czwartek, 16 kwietnia 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: ZAGINIONA DZIEWCZYNA


Gone Girl (2014)
reż. David Fincher
gatunek: dramat, thriller
[ekranizacja tej książki]

Po przeprowadzce Amy i Nick przeżywają kryzys. Gdy w dniu rocznicy ślubu kobieta znika bez śladu, jej mąż staje się głównym podejrzanym. (źródło: filmweb.pl)


Napiszę coś, za co może dostać mi się po głowie lub łapach. Łapy są bardziej prawdopodobne, przecież to właśnie nimi składam bezpośrednio tekst, który właśnie czytacie. Wystukam to mimo wszystko. Żałuję, że nie obejrzałam tego filmu przed przeczytaniem książki.

Z ekranizacjami radzę sobie bardzo dobrze. Rozumiem i szanuję to, że książka i film to zupełnie dwie odmienne materie i ta sama historia często musi być całkiem inaczej przedstawiona na szklanym ekranie. Dlatego zazwyczaj jestem obrończynią ekranizacji, nawet tych najbardziej kiepskich. W kiepskich filmach gustuję zresztą namiętnie. Nie będę sobie z Wami pogrywać, przyznam od razu, że nie jestem specjalistką od kinematografii. Czasem dopiero po dłuższej chwili zdaję sobie sprawę z tego, że kiepski film był właśnie kiepskim filmem. Nie każdy musi być złotym znawcą wszystkich sztuk. Gustuję w miernocie i jestem z tego dumna. Tyle wstępnej dygresji.

Zaginioną dziewczyną, książką, zachwycałam się całkiem niedawno. Sposób opracowania tej stosunkowo banalnej historii olśnił mnie, porwał i zachwycił. Wstrząsnął mną. Rozbawił mnie. Z przyjemnością zatopiłam się w dość oporny mózg Nicka i bardzo przewrotną główkę Amy. Miałam wielką frajdę - czytelniczą i emocjonalną. Dobrze napisana książka, którą dobrze się czyta, dobrze się przeżywa, a na dodatek bardzo dobrze się zapamiętuje? O, to d o b r a książka. Ciacho.

Dlatego właśnie żałuję, że najpierw sięgnęłam po nią. Pal licho, napiszę to: czasem człowiek powinien najpierw sięgnąć po film. Bo jeśli książka gra z czytelnikiem na bardzo wysokim poziomie, film może nie dać pełnej satysfakcji. Tak było ze mną i z Gone Girl.

Nie zrozumcie mnie źle! Wy, którzy obejrzeliście już Gone Girl i wy, którzy się nad tym zastanawiacie. Film zrealizowano naprawdę świetnie. Dokładnie przełożona książkowa historia? Tak. Dobra gradacja napięcia? Jasne. Skala mindfucku.... No, jeśli czytałeś książkę, to tu zaczynają się schody. Słyszałam od wielu osób, że po seansie byli rozłożeni na łopatki, nie wiedzieli co z tym filmem zrobić. Ich ogólna opinia zawierała się w słowach: "obejrzyj to". No i obejrzałam. Obejrzałam po lekturze książki. Smutno mi, że nie wiem, jak odebrałabym ten film pozbawiona wiedzy i napięcia emocjonalnego związanego z literackim pierwowzorem. Słowem: czuję, że sama pozbawiłam się podwójnej satysfakcji, jaką mogłabym sobie sprawić, gdybym najpierw sięgnęła po ekranizację. Nie straciłabym niczego ze szczegółowej, plastycznej, na swój sposób dowcipnej i błyskotliwej powieściowej narracji, ale zyskałabym też świeże i bezstronne spojrzenie na film. Po przeczytaniu książki naprawdę nic nie mogło mnie już w pełni usatysfakcjonować. Książka zrobiła mi tak dobrze, że film mógł co najwyżej służyć za wycinek niezapomnianej przygody.

