czwartek, 25 czerwca 2015

#bookish: 10 wakacyjnych KSIĄŻKOWYCH planów

Jestem w szczęśliwej grupie osób, które mogą jeszcze chwalić się na prawo i lewo tym, że posiadają przywilej wakacji. Z niewielką nutką żalu i ogromną zgrozą uświadamiam sobie, że to już ostatnie szkolno-studenckie wakacje w moim życiu. I choć od kilku lat wakacje są dla mnie czasem pracy i wielu obowiązków, to jednak smutno myśli się o takiej zmianie.

Nie smućmy się jednak, bo nie o przerażającej wizji dorosłego życia będzie tu mowa. Do zakończenia tej sesji zostało mi już niewiele - oczekiwanie na wyniki, ustny egzamin i projekt. Najwyższa pora na planowanie wyjazdów i małych celów do spełnienia w lipcu i sierpniu. Lista książek do przeczytania rośnie radośnie - po zamknięciu jednej pozycji okazuje się, że na mojej To Be Read pojawiło się już dziesięć czy dwadzieścia innych. Mam wrażenie, że nie jestem w tym przypadku osamotniona. Nie ma nic gorszego (i emocjonującego!) od myśli, że nie zdąży się przeczytać wszystkiego, co przeczytać się chce. Dlatego grunt to skupienie się na metodzie małych kroków...

Oto lista moich 10 wakacyjnych książkowych planów!


1. Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta, Claire North

Książkę kupiłam - skuszona dobrymi recenzjami - w czasie Warszawskich Targów Książki (sic!), ale nie zdążyłam jeszcze po nią sięgnąć. Kurzy się, biedna, na podłodze i czeka na swoją kolej. Prawdopodobnie to pierwsza książka po jaką sięgnę po ostatnim egzaminie.

Tytułowy bohater powieści w chwili śmierci zawsze powraca do punktu wyjścia - za każdym razem ponownie staje się chłopcem pamiętającym wszystkie fakty ze swojego życia... Ze wszystkich swoich żyć.


2. Posłaniec, Lois Lowry

Historia dokładnie taka sama jak z pierwszą pozycją na tej liście. Cykl Lois Lowry bardzo mi się podoba, a na każdy z dwóch wcześniejszych tomów poświęciłam po jednym popołudniu. 

Posłaniec to trzecia część Kwartetu Dawcy, powieści opowiadających o dystopijnej przyszłości. O drugim tomie, Skrawkach błękitu pisałam na samym początku działalności bloga.


3. Seria The Walking Dead, Robert Kirkman i Jay Bonansinga

Mam w swojej biblioteczce trzy z czterech wydanych dotychczas po polsku tomów serii. Po komiksach i serialu nadszedł czas na książki opowiadające o szczególnej części postapokaliptycznego świata - mieście Woodsbury. W serialu jest ono niezwykle istotne, jednak nie poznajemy jego pełnej historii. Tę funkcję pełnią książki. Mam nadzieję, że dobrze się je czyta!


4. Seria Harry Potter, J.K. Rowling

W poprzednie wakacje nie udało mi się (ponownie, ponownie, ponownie) przeczytać całej serii, nad czym ubolewam. Tak, nadal czekam na list z Hogwartu. Nie, nie wstydzę się tego, że jestem Puchonką. Mam nadzieję, że to lato będzie owocne i uda mi się powrócić do tego świata, w którym czuję się jak w domu! (Jeśli ktoś jeszcze nie czytał - stary czy młody - to naprawdę, dajcie Rowling szansę. Świat szalał i szaleje na punkcie Pottera nie przez przypadek!)





5. Seria Koliber - książka lub dwie

Choć zdjęcie prezentuje Wielkiego Gatsby'ego, to nie on będzie towarzyszył mi w wakacje - głównie dlatego, że już kiedyś do czytałam i to jeszcze nie jest ten moment, by lekturę powtórzyć. Nie mam jeszcze skonkretyzowanego tytułu, który chciałabym przeczytać, ale na pewno coś się znajdzie - w końcu ostatnio najukochańszy listonosz przyniósł mi do domu całe 28 tomów (czym chwaliłam się na instagramie)!





6. Pochłaniacz i Okularnik, Katarzyna Bonda

Nie wiem czemu te dwa tytuły wspominam dopiero teraz, skoro Pochłaniacz leży przy moim łóżku od dobrych dwóch tygodni i "czyta się" wciąż i wciąż, doczytać nie mogąc. Nie chodzi o sposób pisania (!), bo Bonda pisze porywająco, wciągająco, fantastycznie! Sesja rządzi się jednak swoimi prawami.

Pochłaniacz i Okularnik to dwa z czterech planowanych tomów o Saszy Załuskiej, uzdolnionej profilerce.



7. Baśnie Braci Grimm dla młodzieży i dla dorosłych. Bez cenzury, Philip Pullman

Zaniedbałam ostatnio tę książkę, z czego nie jestem dumna. Jednak wakacje to idealny czas na to, żeby przed snem czytać jedną lub dwie baśnie - te bardziej i mniej krwawe. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak Czerwony Kapturek funkcjonował w ustnych przekazach i co działo się z Roszpunką kiedy nie była uwięziona w wieży - polecam serdecznie. Idealna rozrywka do poduszki!

