niedziela, 31 maja 2015

#bookish: KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA


Pierwsze książki czytali mi moi rodzice - głównie mama. Wieczorami, przed snem, mama opowiadała mi bajki lub czytała wiersze dla dzieci. Poznałam na wskroś historię Czerwonego Kapturka i Trzech Świnek. Na półce do dziś trzymam książki, z których korzystała moja mama, czytając najpierw mi, a później mojej siostrze. Było to w moim domu zupełnie naturalne - dziecku przed snem opowiada się lub czyta historie. Dzień w dzień. Często wciąż i wciąż to samo opowiadanie. Nie pamiętam, czy miałam swoje ulubione wierszyki, wiem jednak, że zawsze uwielbiałam oglądać obrazki w książkach, och, napawałam się nimi jak skarbem.

Swoją pierwszą jedynkę dostałam w czwartej klasie. Nie przeczytałam zadanych baśni Andersena. Nie wiem dokładnie, dlaczego tak się stało. Chyba najzwyczajniej w świecie zapomniałam o tym, że nasza polonistka zadała właśnie taką pracę domową. Nie kojarzę z mojego dzieciństwa innego momentu związanego z książkami - pamiętam tylko historie czytane przez mamę, a później tę podłą jedynkę i burę od rodziców. A dalej książki są już w moim życiu obecne ciągle, nieustannie, namiętnie, nieskończenie. Czytałam to, co było w bibliotece, to, co dziadkowie mieli na półkach. Kilka lat później odkryłam coś niezwykłego - kieszonkowe można wydać także na książki! Przepadłam.


Podstawowe wyposażenie małoletniej Mariczy to - jakże by inaczej! - Wiersze dla dzieci Juliana Tuwima. Książeczka z '87 rozsypuje się w dłoniach - jasny znak częstego użytkowania. W środku ilustracje Olgi Siemaszko. I nie istnieją dla mnie inne ilustracje do wierszy Tuwima, o nie. 


Jak Tuwim to i Brzechwa - do dziś mylę, który wiersz dla dzieci jest czyjego autorstwa. Bardzo lubiłam też wszelkiej maści bajki i baśnie. Książeczka na zdjęciu jest już nieco nowsza, wydaje mi się, że kupiona raczej dla mojej siostry, nie dla mnie. Nie pamiętam, żeby mama czytała mi baśnie w niej zawarte, wiem jednak doskonale, że ja czytałam je mojej siostrze. Dobre nawyki przechodzą na kolejne pokolenia.


Pechowe baśnie Andersena kojarzę tylko z ilustracjami Szancera. Do dziś uważam, że gdyby nie ta jedynka, gdyby nie ta bura, gdyby nie ten dziecięcy wstyd i panika (rozumiecie, pierwsza jedynka w dzienniku to ogromny szok dla uczennicy czwartej klasy!), to być może nigdy tak naprawdę nie spojrzałabym na książki. Nie przeczytałam chyba wszystkich baśni Andersena, ale trzymam je blisko łóżka i gdy mam naprawdę podły nastrój, kiedy nic mi się nie chce, a świat wali mi się na głowę... Cóż, wtedy sięgam do świata cudowności.


Oczywiście pierwsze książki mojego dzieciństwa to także pozycje z dwóch serii: Poczytaj mi mamo i Martynka. Po pierwsze chodziłam do biblioteki z babcią - to bardzo zamazane wspomnienia, nie jestem nawet pewna, czy umiałam już czytać. Dwie czy trzy książki z serii Martynka dziadkowie trzymali na półce, a ja czytałam je wciąż i wciąż, za każdym razem, kiedy u nich byliśmy. Wprost uwielbiałam te odrobinę przesłodzone ilustracje i niezwykle lekkie opowiadania.


Dla kontrastu - Najpiękniejsze baśnie, najwięksi bajkopisarze. Wilde. Do dziś nie wiem, skąd na mojej półce ta książka. Nie pamiętam mojego pierwszego zetknięcia się z nią, pamiętam jednak doskonale, że ta pozycja wprawiała mnie zawsze w bardzo smutny nastrój, wyciszała mnie. Ilustracje Marcelli Manicardi są bardzo stonowane, statyczne. Piękne, ale to już nie radosne historyjki dla małych dzieci.


I znów - do dziś nie przeczytałam całego zbioru. Sięgam po niego rzadko, czytam jeden lub dwa utwory, często po prostu przeglądam, napawam się samą książką, wspominam. Źle czuję się z myślą, że kiedyś mogę poznać wszystkie opowieści ze zbioru.


Kolejna pozycja na mojej półce to absolutna wariacja - W skarbnikowym królestwie. Baśnie i podania śląskie. Fascynację legendami przeżywałam chyba na granicy szkoły podstawowej i gimnazjum. I znów! - choć tyle lat książka leży u mnie na półce, nadal nie poznałam jej w całości!


Ilustracje w Baśniach i podaniach śląskich przyciągają wzrok i idealnie wpisują się w to, co w legendach piszczy - dziwne stworzenia, jamy i pieczary, diabły. To ilustracje, które mocno działają na wyobraźnię, tak jak same utwory zawarte w książce. Jeśli Wilde wprawiał mnie w melancholię, to W skarbnikowym królestwie budziło moją uwagę i ciekawość, pobudzało wyobraźnię.


Prawie wszystko, o czym pisałam powyżej, dotyczyło książek-zbiorów, opowiadań i baśni czytanych raczej do snu, stąd niekompletność poznania tych pozycji w całości. Kiedy odkryłam, że książki są naprawdę fajne? Cóż, tego nie wiem. Zaraz po wspomnieniu pierwszej jedynki pojawia się w mojej głowie wspomnienie pierwszego tomu Harry'ego Pottera - chodziłam jak zaczarowana, z pokoju do kuchni maszerując z nosem w książce. Brałam kanapki i jadłam dalej czytając, póki nie doczytałam do końca. To klasa czwarta - po niej przeprowadziłam się do innego miasta i tu już pamiętam dokładnie bibliotekę szkolną. Bibliotekę, którą wyczerpałam do cna. Pamiętam też doskonale, że po przeczytaniu wszystkich interesujących mnie w niej pozycji powzięłam decyzję zapisania się do biblioteki gminnej. Piąta i szósta klasa podstawówki to przede wszystkim powieści przygodowe - Tomek Wilmowski, Pan Samochodzik, Staś i Nel! Do kompletu, oczywiście, książki pokazane na zdjęciu - Wyspa skarbów, Pięć tygodni w balonie, Tajemnicza wyspa. Gustowałam w książkach dla dzieci i młodzieży, które niosły z sobą wiele tajemnic i dreszczyk emocji - Przypadki Robinsona Crusoe bardzo mnie zainteresowały. I znów, trochę dla kontrastu, trochę dla usprawiedliwienia swojego dzisiejszego bibliofilskiego niezdecydowania, przyznać muszę, że uwielbiałam też książki przeznaczone "typowo" dla dziewcząt. Przeczytałam chyba wszystkie pozycje z serii o Ani z Zielonego Wzgórza, Pollyannę miałam w dłoniach niejednokrotnie. 


Oto moje książkowe dzieciństwo - do końca szkoły podstawowej. Gimnazjum to istne durm und strang, a więc materiał na całkiem inną historię. Jeśli miałabym jakoś podsumować książki swojego dzieciństwa, na pewno muszę zwrócić uwagę na trzy bardzo istotne punkty. Pierwszy - fakt, że naprawdę od pierwszych chwil mojego życia rodzice dbali o to, żebym miała kontakt nie tylko z telewizyjną dobranocką, ale też z prawdziwą książką. Drugi - jedynka z nieprzeczytanej lektury, która wstrząsnęła mną na tyle mocno, że już nigdy w mojej szkolnej karierze nie zapomniałam o książce (Ferdydurke nie przeczytałam, ale to wyjątek potwierdzający regułę!). Trzeci punkt, istotny nie mniej - J.K.Rowling. To dzięki niej po raz pierwszy dosłownie utonęłam w książce.

