". Robi się ciekawie: nie dość, że wódka, podróże i kasa, to jeszcze Związek Radziecki i wszechobecni towarzysze oraz towarzyszki.

Będąc nastolatką bardzo lubiłam powieści podróżnicze. Najpierw przygody Tomka Wilmowskiego, później odrobina książek Beaty Pawlikowskiej. Następnie nadszedł czas, kiedy powieści o podróżach i relacje z podróży odsunęłam na bok. Zdzisław Brałkowski przypomniał mi, jak bardzo lubię ten rodzaj akcji, opis wojaży, które niosą z sobą rozważania na wiele rozmaitych tematów.

Dajmy na to: wyprawa na Syberię. Oczywiście takie przedsięwzięcie powinno być dobrze przygotowane, gruntownie omówione. Kto jednak wie choćby odrobinę o latach osiemdziesiątych w "w tej ówcześnie właściwej części kontynentu", ten zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że rzeczywistość często różniła się od teorii. Otóż teoria jest bardzo prosta: panie Zdzisławie, jedzie pan do Nowosybirska, cel jest szczytny i prawy, młodzież w Europie powinna się wymieniać doświadczeniami! Praktyka: da sobie pan tam jakoś radę, jest pan zdolny. Nie, nie wiemy nic więcej.

Najbardziej w powieściach o podróżach lubię to, że czasem wystarczy zwykły opis różnic w przygotowaniu jajecznicy, by w ciekawy sposób zająć kilkanaście stron. Jajecznica może być przepaścią nie do przejścia, wszak do człowieka dociera się najczęściej przez żołądek. W powieści Syberia, inny świat okazuje się, że takich różnic jest o wiele więcej, a Polska - z pustymi półkami i dziką logiką - jest prawdziwie zachodnim państwem. W naprawdę lekki, ciekawy, swobodny sposób Brałkowski pisze o swoich przeżyciach dotyczących nie tylko kierowania trzydziestoosobową grupą młodzieży, ale też o relacjach z przełożonymi oraz dostrzeżonych przez siebie różnicach kulturowych między Polską a Syberią. Kto z nas może pochwalić się tym, że ma w swoim dorobku tak niezwykłą, prawdziwie orientalną podróż? A co dopiero wtedy, w czasach, kiedy list z Nowosybirska do Polski docierał po miesiącu?

W Postscriptum Brałkowski pisze:
Nie wyrzucajcie pamiątek z szaf.
Wydaje mi się, że właśnie to jest w tej książce najbardziej cenne. Nie są to krwawe czy pełne wybuchów rozważania o tajemnej, nieodkrytej krainie. A jednak "inny świat" jest prawdziwie "inny": daleki, niepodobny, obcy, osobliwy, wyjątkowy. Nie opowiada o nim wytrawny podróżnik, który boryka się z własnej woli z nieludzkimi trudnościami, ale człowiek, który zwyczajnie jechał do roboty, a po drodze spotkało go wiele interesujących rzeczy. To wspomnienia, prawdziwe i bardzo bliskie każdemu, kto wyjechał kiedyś za granicę i kogo zaskoczyło coś, co dla tubylców było absolutnie typowe. Z tą różnicą, że mówimy o latach, w których nie było mowy o Internecie i dobrych połączeniach telefonicznych z ojczystym krajem. Wtedy obcość była bardziej obca niż teraz. Dlatego ja napisałabym:
Nie wyrzucajcie pamiątek z szaf!
I byłby to okrzyk prawdziwie przenikliwy, bo odnoszę wrażenie, że bardzo łatwo przychodzi nam robienie selfie z różnych miejsc świata, choć jednocześnie nie jestem pewna, jak oszacować jakość naszych wspomnień. Czy umiemy jeszcze wspominać? Syberia, inny świat udowadnia, że to wcale nie takie trudne.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

środa, 8 kwietnia 2015

ZAGINIONA DZIEWCZYNA, Gillian Flynn

 





Tytuł: Zaginiona dziewczyna (Gone Girl)
Autor: Gillian Flynn
Data I wyd.: 2012 (PL: październik 2014)
Wydawnictwo: Burda Książki
Ilość stron: 652