Ale napiszę jeszcze dwa słowa o samym filmie. Bardzo podobała mi się scenografia, choć w mojej wyobraźni Missouri było bardziej osowiałe, smutne i zapomniane. W filmie klimat tworzy muzyka, w zestawieniu z obrazem konstruująca bardzo niepokojącą aurę. Wydaje mi się jednak, że napięcie to utrzymuje się tylko przez pewną część filmu, najbardziej na samym początku. Później mamy dużo różnych miejsc, przestrzeni zamkniętych. Dzieje się wiele, sporo rzeczy jest creepy, ale za mało Missouri w Missouri. Nie powiem złego słowa o grze aktorskiej Bena Afflecka, który był dokładnie tak drewniany i rozmemłany jak powinien. Jego cielęce ruchy i ogólna nieporadność na linii ciało-twarz były dokładnie tym, co najbardziej charakterystyczne dla postaci Nicka. Z Rosamund Pike mam ten problem, że była albo zachwycająca albo przeteatralizowana - zależy od sceny. Przykład mojego zachwytu? Bez spoilerów: scena zawierająca łóżko, opuszczone spodnie i krwiste napięcie. Bardzo podobały mi się też ostatnie partie filmu. Teatralizacja? Między innymi w scenie przesłuchania.

Moim zdaniem lepiej najpierw obejrzeć Zaginioną dziewczynę, a dopiero później sięgnąć po książkę. Owszem, może będziemy znać już zakończenie, ale wydaje mi się, że w książce i tak dość szybko uświadamiamy sobie o najważniejszych kwestiach. A nawet jeśli nie, to książkę liczącą sobie ponad 600 stron warto przeczytać po to, by szybko przesuwające się po sobie sceny filmowe móc rozciągnąć na smakowicie długie zagłębianie się w czarne, mroczne, do bólu szczere myśli dwójki głównych bohaterów. Film mi tego nie dał. Był albo za mało dramatem, albo za mało thrillerem. Tylko jednym lub drugim. Książka zawiera w sobie bardzo dużo dramatu, bardzo dużo thrilleru, sporo psychologii, krztynę czarnego humoru i ten wiszący, stęchły klimat rozkładającego się na końcu świata (to coś, co nazwałam"Missouri w Missouri") małżeństwa, którego film nie jest w stanie oddać.

Ale kocham ekranizacje, uwielbiam ekranizacje, nigdy nie przestanę oglądać ekranizacji. Choć czasem naprawdę powinno się najpierw sięgnąć po film. Żeby w konfrontacji z książką nie stracić go.


12 komentarzy:

  1. Zarówno i książka i film jeszcze przede mną, muszę nadrobić braki! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam książkę, potem obejrzałam film i to właśnie on bardziej mi się spodobał. ;) Zwłaszcza Pike. Też nie jestem znawczynią, ale przypadła mi do gustu jej gra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle zaczynam się spotykać z tym, że zdania na temat filmu i książki są bardzo podzielone. Co jednak nie zmienia faktu, że Gillian Flynn dobrze sobie pogrywa czytelnikiem i nadaje się to do przełożenia na ekran. ;)

      Usuń
  3. Książka i film czekają na mnie. Będę do Ciebie zaglądać, bo warto. Obserwuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam takie same wrażenia poobejrzeniu filmu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozostaje mi się cieszyć, że najpierw obejrzałam film. Teraz będę polować na książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zarówno książkę, jak i film zaliczam do ulubionych, ale nie powiem - ekipa filmowa się walnęła kilka razy, stosowała skróty myślowe, które mogły umknąć osobom, które nie znają książki (przykład: SPOILER pewna ciąża i skąd się ona wzięła SPOILER) No i scena przesłuchania w szpitalu - nie mogli tej osoby umyć, tylko ją przebrali i opatrzyli taką brudną? Krew była potrzebna do sceny prysznicowej, okej, rozumiem, ale mogli to lepiej rozegrać. Niby drobiazgi, ale jednak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. SPOILERY.

      Scena przesłuchania była, moim zdaniem, najgorszą. Cały czas patrzyłam na tę krew i zastanawiałam się, dlaczego jej nie umyli...

      Usuń
  7. "Żałuję, że nie obejrzałam tego filmu przed przeczytaniem książki." - wooow... Dziękuje, dziękuję Ci za ten wpis! Film oglądałam i nie jest to pewnie zaskoczeniem, że mi się podobał. Ale nie czytałam książki i od pewnego czasu, jestem na siebie wściekła z tego powodu. Ja, jako wyznawca zasady: "najpierw książka, później film", wkurzam się i nie wiem co mną kierowało, aby zrobić na odwrót.

    Ostatnio uznałam, że trochę odczekam, zapomnę film (bo do zapominania mam wybitny talent) i sobie przeczytam. Ale zastanawiałam się, czy to dobry pomysł, czy warto się w to bawić. Po tym wpisie, chyba już nie mam wątpliwości, a przynajmniej są mniejsze. Czyli co, mówisz, że mam czytać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówię stanowczo, że masz czytać!

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...