No, więc jak to było z Wami?

sobota, 30 maja 2015

HIPNOZA, Bartłomiej Basiura







Tytuł: Hipnoza
Autor: Bartłomiej Basiura
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Rozpisani.pl
Ilość stron: 307

Dwa słowa: Polska sensacyjna







Hipnoza zachwyca okładką. Pierwszy rzut oka zachęca do czytania, przyciąga wzrok, zastanawia. Hipnotyzuje - a przecież to słowo kluczowe dla powieści Basiury. Zaczynamy więc czytać z dobrym przeczuciem. Powinniśmy przecież chętnie sięgać po naszych rodzimych, polskich autorów.

Powieść rozpoczyna się śmiercią młodej kobiety. Komenda Powiatowej Policji w Lubaczowie przejmuje sprawę - szybko okazuje się, że śmierć nie jest wynikiem samobójstwa. Istnieją podejrzenia, że w okolicy grasuje morderca - igrający z policją i sugerujący, że na jednej ofierze się nie skończy. Policjanci z Lubaczowa nie są obyci z tego typu sprawami, muszą więc skompletować zespół, który pozwoli im na podjęcie gry z mordercą - intruzem, który z premedytacją zostawia policjantom tajemnicze listy, drażni się z nimi. Same morderstwa zadawane są także w niepokojący sposób - wszystko wskazuje na to, że ofiary pod wpływem bezpośredniej manipulacji mordercy same zadają sobie śmierć. Co gorsza, intruz lubi bawić się swoją przewagą. W grupie najważniejszych bohaterów znajdą się: niezbyt pewna siebie policjantka, Maria Kozielska, specjalista od języka ciała i przesłuchań, Paweł Kownacki oraz konstruktorka chromatografu cyklicznego, Dorota Maj. Akcję poznajemy z perspektyw tych trzech bohaterów oraz kilku innych...włączając w to spojrzenie mordercy.

Chociaż nie mogę powiedzieć, żeby książka ta była wolna od potknięć, czytało mi się ją naprawdę dobrze. Nadal nie mogę stwierdzić jednoznacznie, czy pomysł został w pełni wykorzystany - wydaje mi się, że został wykorzystany najlepiej, jak umiał zrobić to Bartłomiej Basiura w chwili, gdy pisał tę książkę. A - to warto dodać - pisał ją tuż po maturze, mając osiemnaście lat. W Hipnozie autor sięgnął nie tylko po kryminał (swoją drogą, formuła kryminalna jest rozwinięta bardzo poprawnie, powiedziałabym wręcz, że klasycznie), ale pokazał realia mniejszej komendy policji, problemy policjantów. Podoba mi się kreacja Kozielskiej, dobrej i rzetelnej policjantki, która jednak musi mierzyć się i współpracować z innymi bohaterami - często posiadającymi więcej władzy, umiejętności, doświadczenia. Basiura okrasił to wszystko odrobiną amerykańskiego looku - większa afera, wille skryte na końcu świata. Brakowało mi trochę naprawdę mocnego romansu - ten wpisany w powieść zdaje się niepoważny i niepotrzebny. Choć podczas czytania nie czułam dreszczy - dlatego nie nazwę tej powieści thrillerem - akcja płynęła wartko i bardzo logicznie. Dwa razy zawołałam łał!, a na końcu sama sobie pogratulowałam dedukcji.

Lubię książki, które potrafią mnie przy sobie utrzymać, sprawić, że nie chcę odkładać ich na bok nawet wtedy, kiedy pewne rzeczy zdają mi się prosto rozpisane lub nieprzemyślane. Lubię powieści, którym jestem to w stanie wybaczyć. Z Hipnozą przydarzyła mi się ta miła przygoda, że kilka rzeczy, które nie przemawiały do mnie na początku powieści (m.in. fragmenty rozdziałów Z pamiętnika filozofa) na jej końcu okazały się bardzo istotne i - ha! - zaskakujące.

Bartłomiej Basiura nie trzyma się kurczowo jednego bohatera czy jednego dominującego wątku, który przerabiany byłby przez całą powieść, ale pozwala sobie na ukazanie nieco szerszej perspektywy. Poznajemy nie tylko osoby bezpośrednio związane ze sprawą, ale też ich bliskich, w nurcie akcji okazuje się także, że w Lubaczowie dzieje się więcej niż podejrzewaliśmy. Choć zakończenie nie zbiło mnie z nóg tak bardzo, jak mogłoby, chętnie podam tę książkę dalej. Chętnie też przeczytam coś innego tego autora - podejrzewam, że kolejne powieści mogą być tylko lepsze.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

środa, 27 maja 2015

#bookish: 9 CZYTELNICZYCH ZWYCZAJÓW


1. ZANIM ZABIORĘ SIĘ ZA CZYTANIE... muszę obejrzeć książkę ze wszystkich stron, przeczytać informacje zamieszczone na okładce i skrzydełkach, przejrzeć spis treści (jeśli takowy jest), poszukać informacji o wydaniu, tłumaczeniu, roku pierwszego ukazania się... Jeśli książka jest w obwolucie - bezczelnie pod nią zaglądam! Eksploruję książkę, póki nie zostanie mi sam tekst.

2. ZANIM KUPIĘ KSIĄŻKĘ... chodzę po księgarni jak opętana - nie ważne, czy mówimy o księgarni internetowej czy stacjonarnej. Biorę książki do ręki, dokładam do koszyka, odkładam i usuwam z listy. Porównuję wagę, analizuję ceny we wszystkich dostępnych sklepach. W empiku ochroniarze wodzą za mną zgłodniałym wzrokiem.

3. ZANIM POŁOŻĘ KSIĄŻKĘ NA PÓŁKĘ... manifestuję obecność nowego członka grupy symboliczną dobą na biurku. Książka musi się przyzwyczaić do pokoju, a pokój do książki. Muszę znaleźć jej odpowiednie miejsce, a to zazwyczaj wymaga przetasowania dotychczasowego księgozbioru. Dokładanie kolejnej książki na półkę to podchody.

4. ZANIM POŻYCZĘ KSIĄŻKĘ INNEJ OSOBIE... analizuję wszystkie za i przeciw, badam czytelnicze historie delikwenta i szukam zapewnień, że to dobry, szanujący książki człowiek. Żegnam się z książką niechętnie, zapamiętuję jej tytuł, stan fizyczny. Za każdym razem przypominam sobie o tym, że, cholerka, miałam podpisywać posiadane przez siebie lektury.

5. ZANIM ZROBIĘ NA PÓŁKACH PORZĄDEK... weekend się kończy, a wena na sprzątanie mija. Internet wyrzuca mi coraz ciekawsze sposoby układu książek, a ja nie mogę się zdecydować, czy fantastyka może leżeć obok kryminału. Tworzę listę książek do przeczytania w najbliższym czasie, ale zamiast zacząć to robić - odnawiam dawno zapomnianą lekturę, odnalezioną niespodziewanie wśród innych książek.

6. ZANIM PÓJDĘ DO BIBLIOTEKI... sprawdzam wirtualne katalogi, zamawiam potrzebne lektury i skrupulatnie spisuję sygnatury tych pozycji, które sama muszę odnaleźć na półkach. Szykuję odpowiednio wytrzymałą torbę, dwukrotnie zastanawiam się, czy to na pewno wszystkie książki, których potrzebuję w danej chwili - najlepiej z tygodniowym wyprzedzeniem. Ostatecznie zapominam o tym, że najpierw muszę oddać książki zaległe...i wizyta w bibliotece przenosi się na kolejny dzień.

