piątek, 24 kwietnia 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: GREY'S ANATOMY (S11.E21, "How to Save a Life")


UWAGA! PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOILERY, TZN. FRAGMENTY ZDRADZAJĄCE ISTOTNE FAKTY DOTYCZĄCE SERIALU. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Poniższy tekst to przeklejony post mojego autorstwa z forum greysanatomy.fora.pl. 




Najsmutniejsze jest to, że „dramat” według Shondy Rhimes równa się trupowi.

Pamiętam pierwsze sezony Chiurgów, kiedy dramat bywał rozciągnięty na dwa, trzy odcinki. Trudne przypadki medyczne, trauma po ciężkich operacjach, rodzące się związki, skomplikowane relacje między współpracownikami, fobie, niełatwe związki między życiem prywatnym a pracą; rodzina, dzieci. Chirurdzy byli serialem dramatycznym na wielu płaszczyznach. Choć większość akcji działa się w szpitalu, pochłaniała ona nie tylko sprawy medyczne, ale też tę stronę lekarskiego świata, o której pacjenci zazwyczaj nie myślą. Lekarz jako człowiek. Lekarz jako człowiek predestynowany do bóstwa, „superbohaterstwa”, a jednak nadal człowiek. Człowiek, który się boi, popełnia błędy, staje przed trudnymi wyborami. Jaką drogę należy pokonać, by utworzyć w swoim życiu tę przewrotną kładkę między „śmiertelnik” a „chirurg”? Pierwsze sezony Chirurgów były dla mnie niezwykle fascynującą, porywającą historią o ludziach, którzy wiedzą, że mogą więcej. O ludziach, którzy władają życiem i śmiercią.

Bywało różnie. Dobrze i źle, przecież każdy serial miewa wzloty i upadki. Jedne postaci pokochałam od razu, inne kochałam i nienawidziłam jednocześnie lub na zmianę. Czasem życzyłam im śmierci, czasem zaciskałam dłonie w pięści, czasem także wzdychałam ostentacyjnie, kiedy scenariusz serialu zwyczajnie mi się nie podobał. To nic. Najlepsze seriale właśnie tak działają na odbiorców. Dobry serial to balansowanie na sznurze zawieszonym wysoko nad ziemią. To walka. To gra, podstępna, pełna fałszywych wybiegów, oszustw, mamienia przeciwnika i wykorzystywania jego słabości. Tak właśnie ma być. Dobry serial, serial, który nazywa się „swoim”, wydrąża w człowieku pustkę. Pustkę, którą jednocześnie...zapełnia. Nieustannie wydrąża i zapełnia. Wkłada paluch w newralgiczny otwór i gmera w nim bezwstydnie. Czasem dochodzi do orgazmu. Czasem do skrzywienia się z bólu. Dobry serial, „swój” serial, ma za zadanie męczenie i rozpieszczanie odbiorcy. Zaciekawianie i odrzucanie. Obiecywanie i rozczarowywanie. Oto roller coaster serialomaniaków. Wzrokowców. Wrażliwców.

Shonda Rhimes była moją boginią. Na początku nie oglądałam Chirurgów regularnie. Łapczywie pochłaniałam każdy dostępny odcinek w TV, ale brakowało mi przy tym systematyczności. Nie pamiętam mojego pierwszego epizodu Chirurgów. Nie pamiętam, czy zakochałam się w nich od razu, czy może zajęło mi to trochę czasu, tę parę odcinków, na które zerkamy niechętnie, by później odkryć ich komplikacje i potencjał, którego nie dostrzegaliśmy na pierwszy rzut oka. Nie pamiętam początków mojego romansu. Pamiętam za to czas pomiędzy pierwszym i drugim rokiem studiów, wybuch i szczyt mojego zachwytu. Obejrzałam wszystkie dostępne wtedy sezony. Wszystkie sezony, na dodatek dwa razy, a przecież trwał rok akademicki. Tak, to był pierwszy serial, do którego przysiadłam przed laptopem. Pierwszy serial, któremu poświęciłam noce, oczy i kręgosłup. Jadłam przy nim, uczyłam się przy nim, zasypiałam mając na sobie świeże emocje odcinka. Dziwne perfumy, wietrzejące bardzo szybko, aż do kolejnej żarliwej dyskusji na temat losów serialowych bohaterów.

To był mój serial. Mój i mojej BFF. Nasz serial.

Shonda Rhimes przepoczwarzyła się w starą dziwkę. Ma dziury w zębach, stęchły oddech, startą suknię pogrzebową i zakrwawiony topów w dłoniach. Śmierdzi trupem. Nosi trupy na swoich barkach, plecach, na swojej szyi. Trupy jak wojenne trofea, choć przecież nie ma tu żadnej wojny. To tylko serial. Serial, który był kiedyś „dramatem” w tym najbardziej szerokim sensie. Krew na sali operacyjnej, emocje w życiu lekarzy.