Dwa słowa: krwawe gody






Małżeństwo jest przedsięwzięciem niebezpiecznym - wiemy to nie od dziś. Szaleństwa, nienawiść, czarne wdowy i namiętni starzy kawalerowie, małżeństwa nieszczęśliwe, rozbite, zawistne, rozwiedzione pary wydrapujące sobie oczy, rozrywanie na dwoje dzieci i majątków. Małżeństwo jest, z jednej strony, zwieńczeniem prawie wszystkich Disneyowskich bajek; z drugiej - w razie morderstwa policja zawsze najpierw sprawdza małżonka. W końcu...po co daleko szukać?
W miłości przejawia się nieskończona zmienność świata; kłamstwa, nienawiść, a nawet morderstwa są w nią wplecione; w miłości nieuchronnie rozkwitają jej przeciwieństwa, jest ona cudowną różą zalatującą lekko krwią. (Tony Kusher, The Illusion; cytat otwierający Gone Girl)
Nick i Amy Dunne są małżeństwem od pięciu lat. W kolejną rocznicę ich ślubu Amy szykuje swojemu mężowi romantyczną, coroczną niespodziankę, zjada z nim śniadanie, po czym przepada. Nick po powrocie do domu znajduje w salonie niepokojący i złowrogi obraz - poprzewracane meble, rozgardiasz. Porwanie? Morderstwo? Kto chciałby skrzywdzić Wspaniałą Amy, pierwowzór dziewczyny z powieści dla dzieci i młodzieży? Piękną, miłą, uczynną i kochaną przez wszystkich Amy? Dlaczego Nick Dunne, ponoć niewinny mąż, zachowuje się tak podejrzanie? Dlaczego kłamie i nie okazuje emocji? Jaki obraz małżeństwa pojawia się w regularnie przecinających akcję właściwą wpisach z pamiętnika Amy?
To było piąte kłamstwo, jakim uraczyłem policję. Dopiero się rozkręcałem.
To jedna z tych książek, po których jestem w pełni usatysfakcjonowana. Powieść, która działa jak trzydaniowy obiad w drogiej restauracji prowadzonej przez podziwianego mistrza kuchni. Wypełniająca każdy fragment wolnej przestrzeni, zaskakująca, choć zawierająca dobrze znane składniki. Perfekcyjnie skonstruowana, trzymająca w napięciu, przedstawiająca cały wachlarz interesujących bohaterów. Bohaterów, którzy stworzeni są w sposób głęboko przemyślany i złożony. Małżeństwo. Temat, który gotowy do wyeksploatowania otacza nas ciasno, żyje obok nas, którego może jesteśmy już częścią. Małżeństwo, stosunek dwojga ludzi, których charakteryzuje między innymi to, jak dobrze się znają. A co, jeśli znają się aż za dobrze? Co, jeśli znają się tylko pozornie?

Gillian Flynn kupiła mnie od samego początku, od przytoczonego wcześniej cytatu otwierającego książkę. Nic tak nie wyczula zmysłów jak odpowiednio wykalkulowana ilość krwi. Nic tak nie tworzy klimatu mocnej powieści i aury porywającego thrillera jak oddanie głosu obu stronom tragedii. Co ma do powiedzenia mąż? Mąż, który stanął przed obowiązkiem poszukiwania żony, który stał się ośrodkiem śledztwa w sprawie domniemanego morderstwa? Co chciałaby powiedzieć żona? Ile twarzy może mieć dwoje ludzi? Przecież za zamkniętymi drzwiami mogło dziać się wszystko. Każde małżeństwo ma swoje tajemnice. Czytałam tę powieść z wypiekami na twarzy, biorąc wielkie hausty powietrza i w głos śmiejąc się wtedy, kiedy Gillian Flynn pogrywała sobie ze mną, czytelnikiem, w bardzo dobrym, mocnym stylu. Powieść nazwano już "wciągającą", "uzależniającą", "baśnią o cynicznej symbiozie". To, co jest absolutnym, niepodważalnym plusem tej powieści, elementem przeciążającym i świadczącym o jej wyjątkowości to intryga. Intryga świetnie wydobyta odpowiednim stylem narracji, układem zdarzeń, cedzonymi faktami.

Podkreślić należy to, o czym pisało i mówiło już wielu przede mną - Zaginiona dziewczyna gra na emocjach czytelnika, przyciąga do siebie i przytrzymuje od pierwszej do ostatniej karty przez to i dzięki temu, że autorka skrupulatnie odrobiła pracę domową. Psychologizm postaci jest wykreowany w sposób dokładny, dosadny i siejący w czytelniku spustoszenie. Nawet, jeśli strzelisz w ciemno, w jaki sposób może potoczyć się fabuła i trafisz w sedno (tak było w moim przypadku), i tak nie dasz rady przerwać lektury w połowie. Bo mimo tego, że być może wszystko wskazuje na to, że twoje przewidywania są słuszne, mimo tego, że przewrotność fabuły zaznaczono grubą kreską, będziesz chciał znać przyczyny, powody. Nie zdobędziesz się, drogi czytelniku, na to, żeby odłożyć powieść bez dobrnięcia do końca. Zechcesz poznać historię ze wszystkimi szczegółami, zechcesz wślizgnąć się do małżeńskiego łoża Amy i Nicka, a także podsłuchać, co dzieje się w ich głowach. Gwarantuję, nie zawiedziesz się. Ja skrzywiłam się tylko w jednym momencie, który jest konieczny dla fabuły, choć nie wydaje mi się szczególnie trafny w odniesieniu do wielu słów, które napisano o charakterze postaci. To nic jednak. Jeden drobiazg niczego nie zmienia.