7. ZANIM ZABIORĘ SIĘ ZA LEKTURĘ W POCIĄGU... czekam aż pociąg ruszy. Podglądam lektury współpasażerów, nadrabiam zaległości na fejsie i planuję kolejne punkty podróży. Książkę trzymam tak, żeby nikt nie dojrzał tytułu, bo nie lubię rozmów z nieznajomymi. Nigdy nie używam biletu jako zakładki, choć bardzo często zdarza mi się wykorzystywać w tym celu telefon.

8. ZANIM ZROBIĘ KSIĄŻCE ZDJĘCIE... zazwyczaj muszę rozejrzeć się wokół, czy nikt nie patrzy. Robię zdjęcia i w uczelnianym bistro, i w autobusie, i w parku, i w pociągu. Robię zdjęcia książkom na księgarnianych wystawach - i czuję się wtedy jak mały złodziejaszek. Pieszczę się z książką jak z supermodelką.

9. ZANIM SKOŃCZĘ WCIĄGAJĄCY FRAGMENT KSIĄŻKI... muszę zakrywać kolejne akapity ręką, bo mój wzrok sunie mimowolnie w dół, w dół, w dół - i w końcu dochodzi do tego, że sama sobie spoileruję akcję. Zdarza mi się odstawiać książkę na bok w najbardziej emocjonującym momencie, żeby opanować emocje, uspokoić się, przypomnieć sobie, że to tylko książka.

Czy Wy też macie książkowe zwyczaje?

środa, 20 maja 2015

OGAR BOGA. POPIÓŁ I PIACH, Anna Gręda

źródło: lubimyczytac.pl





Tytuł: Ogar Boga. Popiół i piach
Autor: Anna Gręda
Data I wyd.: 2015
Cykl: Ogar Boga (tom 1)
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 430
Uwagi: egzemplarz przed korektą

Dwa słowa: urban fantasy







Czytałam tę książkę podczas powrotu z Warszawskich Targów Książki. Zajęła mi idealnie trzy godziny, które musiałam spędzić w pociągu relacji Warszawa-Poznań. To lekka, prosta lektura, jeśli jednak lubicie różne wariacje na temat fantastyki - nawet te, które są książką na jeden dzień, wolne popołudnie, nudną podróż - to być może odnajdziecie się w tej powieści. To czytadło, które o dziwo wciąga, choć nie ma ku temu właściwie żadnych szczególnych predyspozycji.

Główną bohaterką powieści jest Kira Santiago, łowczyni, która odkrywa, że w jej mieście grasują nowonarodzone wampiry, zostawione ze swoimi mocami i pragnieniami samopas. Aby rozwiązać zagadkę ich pochodzenia, Kira wzywa swoich dawnych towarzyszy - istotny nadnaturalne - by odnaleźć wampira stojącego za narodzinami morderców. Z opisu książki dowiemy się też, że:
Kira Santiago jest żywym dowodem na to, że cięty język, seksapil i umiejętność posługiwania się naostrzoną stalą to istotnie zabójcza mieszanka. Łowczyni, tajemnicza hybryda i wyjątkowo niebezpieczna zabójczyni stanowi najsilniejsze ogniwo w łańcuchu pokarmowym wśród istot nadnaturalnych i ludzi.
Głównym problemem tej powieści jest to, że właściwie wcale nie interesuje nas, dlaczego Kira jest hybrydą i dlaczego nowonarodzone wampiry są zostawiane same w sobie. Brakuje elementów prawdziwie sensacyjnych, rzeczywistej tajemnicy i dreszczu emocji, który napędzałby całą akcję. Nadal nie wiem, po co właściwie Kira zbierała wokół siebie całą drużynę, dlaczego przemieszczali się z jednego miejsca do drugiego, o co było tyle hałasu. Brakowało prawdziwego zawiązania akcji. To bardzo przegadana książka, a narracja pierwszoosobowa nie ułatwia sprawy:
Demon, nieprzewidywalny i potężny w samej swej istocie oraz ja, nadnaturalna hybryda, wzbudzająca strach łowczyni, kobieta niebojąca się ubrudzić ubrań krwią. To było, musiałam przyznać niechętnie, całkiem kuszące zestawienie.
Jestem zdania, że taka formuła powieści jest jedną z trudniejszych, ponieważ bardzo łatwo popaść w takim układzie w marysuizm, chyba najgorsze, co może się stać. Choć Ogar Boga ma w sobie coś, co sprawia, że książkę tę czyta się szybko, to jednak opisy czy refleksje są często bardzo płaskie i jednowymiarowe. Nie ma tu żadnej głębi, bardziej skomplikowanej intrygi czy krwistych bohaterów. Tę książkę po prostu się czyta - dobrze, bo lekkie słowa przyswajamy łatwo. Nie jest to ani thriller, ani horror, ani powieść z domieszką kryminału, ani romans, ani powieść sensacyjna. To takie, ot, urban fantasy, bo wrzuciliśmy do jednego miasteczka watahę wilkołaków, grupę wampirów i jeszcze kilka innych nadnaturalnych gatunków. Nie jest to więc powieść z rodzaju tych, które obudowują wokół siebie dużą historię, porządnie skonstruowany świat i które stosują gradację napięcia.

Choć naprawdę przeczytałam tę książkę bez problemu, a nawet w kilku momentach akcja odrobinę mnie zainteresowała, to nie mam nic więcej do dodania. Ta książka ani ziębi, ani parzy; nie wzrusza i nie wywołuje rumieńców. Jeśli macie ją i nie wiecie, czy ją przeczytać - sięgnijcie po nią. Jeśli nie musicie - sięgnijcie jednak po coś innego.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

poniedziałek, 18 maja 2015

FUTU.RE, Dmitry Glukhovsky







Tytuł: Futu.re
Autor: Dmitry Glukhovsky
Data I wyd.: 2013 (PL: 04.03.2015)
Wydawnictwo: Insignis
Ilość stron: 640

Dwa słowa: Wieża Babel







Czy chciałbyś żyć wiecznie? Pytanie - trochę ironicznie - stare jak świat. Idea poszukiwania nieskończonej młodości nigdy do mnie nie przemawiała, choć jednocześnie ze strachem myślę o starości i wszystkich rzeczach, które jej dotyczą. W tej powieści wrogów jest więcej niż pojedyncza śmierć - bo wrogiem jest i ona, i starość, i przeludnienie, i...dzieci. To część z wielu chorób, na które nie ma miejsca w nieśmiertelnym świecie.
Sam uważam, że nie wolno zabraniać im [starszym ludziom] pokazywać się w miejscach publicznych. W końcu jesteśmy w Europie, a oni są takimi samymi obywatelami jak my. Ale gdyby zależało to ode mnie, wprowadziłbym przepis, który zobowiązywałby ich do noszenia przy sobie urządzenia wydającego dźwiękowy sygnał ostrzegawczy. Żeby normalni ludzie, z alergią na starość, mogli zawczasu gdzieś się wynieść i nie psuć sobie dnia.
Futu.re to powieść osadzona w przyszłości, choć świat, który obserwujemy, zaczął być budowany już w połowie XXI wieku. Głównym bohaterem książki, a jednocześnie jej narratorem, jest Jan, członek Nieśmiertelnych - jednostki zajmującej się wyszukiwaniem nielegalnych ciąż i dzieci. W przeludnionym świecie ludzi, którzy nigdy nie umierają, nie ma miejsca na nowych mieszkańców. Jeśli pojawia się dziecko, jedno z jego rodziców musi oddać swoje życie. Jeden za jednego.