Mogę zrozumieć śmierć serialowego bohatera. Śmierć taka nie boli mnie fizycznie, rozpływa się w pamięci, rozchodzi po kościach. Żałoba telewizyjnych postaci nie jest prawdziwa, moja także. Rozumiem to. Pamiętam finał 6 sezonu: strzelanina w szpitalu. Krew wylazła poza salę operacyjną, a jednak nadal pachniała dobrym dramatem, dobrą akcją. Punkt newralgiczny zabolał, a jednocześnie rozniosła się z niego soczysta przyjemność. Do dziś przeżywam ten finał za każdym razem, gdy go oglądam; nie mogę usiedzieć w miejscu, choć jednocześnie jestem do miejsca przyparta. Magia kina, magia ekranu, magia serialu.

A później zaczęły nadchodzić ciemne chmury. Chmury zimnego deszczu, chmury niepogodne, chmury bolesnego gradu. Finał sezonu 8. Nie oskarżę pomysłu. Oskarżę wykonanie.

Później odejście Cristiny. Bolało mnie, ponieważ to zawsze ona była mi najbliższą bohaterką. A jednak dostała swój odcinek. Ba! Dostała swój sezon, wiele fantastycznych epizodów, w trakcie których zrozumieliśmy, że Cristina musi odejść. To było jej przeznaczone od samego początku - ta wielkość, która sprawia, że los sam wpycha w dłonie potencjał. Trzeba go wykorzystać. Odejście tej bohaterki wstrząsnęło mną, ale jednocześnie jej ostatni pełny epizod był fantastyczny. Zjawiskowy. Wzruszający. Porywający. Odcinek, który łączył to, co nowe i nieuniknione, z tym, co stare, sentymentalne i naprawdę znaczące. Odczytywałam symbole, zakamuflowane mniej i bardziej odniesienia do najważniejszych chwil Cristiny Yang. Scenarzyści i aktorzy skłonili głowę przed mocno rozpisaną, niezwykle charakterystyczną i istotną bohaterką serialu. Przed Cristiną i przed Sandrą Oh, która ją wykreowała.

Pisałam to już kilka razy. Straciłam serce dla tego serialu. Od pewnego czasu, BFF mi świadkiem, nie miałam do niego cierpliwości, nie miałam zainteresowania, nie potrafiłam się nim cieszyć. Tak, serialem powinniśmy się cieszyć. Nawet wtedy, gdy decyzje scenarzystów nam nie leżą, kiedy żal nam bohaterów, kiedy nie chcemy, by dobrzy aktorzy opuszczali tę łajbę. Potrafię odnajdywać radość z oglądania bolesnych dla mnie scen. Film, serial i książka - to dziedziny, w których bardzo cenię to, że czasem mordują fragment mnie, wywlekają mi skórę na drugą stronę. Lubię to, jestem masochistką.

Dziś rano zajrzałam na forum, przeczytałam opinie dotyczące odcinka. Mam zaległości, jestem dobre sześć epizodów w tyle. Przed chwilą nadrobiłam już dwa. Wiem, że obejrzę ten sezon do końca, po czym najprawdopodobniej odstawię Chirurgów na bok. Jeśli nakręcą kolejny sezon, obejrzę go po roku, dwóch. Poczekam, aż zostanie zrealizowany w pełni, aż smród krwi i rozkładu wywietrzeje. Nie mam już do niego serca. Czasy, kiedy z wypiekami na twarzy opowiadałam mamie o losach serialowych bohaterów, minęły. Chirurdzy byli fantastycznym, niezapomnianym serialem.

Byli.

3 komentarze:

  1. Też straciłam serce do Grey's . Co jak co, ale takiego trupa na koniec się nie spodziewałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nikt się nie spodziewał. Amerykańscy fani podpisują petycję o przywrócenie D. do życia. Ale ja myślę, że to i tak nie pomoże w reanimacji...serialu.

      Usuń
  2. Przestałam oglądać, gdy mi odebrała Shonda Marka i Lexie;
    Teraz tylko czasami przeczytam, co się dzieje, pooglądam sceny na youtube, przesłucham soundtrack. Gdy dowiedziałam się, co ( I JAK) zrobiono z Derekiem, to się wkurzyłam. Nie powinni tak rozwiązać tego wątku.
    Wolałabym, żeby ona i Mer wyjechali gdzieś wspólnie, a nie żeby zniszczyć ich happy end w tak bezsensowny sposób. Fabularnie bezsensowny i okropnie napisany.
    Kochałam Chirurgów całym sercem kilka lat temu. I pewnie do tych dawnych odcinków i lekcji z nich będę jeszcze wiele razy wracać.
    Ale cholernie szkoda, że to tak psują.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...