Dla takiej powieści jak ta warto zarwać noc. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak sięgnąć po film i przekonać się, jak przeniesiono tę elektryzującą historię na szklany ekran. Jak pokazano przeciętnego, sprawiającego niepokojące wrażenie Nicka? Jak uśmiecha się słodka, bystra i hipnotyzująca Amy? Ja polubiłam czarny charakter tej powieści, najbardziej przewrotny, bezwzględny i przerażający. Choć im dłużej o tym myślę, tym bardziej wszystko staje się względne.

sobota, 4 kwietnia 2015

TWARDZIELKA, Mariusz Zielke







Tytuł: Twardzielka
Autor: Mariusz Zielke
Data I wyd.: wrzesień 2014
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 384

Dwa słowa: niezły kryminał







Zawsze lubiłam filmy sensacyjne. Dreszczyk emocji, dużo ruchu, mniej i bardziej przewidywalne zwroty akcji. Do dziś zostało mi przyzwyczajenie prognozowania następnych wypadków. I tak samo cieszę się z własnej racji, jak i z elementu zaskoczenia zaserwowanego przez scenarzystów.

Dostałam do ręki rzecz nazwaną "pierwszym kryminałem o polskim show-businessie". Czy to rzeczywiście pierwsza tego typu książka - nie wiem i nie interesowało mnie to podczas lektury. Niech przejmą się tym recenzenci o pociągu do kopania w historii. Ja nie miałam na to czasu. Tę książkę czyta się tak dobrze, że nie przejmowałam się szczegółami.

Powieść Mariusza Zielke opowiada o brutalnych morderstwach dokonanych na pięciu dziewczynach. Żeby przedostać się do specyficznego światka kasy, władzy i celebrytów, śledczy werbują do swojej grupy byłą policjantkę, od kilku lat mieszkankę zakładu psychiatrycznego. Zdolną, niebezpieczną, piękną... Z przeszłością, która odbiła się na niej na tyle mocno, by zrobić z jej życia twardy kawałek chleba. Jej zadanie: zostać luksusową prostytutką, jedną z tych, które pracują w cieniu polskiego show-businessu. 

Twardzielka wciąga. Piszę to, choć przeczytanie tej książki zajęło mi tydzień. Nie siedziałam nad nią nocami, nie zarywałam przez nią drzemek. Może to wina mojego lenistwa, a może fakt, że akcja tej powieści jest rozciągnięta w taki sposób, by cały czas utrzymywać nasze zainteresowanie, nęcić, ale nie przyduszać. Nie ma żadnych złośliwych trików, które budziłyby irytację czy chęć jak najszybszego przeskoczenia kolejnych stron, by skończyć już, teraz, natychmiast!

Czytałam tę powieść w stylu slow reading. W końcu mamy slow food, slow life, dlaczego więc czasem nie sięgnąć po lekturę, która idealnie nadaje się do czytania wolnego, ale pełnego zainteresowania i zaangażowania. Twardzielka nie nudzi. Nie obiecuje więcej, niż może dać. Nie daje też więcej, niż obiecała. Miał być kryminał - i jest kryminał. Miała być historia o zepsuciu i zbrodni, thriller i odrobina cynicznego świata - cóż, checked!
A kogo interesuje prawda? Jest za mało ciekawa, rzadko kiedy ma smak skandalu i odpowiedni koloryt. Żeby news był ciekawy, trzeba go ubarwić, podlać ostrym sosem, wyrwać coś z kontekstu, podkręcić. (...) Krew w newsach ma barwę drukarskiej farby.
Oczywiście, jeśli kogoś nużą historie z amerykańskim rozłożeniem sił - z dramatem w przeszłości, wątkiem dziwnej miłości, niejednoznacznymi relacjami damsko-damskimi, jeśli ktoś szuka rzetelnego przekroju przez polski świat możnych i pięknych, jeśli ktoś chciałby opisu mocnej, żmudnej, szarej roboty śledczych - jeśli ktoś chce czegoś takiego, zawiedzie się. To nie jest powieść, która liczy sobie tysiąc stron i dotyka wszystkich większych i mniejszych strun, która zagłębia się w mechanizmy szarego światka czy tworzy dokładne schematy pracy policji. Twardzielka ma inne cele, więc używa się w niej innego opisu świata przedstawionego. Bardzo podoba mi się ten sposób prowadzenia narracji, oddający spore części stron pod osobiste przemyślenia bohaterów. Nie mamy więc drobiazgowo rozpisanego modelu życia i trwonienia fortun ludzi znanych z pierwszych stron gazet. Nie mamy też konkretnych nazwisk, choć kilka sugestii znajdzie się bez problemu. Jeśli ta książka ma się spodobać, trzeba zwyczajnie uznać to, że akcja prowadzona jest z konkretnej perspektywy i tak miało być. I tak jest dobrze. Nie liczyłam na nic innego.