Nie spodziewałam się konkretnych rzeczy przed sięgnięciem po tę książkę, dałam sobie prawo do zaskoczenia, dlatego też nie szukałam żadnych jej recenzji. Wiedziałam mgliście, że jest dobra - to fakt, który zadecydował o tym, że ją kupiłam. Uwierzyłam w to, że jest świetna i że muszę ją mieć. Wzięłam ją w dłonie, a jej ciężar, ten dziwny impuls między dłonią a książką, potwierdził to. Kilka pierwszych rozdziałów służyło mi za przejściową fazę wbijania się w powieść. Później, kiedy już sądziłam, że zadomowiłam się w niej bez reszty i posiadam wszystkie podstawowe, najistotniejsze informacje, okazywało się, że bardzo się mylę. To nie jest powieść, obok której można przejść obojętnie. Poprzeczka została zawieszona wysoko.

Jakie skazy może mieć świat ludzi, którzy nie chorują, nie starzeją się, którzy mają lekarstwa na bezsenność, smutek, brak sensu w życiu? Cóż, wszystkie zalety takiego świata okazują się być jego wadami. Idealne społeczeństwo stworzone na gruncie starej Europy ma rysy. Nie dowiemy się jednak o tym z pierwszych stu czy dwustu stron. Nie dowiemy się tego po przeczytaniu połowy książki. Futu.re to książka, w której ważne punkty zaczepienia oddzielone są od siebie w takiej odległości, żebyśmy bez problemu mogli się mocno o nie chwytać i ciągnąć własne ciało dalej, dalej, bezustannie dalej. Wraz z wyjaśnieniem jednego wątku pojawia się jednak kolejny, trzecie jego odnóże wraca do pierwszego i rzuca na niego nowe światło. W świecie nieśmiertelnych istot świat zamieniono w morze wieżowców, a ja odnoszę wrażenie, że powieść Glukhovsky'ego stworzona jest dokładnie w ten sam sposób. Jeździmy windami - raz wspaniałymi, raz obskurnymi, witamy na dachu świata, a jednocześnie pogrążamy się w odmętach przeszłości. Tajemnice zostaną wyjaśnione, zdaje się obiecywać Glukhovsky, o ile przeczytasz, czytelniku, do końca. Do ostatnich stron. Do ostatnich zdań.

Jeśli spojrzymy na spis treści i obrócimy książkę w odpowiednią stronę, okaże się, że w spisie tym stworzono widok na miasto zbudowane z wieżowców. Choć w spisie treści widzimy jego początek i koniec - wyraźnie jasne plamy obramowującego papieru - to Futu.re zdaje się trwać bez końca. To świat, w którym istnieją trzystuletni ludzie - pamiętający jeszcze czasy wcześniejsze, odwołujący się do dawnych mistrzów sztuki czy filozofii, gładko posługujący się datami z czasów, które dla pokoleń mających w powieści lat trzydzieści są abstrakcją. Nieśmiertelne istoty o zasłużonym stażu mieszają się ze świeżymi umysłami, które nigdy nie widziały świata, w którym królowała posępna i kapryśna śmierć. A jednocześnie wciąż mówi się na kartach tej książki o przyszłości. Czas nie jest zawieszony w próżni - wciąż jakaś przyszłość istnieje, przyszłość, którą można zmieniać, kreować, o którą trzeba dbać.
Europa. Olbrzymie gigalopolis, miażdżące swoim ciężarem pół kontynentu, depczące ziemię i podpierające niebiosa.
Niegdyś ludzie próbowali zbudować wieżę, która sięgnęłaby obłoków; za pychę Bóg ukarał ich niezgodą, zmuszając do mówienia różnymi językami. Budowla, którą wznosili, runęła. Zadowolony z siebie Bóg uśmiechnął się i zapalił.
Ludzie zrezygnowali z nieba - ale nie na długo. Bóg nie zdążył nawet mrugnąć, nim najpierw się do niego wprowadzili, a potem go wyeksmitowali. 
Otrzymujemy od Glukhovsky'ego skrupulatnie stworzony obraz nowego świata, który grzebie świat dawny, a jednocześnie nie całkiem może się go pozbyć. Otrzymujemy fantastyczną, wartką akcję, zwroty akcji, które wywołują głośne okrzyki - strachu, niezadowolenia, zaskoczenia. Otrzymujemy bohaterów, którzy są prawdziwi do cna, którzy zmieniają się, ewoluują, mają swoje wady i zalety. Którzy cierpią i którzy wywołują ból. Nie widzimy tego od razu. Przez dużą część powieści odnosimy wrażenie, że stoimy na twardym gruncie, że wiemy, kto jest kim, że - choć nadal nie jest pewne, do czego powieść dąży, nadal mamy przed sobą wiele tajemnic - to jednak świat został nam już przedstawiony bardzo dobrze, akcja idzie w obranym wyraźnie kierunku, zainteresowanie bezustannie jest górą. Widzimy przed oczyma wieżowce, rozumiemy mechanizm nowego świata, godzimy się na niego lub nie. Lubimy i nie lubimy bohaterów. Ale to pozory. Tak naprawdę nie widzimy wszystkiego od razu. Nie znudzimy się powieścią, ponieważ nie ma w niej miejsca na ukradkowe ziewanie czy kartkowanie książki i wybiórcze szukanie odpowiedzi na najbardziej dręczące nas pytania. Godziny nie mają dla nas większego znaczenia, choć posiadamy pracę, obowiązki, przyjaciół i hobby. Nieśmiertelność wymaga czasem odpowiedniej pigułki na błogość, by przypomnieć sobie, że w nieskończonej powtarzalności dni jest sens. I kiedy już znamy tę część, okazuje się, że w świecie istot, które nie umierają, istnieją takie miejsca, w których śmierć jest starym przyjacielem.

Patrzę na Futu.re leżące przy łóżku i myślę o tym, że wiem już, dlaczego tytuł brzmi właśnie tak. Mogę odpowiedzieć już moim znajomym, którzy pytali mnie, po co ta kropka pośrodku słowa, dlaczego to słowo obce. Ja już to wiem i teraz mogę odpowiedzieć moim znajomym z całą stanowczością, że...nie wyjaśnię im tego. Że mogę użyć prostych słów i rzucić im niedbale, dlaczego właśnie jest tak, a nie inaczej. Wiem jednak, że tego nie zrozumieją, ponieważ wyjaśnienie tej zagadki tkwi w całej powieści Glukhovsky'ego. Żeby zrozumieć, trzeba ją przeczytać. I uwierzcie, nie zawiedziecie się.

niedziela, 17 maja 2015

WYDARZENIA: Warszawskie Targi Książki 2015

Stosy, stosy, stosy rzeczy...

Warszawskie Targi Książki to naprawdę dobra impreza. Wyobraźcie sobie wielką puszkę pełną książek - wchodzicie do niej i cały dzień spędzacie na macaniu, wąchaniu i czytaniu. Jeśli macie ochotę i sposobność, będziecie też o książkach rozmawiać, książki kupować lub książki poznawać. Możecie zbierać autografy i focić się z autorami. Albo z samymi książkami, książki są dość seksowne same w sobie.

Sobota zgotowała mi fantastyczną przygodę już na samym początku dnia. Godzina piąta, czekam na tramwaj, który ma mnie zawieźć na dworzec... No i czekam, bo tramwaj nie przyjechał. Możecie sobie wyobrazić, co czułam stojąc na przystanku - myślałam, że już po mnie, wszystko przepadło, nic tylko płakać i jechać innym pociągiem. Ale ja nie chciałam przecież innym, ja chciałam tym. To miał być dzień z książkami, a nie pół dnia. Logiczne, prawda?

Dotarłam jednak, nie wdawajmy się w szczegóły. Tramwaj przyjechał, w połowie drogi spotkała mnie w pociągu bardzo miła niespodzianka, a w Warszawce pogoda była taka piękna... Nic, tylko zamknąć się w puszce z książkami i... No, tę część już opisywałam ;)

Udało mi się dostać plakietkę z dumnym napisem "BLOGERZY". Pan w rejestracji chciał mi dać bezimienne "MEDIA", ale wprost powiedziałam, że chcę tę ładniejszą. Musiałam mieć bardzo zabawny wyraz twarzy, bo chwilę później trzymałam już swoje nazwisko w rękach. Poziom dumy wzrósł trzykrotnie, bo choć traktowałam to jako zabawę dopełniająca targi, to jednak było mi naprawdę miło. (Poszukiwanie smyczy, na której mógłby zawisnąć identyfikator to już zupełnie inna historia, ale nie poddałam się, bo przecież diabeł tkwi w szczegółach. Mieć plakietkę i jej nie nosić? Wstyd!)