8. Ostatnie życzenie, Andrzej Sapkowski

Urodzinowy prezent od najlepszej siostry na świecie. Wiedźmin stał się na świecie sławny dzięki grom - całe szczęście ja przeczytałam go jeszcze zanim stał się modny. Było to jednak dawno, a w człowieku pewne rzeczy się zmieniają, dlatego chciałabym jeszcze raz zmierzyć się z prozą Sapkowskiego. Wiem, że tym razem odczytam więcej rzeczy i będę z nich czerpała inny rodzaj przyjemności. Dla niepoinformowanych - Wiedźmin to dobrze zbudowany koleś z białą czupryną i wielkimi mieczami, który zabija złe potwory, choć niektórzy mówią, że sam jest jednym z nich. Jak tu go nie kochać?



9. 30/30. Literatura najnowsza wg "Czasu kultury" (1985-2015), pod red. J. Borowczyka i M. Larka

Książkę tę otrzymałam dzięki uprzejmości doktora Michała Larka. Bardzo cenię sobie teksty autorów piszących do "Czasu kultury" - czasopisma podejmującego tematy współczesnej, najbardziej aktualnej kultury w kontekście społecznym. Wnikliwym polecam stronę internetową: e-czaskultury.pl. Z okazji trzydziestolecia istnienia pisma pojawił się ten oto zbiór krytycznoliterackich tekstów - najlepszych, jakie pojawiły się na łamach "Czasu kultury". Zapowiada się interesująca lektura.


10. ?

Nie sposób przewidzieć, co jeszcze uda mi się przeczytać w te wakacje. Nie samą książką człowiek żyje, dlatego moje wakacyjne plany obejmują też całkiem pokaźną listę seriali filmów... Gdzie znaleźć na wszystko czas...? Jakoś się postaram! A jak wyglądają Wasze KSIĄŻKOWE wakacyjne plany?

sobota, 20 czerwca 2015

POKÓJ ŚWIATÓW, Paweł Majka






Tytuł: Pokój światów
Autor: Paweł Majka
Data I wyd.: 2014
Wydawnictwo: Genius Creations
Ilość stron: 400
Inne: ebook

Dwa słowa: wiara nieposkromiona







Jeśli mam wybierać między fantasy a fantastyką naukową, zazwyczaj wybieram to pierwsze. Lubię, kiedy autora ponosi swobodna wyobraźnia, a świat rzeczywisty zastępują światy przepełnione magią i setkami fantastyczny istot, znanych z baśni, podań i legend. Dobre sci-fi doceniam przede wszystkim za to, w jaki sposób narracja tłumaczy hipotetyczny rozwój nauk i wiedzy, nigdy jednak nie czułam się szczególnie związana z tym gatunkiem. Co więc się stanie, jeśli dostanę w swoje ręce książkę łączącą oba gatunki? Okazuje się, że wiele dobrych rzeczy.

Pokój światów to powieść osadzona około pięćdziesiąt lat po I wojnie światowej. Z tą różnicą, że wojna nie skończyła się w taki sposób, jaki znamy z podręczników. W trakcie wojny na ziemię przybyli Marsjanie, zrzucając na opanowaną wojną planetę mitobomby - broń, która uwalnia energię wiary. Marsjanie nie przewidzieli jednak tego, że w naturze ludzkiej leży nieskończona ilość marzeń, snów, wierzeń. Ożywione zostały postaci z mitologii, baśni, podań i legend, magia, czary oraz zjawiska i instytucje istniejące tylko w pamięci, m.in. Hanza czy Dzikie Pola oraz półświadome państwa-organizmy, np. Wieczna Rewolucja. Wiekuista Puszcza i Matka Tajga. Zasymilowani z ludźmi Marsjanie próbują rozwijać przemysł, jednak nie jest to takie proste. Ludzie zajęci są obroną przed najprzeróżniejszymi poczwarami i bestiami. Tymczasem jeden z Obcych, bogaty przedsiębiorca Nowakowski, szykuje ekspedycję na wschód. Do swojej drużyny werbuje między innymi Mirosława Kutrzebę (oraz zamieszkującą w jego ciele zmorę), stworzonego w laboratorium boga, Szulera Losu oraz mniej i bardziej przypadkowych bohaterów pobocznych, między nimi Jaśka, posiadającego baśniowe moce trzecich synów oraz cygankę i olbrzyma. Czego dotyczy wyprawa i o jakiej zemście nieustanie przypomina Kutrzebie jego czarna zmora? Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem? I czy istnieją jakiekolwiek granice energii wiary?