Podoba mi się sposób, w jaki Zielke tworzy bohaterów. Szczególnie jeden, Rodzki, przypadł mi do gustu. W pewnym sensie to typowy glina, podobnie jak tytułowa bohaterka, Marika, jest typową zbuntowaną, walczącą dziewczyną. Nie jest to jednak tak rażące, by nie czerpać z tego przyjemności:
Wysoki, bardzo chody i trochę nieforemnie zbudowany mężczyzna miał na sobie starą marynarkę i spodnie z cienkiego materiału. Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać detektyw. Przepity, wypalony, zniszczony, przegrany.
Ciężkie powieki niemal przykrywały oczy nieokreślonego koloru,bruzdy i gęsta siatka zmarszczek zachodziły na siebie, postarzając twarz. Wyblakła i zszarzała cera, zniechęcająca postura i jakiś przerażający smutek w oczach sprawiały, że od lat nie obejrzała się za nim żadna kobieta.
Nazywał się Rodzki i nie wierzył w sprawiedliwość.
Jedyne, co chyba nigdy jeszcze nie usatysfakcjonowało mnie w kryminale czy thrillerze to zakończenie. Podobnie tutaj - zakończenie było, moim zdaniem, za krótkie. Dręczy mnie załatwianie sprawy Epilogiem, który rzuca garść informacji, ale w żaden sposób ich nie rozwija, nie przeciąga nieco. Ale oto minusy powieści jednotomowych. W końcu muszą się skończyć, w tej jednej książce, która ma ograniczoną ilość stron. To jednak tylko moje osobiste zrzędzenie. Twardzielka jest lekturą na naprawdę niezłym poziomie.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

czwartek, 2 kwietnia 2015

Podsumowanie marca



Marzec: czy słoneczny, czy płaczliwy - listopada obraz żywy. (przysłowie)


..................................................................................................................................................


1. Duma i uprzedzenie, Jane Austen
A classic romance, czyli romans.
 
A book written by someone under 30, czyli książka napisana przed trzydziestką.

3. Lilla Weneda, Juliusz Słowacki
A book more than 100 years old, czyli książka starsza niż 100 lat. 

4. Szmaciane lalki, Gabriel Grula
A book with bad reviews, czyli książka ze złymi recenzjami.

POZA WYZWANIEM

5. Czarem i smokiem, Romuald Pawlak

6. Sędzia od świętego Jerzego, Michael Tequila

7. Córka Wokulskiego, Roman Praszyński

8. Lardżelka, Wanda Szymanowska

NA BLOGU POJAWIŁY SIĘ TAKŻE:

A JA POJAWIŁAM SIĘ NA:

    Marzec minął tak szybko, że nie jestem pewna, czy mój kalendarz na pewno dobrze działa. Zakładając jednak, że tak właśnie jest - boję się, co będzie z kwietniem.

    W tym miesiącu przeczytałam 8 książek, co chyba powoli staje się moją średnią. Tymczasem serial Fortitude niszczy mi psychikę - i nie jestem pewna, czy aby na pewno w dobrym sensie. (No okej, przyznaję, podoba mi się bardzo, ale muszę przyznać, że tego, co się dzieje, w ogóle się nie spodziewałam. Wielki plus dla serialu.) Wyszedł finał The Walking Dead - dobre zakończenie sezonu o kilku wzlotach i wielu upadkach. Marzec to również premiera filmu Kopciuszek. Ponieważ jestem wielką fanką i miłośniczką wszelkich ekranizacji, a szczególnie przenoszenia na duży ekran baśni, jasnym jest, że podczas seansu bawiłam się świetnie. Było słodko, cukierkowo i magicznie, wypisz-wymaluj jak w wersji tradycyjnej i...nic mi nie przeszkadzało, bo człowiek czasem po prostu potrzebuje odrobiny filmowej cukrzycy!

    W tym miesiącu uczyniłam też swoją pierwszą książkę elektroniczną w rozszerzeniu epub i AZW3! O, takich mądrych rzeczy uczą nas na studiach! Nic tylko pracować w wydawnictwie i tworzyć książki elektroniczne. Trochę więcej ebooków i tak nie zniszczy książki papierowej!

    Pozdrawiam i ściskam! Jak wyglądał Wasz marzec?

    PS. Chętnie poczytam Wasze opinie o blogu. Co Wam się podoba? Co mogę ulepszyć? Czego brakuje, a co jest zbędne? Wasze zdanie wiele dla mnie znaczy.

    LinkWithin

    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...