Nieśmiertelny - bohater wprost z Futu.re, książki, którą niedługo opiszę na blogu.

Na stadionie byłam po raz pierwszy, więc wydał mi się w środku naprawdę mały. Po dwukrotnym przejściu całych Targów zmieniłam zdanie - okazuje się, że czasem do pełnej radości z książek naprawdę najbardziej potrzebne są wygodne buty. Nie mogłam się nasycić książkami, wydawcami, stoiskami. Targi to wielkie, wielkie święto książek i naprawdę cieszę się, że mogłam być jego częścią. Mówi się, że Polacy nie czytają. Cóż, Stadion Narodowy jest innego zdania. O 10 tłum był optymalny. O 14 nie dało się przejść pomiędzy stoiskami, może jedynie idąc człowiek za człowiekiem, wężykiem, mijając ogromne kolejki do kas, ogromne kolejki do autorów i ogromne kolejki do kolejek. Było cudownie.

Warto było wstawać o czwartej i spędzić trzy godziny w pociągu. Targi Książki to święto miłośników czytania. Chociaż nie biegałam za autografami i dałam sobie spokój z pstrykaniem zdjęć z autorami (i pstrykaniem zdjęć w ogóle), to naprawdę bawiłam się fantastycznie i żałuję tylko tego, że nie mogłam spędzić na targach więcej czasu. Gdybym była na nich dwa czy trzy dni, na pewno znalazłabym chwilę nie tylko na zwiedzanie, ale też i na zdjęcia, i na autografy. Jeden dzień to naprawdę za mało na to wszystko.

Targowe cuda, cudeńka.

Stojąc w kolejce do kas udało mi się podpatrzeć Katarzynę Bondę - boże, jaka ta kobieta jest piękna, jaka charyzmatyczna, jaka hipnotyzująca! Wstyd mi było prosić jednak o autograf osobę, której książek jeszcze nie czytałam, więc zachwycałam się w ciszy i skupieniu. Przypadkiem siedziałam na trybunach w czasie rozmowy z profesorem Zimbardo, przypadkiem przechodziłam obok pani Beaty Tyszkiewicz. Moja organizacja nie była na najwyższym poziomie, ale zabawa była przednia! Szczególnie miło rozmawiało mi się z przedstawicielami Domu Wydawniczego Mała Kurka i z Wydawnictwem Wiatr od Morza - ludzie z pasją!

Oczywiście z targów nie można wyjść z pustymi rękami. Zdobyłam pokaźny stos katalogów i ulotek, które przejrzę w wolnej chwili z ciekawością. Kupiłam też kilka książek - widzicie je na zdjęciu. Trzy górne to świeżaczki ze stoisk, trzy dolne to książki kupione przed stadionem (tania książka, 10 zł sztuka, sic!). Kiedy doszło do kupowania, naprawdę nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Niby miałam upatrzone kilka pozycji, ale jeszcze jedna torba płócienna, druga torba płócienna, tu zakładka, tam herbata "Pan Tadeusz" (reklamująca się hasłem "Zasmakuj Ossolineum" - idealna dla studentów filologii polskiej, którzy muszą pochłaniać tysiące wydań beenowskich) - i nagle okazało się, że pieniędzy mało, mało. Głupia sprawa, w końcu jeśli mówimy o książkach to zawsze można kupić ich więcej, prawda?

Targi uczciłam trzygodzinnym czytaniem książki w drodze powrotnej (Ogar Boga. Popiół i piach, Anna Gręda) i już myślę o tym, że szkoda, szkoda, że wcześniej nie jeździłam na takie imprezy. Na pewno pojawię się na kolejnych!

Targowa Maricza!

wtorek, 12 maja 2015

#bookish: ZAKŁADKI (Czerwony Kapturek)

Jakiś czas temu chodził za mną nieustannie motyw Czerwonego Kapturka, a w ponieważ tak się złożyło, że w tym samym czasie wypadł Bardzo Twórczy Dzień*, wzięłam się do roboty. Wynik - zakładka.

Do jej wykonania potrzebny jest kolorowy papier techniczny, nożyczki, klej, zwykłe kartki papieru np. z notesu oraz ołówek i długopis.

*Bardzo Twórczy Dzień to zjawisko występujące nieregularnie. Gwałtowna chęć zrobienia wszystkiego skutkuje dniem poświęconym wycinaniu, klejeniu i bóg-wie-czemu-jeszcze. Człowiek robi małe rzeczy, które wydają się mu niezwykle słodkie. Przykład: Hermiona Granger.

1. Na kartce z notesu naszkicowałam zarys postaci. Gdy kształt nabrał odpowiedniej formy, poprawiłam kontury długopisem.
2. Na zarysowaną kartkę położyłam czysty kawałek papieru. Rysunek przekalkowałam partiami - poszczególne części służą za szablony.
3.  Szablony powstałe na bazie pierwszego rysunku: 'peleryna', 'głowa z rękami', 'grzywka', 'głowa', 'sukienka', 'nogi'.
4. 'Pelerynę' i 'głowę z rękami' obrysowałam na czerwonym papierze i wycięłam.
5. 'Sukienkę' wycięłam z papieru zielonego.
6. Ułożyłam wycięte części taką kolejnością, jaką będą przyklejane - na 'pelerynę' kładę 'sukienkę', a na samą górę 'głowę z rękami'. Przed użyciem kleju, wycięłam drobniejsze części postaci - szczególnie 'nogi', które umieszczę między 'peleryną' a 'sukienką'.
7. Klejem połączyłam wszystkie elementy. Dodałam grzywkę, a z czarnego papieru wycięłam buciki.
8. Gotowe!



Nie jest to zakładka, którą można spakować do torebki, ale ciekawie wygląda włożona między książki na regale czy biurku. Takich zakładek używam najczęściej w domu, do książek, które czytam powoli, z doskoku - np. do Baśni Braci Grimm dla młodzieży i dorosłych. Bez cenzury. Poza tym wycinanki to naprawdę świetna zabawa ;) 

niedziela, 10 maja 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: AVENGERS. AGE OF ULTRON


Avengers. Age of Ultron (2014)
reż. Joss Whedon
gatunek: akcja, sci-fi

Wyobraźcie to sobie. Jesteście w przepełnionej sali kinowej, miejsce trochę za bardzo z przodu, trochę za bardzo z boku, ale ostatecznie nie grymasicie, bo to Wasza wina  - przecież takie z Was ciapy, że nie zarezerwowaliście wcześniej biletu, trzeba więc było zadowolić się tym, co zostało. No i te okulary 3D założone krzywo na okulary korygujące wadę wzroku. Słowem: nie jesteście zachwyceni swoją aktualną pozycją, ale zagryzacie zęby. Lecą reklamy - o, reklamy to Wy lubicie, więc smyracie nóżkami po podłodze i z ciekawością odliczacie czas do 12 czerwca i premiery Jurassic World. Ha! Toż to idealny prezent na Wasze urodziny.

Ale nie o kontynuacji Parku Jurajskiego tu nowa. Nie o reklamach czy kinowym zapachu popcornu i coli, który bardzo lubię. Nie dla mnie małe, zapomniane kina. Ja lubię kinowe giganty, odurzający zapach konsumpcjonizmu. Pracowałam w takim kinie, więc dobrze wiem, że ceny są za wysokie, a zasady takie a nie inne. Ale ten tekst także nie opowiada o tym. Nie, ten tekst jest o Avengersach.

Siedzę więc w kinie. Pół godziny czekałam przed kasami, mając nadzieję, że rezerwacje wygasną i zostanie dla mnie jakieś dobre pojedyncze miejsce - spotkał mnie oczywisty fail. Ale okej, okej. Sama chciałam wszystkie bajery: 3D, imax itepe. Choć zazwyczaj wolę tradycyjne 2D z napisami, czasem lubię sobie sprawić przyjemność w cierpieniu. Rozumiecie, ja po prostu zawsze chodzę do kina o takich porach, by być jedyną samotną duszą w wielkiej kinowej sali, co najwyżej by dzielić się emocjami z garsteczką takich samych outsiderów jak ja. Na wiele filmów chodzę sama, bo jeśli mam tłumaczyć dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej, to szlag mnie trafia. Nie ma wokół mnie wielu fanów Marvela. Ale nie, ja nie o tym.

Siedzę w kinie, gasną światła, w czasie reklam nachodzi mnie wątpliwość - czy na pewno dobrze-m uczyniła, przychodząc właśnie na tę godzinę? Może powinnam zarezerwować sobie lepszą miejscówkę, poczekać dzień lub dwa dłużej? Światła zgasły, reklamy leniwie dociągnęły się do końca. I zaczyna się film. A ja nagle wiem, że jestem w odpowiednim miejscu i czasie. Że tak miało być. Okulary na okulary? Ekran wielki jak stodoła? Setka ludzi wokół mnie?

Proszę państwa, Avengers. Age of Ultron to film, który można oglądać nawet podczas obdzierania żywcem ze skóry. To jest dobry film. Emocjonujący, porywający, zaskakujący, z dobrą grą aktorską, efekciarstwem, muzyką na najwyższym poziomie i żartami, które doprawiają film jak tajna przyprawa, którą z pełnym sukcesem może używać tylko mistrz.

Pierwsze sceny - walka Avengersów (ci dobrzy, choć nie wyglądają) z Hydrą (ci źli, którzy tak wyglądają), w której od razu dostajemy popis wybuchów, uderzeń, zgnieceń, krzyków, strzałów, zbroi, młotków, pięści, strzał i uroku Black Widow (KOBIETY GÓRĄ!). Już wiem, że jest dobrze. Nie, wróć. Ja to wiem od pierwszych dźwięków avengersowego motywu. Dalej jest tylko lepiej, a uwierzcie, nie z każdym filmem ze stajni Marvela tak było.

Avengers. Age of Ultron to historia w gruncie rzeczy dość banalna, choć na nieskomplikowany kręgosłup przyczepiono wiele smakowitych kąsków. Tony Stark, wraz ze swoim Science Bro Bruce Bannerem postanawiają z pomocą pewnego berła dobrze znanego z poprzednich filmów stworzyć sztuczną inteligencję, która stałaby się obrońcą ludzkości. W pamięci mamy nadal nieprzyjemne wydarzenia z poprzedniej części Avangersów, gdy Ziemią zainteresowała się sfora nieprzyjaznych (krwiożerczych, kochających destrukcję i nieco obrzydliwych) kosmitów, więc cel jest bardzo szczytny. Nietrudno domyślić się tego, co stanie się dalej - sztuczna inteligencja wymyka się spod kontroli. Rodzi się Ultron, niezrównoważony psychicznie robot, który być może nie jest najbardziej mrocznym kinowym wrogiem, ale ma do dyspozycji całą armię swoich robocich kopii. Nie wiem jak Wy, ale armia robotów robi na mnie wrażenie.

Starzy, poczciwi Avengersi muszą stanąć do walki. Nie będę przedstawiać każdego z osobna, bo jeśli chcecie wybrać się na Age of Ultron do kina, najlepiej będzie, jeśli obejrzycie wcześniej pierwszą część Avengersów - historia stanie się dla Was całkiem jasna. Jeśli znajdziecie jeszcze chwilkę lub dwie na Captain America. Winter Soldier - satysfakcja murowana. Wystarczy powiedzieć, że mamy charyzmatycznego playboya Tony'ego Starka, jego science bro Bruce'a Bannera, który oprócz posiadania w sobie krwiożerczej, zielonej bestii, jest także bardzo uroczym i inteligentnym mężczyzną. Dalszy testosteron gwarantuje nam nieśmiertelny Kapitan Ameryka oraz jeszcze dosłowniej nieśmiertelny bóg-kosmita Thor. Wątek sensacyjny uzupełniają Hawkeye oraz Czarna Wdowa - ta ostatnia to mocny, choć nie jedyny kobiecy akcent w filmie.

Kiedy dłużej się nad tym zastanawiam, nie widzę możliwości, by tych komiksowych bohaterów mógł zagrać ktoś inny oprócz aktualnej obsady. Nie jestem specjalistką od komiksów, ale sposób wykreowania członków Avengers i Tarczy jest tak mocny, tak wyrazisty, że podczas oglądania filmu bohaterowie wywołują we mnie prawdziwe, silne emocje. Kocham ich i nienawidzę, dopinguję im i drwię z głupstw, które popełniają. Dla mnie aktorzy zrośli się z granymi przez siebie postaciami. Kiedy myślę o Avengersach, wyobrażam sobie ich dokładnie w ten sposób, w jaki stworzeni są w filmowych ekranizacjach. Lubię też sposób, w jaki sami aktorzy opowiadają o swoich rolach - wydają się być po prostu dobrą, zgraną ekipą. I widać to na wielkim ekranie.

Zarzuca się Age of Ultron, że główny wróg jest zbyt ludzki lub za mało przerażający. Wytyka się też błędy związane między innymi z tym, że w pewnych scenach osoby pochodzące z Europy Wschodniej używają angielskiego, choć w danej sytuacji powinny używać swojego języka ojczystego. Jeśli chodzi o drugie zastrzeżenie to byłam niestety tak wgapiona (słowo idealne) w ekran, że nie odnotowałam tego drobnego (choć dla perfekcjonistów na pewno bardzo istotnego) faktu. Pierwszy zarzut odeprę bardziej logicznie, z radością na ustach stwierdzając, że to przecież super-amerykańska produkcja z super-kasą, super-efektami i super-misją. Jaka to misja? Bawić, rozbrajać i wywoływać w człowieku myśl: "hej, czemu nie jestem jednym z nich?". Kac po filmie? Tak, właśnie go opisuję. Może główny robo-wróg nie był arcymrocznym mózgiem zła, ale wystarczy uznać, że miał być skrzywionym psychicznie, niedoskonałym eksperymentem, by odkryć, że to właściwie ma sens.

W Age of Ultron wchodzimy w świat superbohaterów nieco głębiej niż w filmie wcześniejszym. Ponieważ wiemy już, kto jest kim, orientujemy się nieco w relacjach między postaciami oraz - bardzo oględnie - w ich historii i specjalizacjach, teraz scenarzyści mogli popisać się nieco bardziej. Z jednej strony kontynuujemy więc dawne sprzeczki (Stark vs Kapitan) oraz rozwijamy więzi (Wdowa i Hawkeye), z drugiej - otrzymujemy o wiele szersze spojrzenie, także dzięki pojawieniu się nowych postaci, rodzeństwa Maximoff. Wiemy, czego bohaterowie się boją, odkrywamy zaskakujące fakty na temat...ich życia prywatnego (bez spilerowania - TO bezpieczne miejsce sprawiło, że szczęka mi opadła) oraz przeszłości. Im więcej wiemy, tym więcej rzeczy chciałoby się rozwinąć jeszcze bardziej. Odpowiednie proporcje karmienia i robienia apetytu.

Jestem tym typem człowieka, który lubi, kiedy na dużym ekranie dzieje się dużo ciekawych rzeczy. Kiedy wiele budynków wybucha, wiele złych postaci knuje upadek świata, a garstka niezwykłych bohaterów wkracza do walki, po drodze przeżywając kryzys, podnosząc się z niego z mniejszą lub większą liczbą obrażeń. Lubię cameo Stana Lee*, podoba mi się to, że w Age of Ultron zobaczymy bardzo dużo drugoplanowych bohaterów wyjętych z innych marvelowych filmów. Nie będę się rozczulać nad poszczególnymi akapitami scenariusza, bo się na tym nie znam. Wiem jednak, kiedy możemy spodziewać się dobrej zabawy i małego mindfucka - i tu właśnie tak się dzieje.

*Stan Lee to "król wśród scenarzystów komiksowych", cytując za portalem filmweb.pl. Zazwyczaj w ekranizacjach Marvela odgrywa niewielkie role, przypominając w ten sposób, że Wielki Brat patrzy, a Marvel to firma ze zdrowym poczuciem humoru.
 

piątek, 8 maja 2015

EMPATON. PIERWOTNE WYNATURZENIE, Erc Zerki - Evski







Tytuł: Empaton. Pierwotne wynaturzenie
Autor: Erc Zerki - Evski
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: CayyaR
Ilość stron: 410
Inne: ebook

Dwa słowa: metafizyka ewolucji






Science fiction daje niesamowite pole do popisu. Choć zawsze było mi bliżej do fantasy, dobra dawka dreszczowca połączona z niezwykłymi odkryciami naukowymi musi się sprzedać. Lubię być zaskakiwana, lubię, kiedy książka, serial czy film dają mi pstryczka w nos. Kiedy mówią: "tak naprawdę nic nie wiesz".

Empaton. Pierwotne wynaturzenie to powieść rozpoczynająca się od katastrofy na lotnisku w Berlinie. Niesprawiający wcześniej żadnych problemów, nieprzejawiający oznak depresji czy myśli samobójczych pilot wbija samolot w budynek wypełniony ludźmi. Stacje informacyjne nie nadążają z nadawaniem relacji na żywo. Tymczasem okazuje się, że jedna z dziennikarek telewizji ALLDAY wiedziała o katastrofie...zanim ta się wydarzyła. Kim jest tajemniczy On, mężczyzna, który wysłał jej proroczą informację? Do czego doprowadzi śledztwo, prowadzone przez utajnioną organizację zajmującą się skrajnymi sytuacjami? No i czym jest oiB, tajemnicza siła, która obserwuje wszystkie zdarzenia?
Teraz, po tylu latach, zaczynał końcową rozgrywkę z ludzkością, tym rakiem, który toczył organizm Ziemi, a od którego osobiście się odżegnywał, uważając się za odrębny, niepowtarzalny gatunek.
W książce Zerki-Evskiego pierwsze skrzypce gra coś, co śmiało można nazwać telepatią. Niebezpieczny On, wieszcz katastrofy, okazuje się także jej sprawcą - i wszystko wskazuje na to, że jeden spadający z nieba samolot go nie usatysfakcjonuje. Empaton poszukuje emocji, poszukuje kobiety, której umysł byłby dla niego godną rozrywką, spełnieniem jego telepatyczno-erotycznych marzeń. Poszukuje też drogi, która umożliwiłaby mu pokazanie światu, jak wiele mocy posiada. Kiedy jednak pierwsza część planu napotyka problemy, dalej może być już tylko trudniej, krwawiej, brutalniej:
Odwrócił się w stronę maszkary, patrzyła z przerażeniem na swojego męża. Po chwili w jej oczach pojawiło się zrozumienie, przebijające nawet grozę - wiedziała, że z Józefem zaraz będzie koniec. Przeniosła wzrok na Niego, patrzyła wprost w jego straszne źrenice. W jej oczach nie było już strach, tylko ból i potężny żal. Po chwili zauważył w nich coś jeszcze, wyraźną, ostatnią prośbę tej brzydkiej staruszki. Tym razem w jego krwistych oczach pojawiło się zrozumienie. Spełnił jej prośbę, zagotowując jej mózg. Umarła w tym samym momencie co jej mąż.
Powyższy cytat jest jednym z wielu fragmentów, które zaciekawiają mnie i zniechęcają jednocześnie. Z jednej strony bardzo podobały mi się starcia psychologiczne, walka z tajemną siłą, która może władać umysłami, swoista gra z czasem i wszechobecnym, a jednocześnie nieobecnym złem. Z drugiej - drażniło wiele niedociągnięć w postaci przedłużających się, momentami sztucznych i wymuszonych dialogów. Choć akcja miała wyraźnie mocne punkty, logiczną konstrukcję i wiele zaskakujących zwrotów akcji, nieustannie czułam, że całość posiada rysy, problemy w nadaniu ostatecznego kształtu. Gdybym miała użyć metafory, napisałabym, że Empaton jest autem, które co prawda jedzie, ale często się dławi. Nieco pretensjonalne wrzucanie w akcję główną tragicznych historii z przeszłości, marny i wymuszony wątek damsko-męski, fragmenty narracji, które przeczą same sobie. Oto i przykład - Empaton, zło, które nie ma litości, człowiek, który morduje sobie podwładnych, nie rozumie ludzi, a jednocześnie jest w stanie zareagować na prośbę staruszki, ulitować się nad nią. Tak, zabija ją - ale to nadal akt miłosierdzia.

"Przeraźliwie brzydka staruszka" sama w sobie była zresztą momentem w powieści, kiedy marszczyłam czoło i nie wiedziałam, czy na pewno chcę czytać dalej. Odnoszę wrażenie, że autor chwilami starał się udziwnić powieść na siłę, stąd tak proste chwyty. Momenty, które naprawdę nijak miały się do całego pomysłu, które były zwyczajnie niepotrzebne. Jedna z gorszych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się w powieści - rozciąganie akcji na siłę.

A przecież sam pomysł na akcję jest naprawdę mocny. Pierwszy wątek - On i jego zdolność kontrolowania ludzi, ucieczka i pogoń na miarę dobrego filmu akcji. Choć pewne kwestie układają się zadziwiająco i naiwnie łatwo (przecież to jasne, że każdy ma znajomego, który stoi na czele tajnej organizacji zajmującej się ratowaniem świata), to mniej więcej w połowie powieści okazuje się, że możemy liczyć na jeszcze więcej intryg. Pojawia się drugi dominujący wątek - grupa terrorystyczna radykalnych ekologów, którzy opracowali plan na wymordowanie 99% populacji i zaczęli go wprowadzać w życie.

Jakby było mało, nad wszystkim wisi niesprecyzowany byt oiB, którego podejmowane decyzje i działania splatają się z losami bohaterów. Choć na początku nie byłam przekonana do takiego zabiegu, szybko oswoiłam się z obecnością oiB i z zainteresowaniem czytałam głębokie opisy jego istoty. Nie pomniejszamy jego znaczenia.
Pole oiB nie potrzebowało przestrzeni, trwało tylko w czasie. Istniała możliwość, że przestrzeni jako takiej wcale nie ma, a coś takiego jak na przykład odległość w niej jest tylko miarą czasu potrzebnego do przekazania informacji. Może wszystko jest rodzajem informacji i nie przypadkiem intuicyjne określenie przez ludzkość punktu zerowego brzmi "Na początku było Słowo". Przypadek przez duże P. oiB o tym nie wiedział.
Ostatecznie jednak troszkę się pogubiłam. Erc Zerki - Evski zaciekawiał mnie i zniechęcał na zmianę, prawie jakby właśnie o to w jego powieści miało chodzić. Gdy tylko zaczynałam być pod wrażeniem pomysłowości, zabijała mnie struktura narracji i sposób kreowania bohaterów, tanie chwyty i jeszcze tańsze kwestie postaci. Gdy poczułam się już dobrze z głównym motorem akcji i zapragnęłam ciekawej walki, wtedy zaczęła się kreacja drugiego głównego wroga i poczułam, że zaczynam się rozbijać na mniejsze cząstki. Proszę, nie zrozumcie mnie źle - tę powieść czyta się naprawdę nieźle. Ale nie jest to mistrzostwo i na pewno nie sięgnę po kolejne części planowanego cyklu. To najwidoczniej jednak nie mój klimat.
oiB miał zamiar mu w tym pomóc. Nie zauważał paradoksu, jaki to powodowało, bo nie do tego został stworzony. Nie widział niekonsekwencji swojego postępowania, bo nie posiadał świadomości. Wykonywał proste, zaplanowane przez swoich twórców zadania. Proste w podjęciu decyzji, a nie w samej realizacji. To była jego siła i słabość jednocześnie.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

wtorek, 5 maja 2015

FANBOOK (kwiecień-maj 2015)

Nie potrafię znaleźć sobie czasopisma o książkach. Być może moim największym problemem jest to, że nigdy jeszcze nie udało mi się przeczytać żadnego czasopisma od deski do deski przed pojawieniem się kolejnego numeru. Taka sytuacja automatycznie mnie demotywuje - no bo jak to, kupować kolejny numer, chociaż nie przejrzałam jeszcze dokładnie poprzedniego? Dlatego mam problem z czasopismami o książkach i kulturze, choć kilka skradło moje serce. Czytywałam "Bluszcz" pod redakcją Bryndala, później trochę "Chimery", "Czas kultury", w końcu też "Książki. Magazyn do czytania", który odpowiada mi najbardziej ze wszystkiego, co miałam kiedykolwiek w swoich dłoniach. Jakiś czas temu usłyszałam o istnieniu "Fanbooka", dwumiesięcznika dla miłośników książek. I dziś o nim.

Przede wszystkim warto podkreślić hasło, jakim "Fanbook" się reklamuje - to naprawdę magazyn dla miłośników. Nie dla specjalistów, nie dla studentów filologii, którzy chcą przekrojowych tekstów o pisarzach czy profesjonalnych recenzji. Miłośników książek nie zrazi ilość reklam, ponieważ to reklamy... oferty wydawniczej właśnie. Miłośników nie odstraszy jakość papieru, ponieważ to magazyn za 1,99 - wiemy ile płacimy i możemy wymagać tylko tyle, ile za dwa złote wymagać się powinno. Zanim więc zajmiemy się "Fanbookiem" bliżej, zapamiętajmy jedno. To magazyn dla miłośników książek.


Pierwsze spojrzenie - szata graficzna stawia na przejrzyste, ale dynamiczne informowanie czytelnika o zawartości. Podoba mi się to. Może nie jest to szczyt estetycznego wycackania, ale nie wymagam tego od czasopisma za dwa złote. Nie. Chcę czegoś oczywistego, ale tak, żebym nie musiała się wstydzić jak wyjmę "Fanbooka" z torby w tramwaju. (Czytanie w pociągu skutkuje tym, że najbliższy współpasażer zagląda przez ramię i łowi tytuły książek. Przeżyłam na własnej skórze.)


Spis treści - i już wiemy wszystko. Czasopismo to  prezentuje przede wszystkim pokaźny przegląd przez książkowe nowości, do tego wywiady, ciekawe lekturowe zestawienia ("10 najbardziej szkodliwych powieści"), rozwiązanie głosowania czytelników na temat ulubionego żyjącego autora. Dodajmy konkursy, wspomniane już przeze mnie wcześniej reklamy oferty wydawniczej, a także pokaźny kąt na poezję - oto i "Fanbook".


Reklamy przybierają różną formę i wielkość - czasem na kolumnę, czasem na całą stronę. Póki są to reklamy książek, a nie papieru toaletowego (choć w WC też można czytać) i smalczyku (choć przy jedzeniu też można czytać), nie razi mnie to, wręcz przeciwnie - chętnie zerknę sobie na reklamy książek, bo książki przecież lubię.


Podoba mi się to, że nowości i wydarzenia przedstawione są w sposób bardzo...dynamiczny. Znów używam tego słowa, ale odnoszę wrażenie, że pasuje ono do koncepcji tego czasopisma. Tu notka o premierze, tam informacja o tym, że chrześcijańskie spojrzenie na kasę może być interesujące, pomiędzy newsy wklejone kilka słów autora o sobie. Czytając naprawdę się nie nudziłam, nie byłam przytłoczona zbyt długimi tekstami. To liczę na plus.


Podoba mi się w "Fanbooku" także to, że nie boję się po nim mazać i kreślić. Jeśli czasopismo jest zbyt wymuskane lub ma fancy błyszczący papier, szkoda mi wyjmować długopis i zaznaczać fragmenty, cytaty, szkoda mi robić notatki. Tu się nad tym w ogóle nie zastanawiałam, ale automatycznie i bez żalu stawiałam haczyki przy wszystkich książkach, których opisy czy recenzje mnie zainteresowały.


Oczywiście można zauważyć mniejsze i większe błędy - m.in. kilka literówek czy pewne bardzo dyskusyjne rozwiązania dotyczące układu tekstów. Jeśli np. mamy artykuł przybliżający krótko sylwetki pisarzy wybranych przez czytelników za najważniejszych, zrozumiałe jest to, że pierwsze trzy miejsca opisywane są bardzo szeroko. Nie może jednak zdarzyć się tak, że gdy pozostałym pisarzom przeznacza się pół czy całą kolumnę, to jednego z nich... zbywa się pojedynczym zdankiem. Rozumiem, że to cytaty z nadesłanych uzasadnień, jednak... No cóż, nieproporcjonalność uderzyła mnie trochę w oczy. (Porównajcie zdjęcie powyżej z poniższą notką z "Fanbooka".)

 

Moja ostateczna opinia o tym czasopiśmie jest - póki co - dobra. Wiem, że kilka osób z różnych powodów przestało czytać ten magazyn po paru numerach. Ja mogę polecić Wam tylko jedno: wyciułajcie z portfela dwójeczkę i kupcie sobie "Fanbooka". Przekonajcie się sami. Dlaczego? Ponieważ znajdziecie tu opisy nowości, kilka dłuższych recenzji, parę wywiadów, do tego artykuły tematyczne oraz wspomnienie pisarzy i książek starszych. (W numerze kwiecień-maj polecam artykuł "Rok Witkiewiczowski?".)

Nie wiem, czy będzie to dokładnie to, czego szukacie. Wiele z informacji wyjętych z "Fanbooka" można samodzielnie poszerzyć, doczytać - ale tylko wtedy, jeśli tego potrzebujecie. "Fanbook" to pismo dla miłośników. A więc bez spiny i bez biczyka. Po prostu cieszmy się lekturą.



niedziela, 3 maja 2015

KSIĄŻKA W CIEMNO - WYNIKI


Bardzo dziękuję wszystkim za udział w rozdaniu. Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze i nie zapomnicie o mnie zaraz po przeczytaniu wyników. Ze zwycięzcami skontaktuję się drogą mailową.



BLOG 1 - „Mapa i terytorium” Michel Houellebecq

WYGRYWA: todayornever, która bardzo ujęła mnie swoim wpisem:

absolutnie i bezapelacyjnie jedynka! Francuski autor przemawia do mnie najmocniej <3 Studiuję filologię romańską i to właśnie literatura pchnęła mnie w tym kierunku. Literatura francuska ma to do siebie, że jako jedna z niewielu, wpłynęła nie tylko na losy swojego państwa, ale także na rozwój literatury na całym świecie. Dzisiejsza literatura francuska jest dla mnie wieczną zagadką, inspiracją, wspaniałością!

BLOG 2 - „Siostra” Rosamund Lupton

WYGRYWA: Patrycja Waniek, jako że właśnie tak zadecydował los.



Na facebooku znajdziecie wyniki drugiej części rozdania. Jeszcze raz dziękuję za udział i gratuluję zwycięzcom!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...