Zabrałam się za czytanie tej książki bez wcześniejszego zapoznania się z jej opisem czy recenzjami. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mam do czynienia z książką, która łączy I wojnę światową, Marsjan i energię wiary, przesądu i wierzenia. Byłam zaskoczona, ale nawet przez moment nie pomyślałam o tym, że taki układ może nie pasować. Akcja toczy się wartko, ale Majka dba o odpowiednią gradację napięcia, nie wyrzuca z siebie zbyt dużej ilości informacji. Dlatego czytelnik jest w stanie nie tylko zgodzić się z tym, że pomysł wplątania się Marsjan w wojnę jest logiczny, ale też bez zastanowienia daje się kupić wyglądającym z każdego kąta przesądom, postaciom z ludowych, narodowych i światowych opowieści. Poznajemy różne historie, różnorodnych bohaterów i ich motywacje - jedne zrozumiałe bardziej, inne mniej. Trup ściele się gęsto, ale bez przesadnego sadyzmu. Zwroty akcji skutecznie odpędzają nudę, ale intryga jest logiczna i skutecznie rozciągnięta na całą powieść.

Fabuła książki obejmuje akcję właściwą oraz retrospekcje wydarzeń dziejących się kilka lat wcześniej, dzięki którym lepiej poznajemy nie tylko głównego bohatera, ale też postaci drugoplanowe oraz cały zarys historii. Chyba po raz pierwszy naprawdę byłam zadowolona z takiej narracji, nie czułam się zagubiona i pokrzywdzona. Wręcz przeciwnie, Pokój światów gwarantuje płynną nie tyle historię, co opowieść (i słowa tego używam z premedytacją - kto książkę przeczyta, ten dowie się, o co mi chodzi), która rozwija się, rozszerza i klaruje na oczach czytelnika. Majka ma talent do zaskakiwania odbiorcy bez łapania się oszustw i uproszczeń, tanich chwytów, które miałyby na celu zamaskowanie braków warsztatowych. Braków tych nie ma. Autor żongluje swoim pomysłem, sprawiając odbiorcy niebywałą przyjemność. Dawno już tak szybko i tak bardzo nie poczułam się częścią wykreowanego w powieści świata. Z wielką chęcią przeczytałabym inne powieści dziejące się na ziemi po Kresie. Świat opanowany przez energię wiary jest miejscem niemal nieskończonych możliwości narracyjnych.

Dobra powieść robi coś z człowiekiem, budzi w nim pewne myśli i wyobrażenia, w jakiś sposób przyciąga i przywiązuje do siebie. Ja podczas czytania Pokoju światów zarysowywałam w swojej głowie własny szkic bohatera (albo nawet bohaterów), który mógłby jeszcze odnaleźć tam swoje miejsce. Autor w posłowiu dopowiada, że korzystał z mitologii, podań, wierzeń dowolnie. Nie widzę powodu, dla którego należałoby się z tego tłumaczyć. Cieszę się, że pewne kwestie zostały pomieszane, zinterpretowane i przetworzone. Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że istnieje powieść łącząca Marsjan i wszystkie ziemskie zalążki wiary, nie sądzę, żeby taki pomysł mnie zainteresował. Być może pomyślałabym: albo albo. Tymczasem Majka udowodnił, że nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Kultura, tradycja i kanon są po to, żeby się nimi bawić. Po to, żeby modyfikować je, łączyć i sprawdzać, co może z tej dowolności wyniknąć. Być może ta zasada została w Pokoju światów zaszczepiona bardziej dosłownie, wszak mamy w gruncie rzeczy do czynienia z nieprzewidzianymi wynikami zderzania się całego ludzkiego doświadczenia wiary, intuicji i przeczucia. Na kartach powieści bohaterowie niejednokrotnie dziwią się temu, co widzą, choć od nagłej zmiany świata minęło już kilka dziesięcioleci. To nieistotne. Tylko Marsjanie nie śnią, nie marzą i nie miewają przeczuć. Ludzie są od nich o tyle silniejsi, że mają w sobie nadmiar wszystkich tych rzeczy.

Paweł Majka zapisał się w mojej pamięci jako bardzo ważne i bardzo dobre nazwisko. Przekazał na ręce czytelników powieść skonstruowaną świadomie, wypełnioną akcją, tajemnicą i dziesiątkami odwołań do historii oraz wierzeń. Nie przesadzał z udziwnianiem, ale wykonał kawał dobrej roboty. Napisał coś, co czyta się świetnie i co miałoby się ochotę przeczytać jeszcze raz. Jedyny żal, że skończyło się tak szybko.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU GENIUS CREATIONS
Więcej o książce na stronie geniuscreations.pl oraz madbooks.pl

czwartek, 18 czerwca 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: JURASSIC WORLD


Jurassic World (2015)
reż. Colin Trevorrow
przygodowy, sci-fi


W 2015 roku, 22 lata po wydarzeniach ukazanych w Parku Jurajskim na wyspie Isla Nublar działa w pełni sprawny park rozrywki, którego główną atrakcją są przywrócone do życia na drodze klonowania dinozaury. Genetycy parku stwarzają hybrydę, nowy gatunek dinozaura. Ma służyć jako nowa atrakcja Parku i przyciągnąć większą ilość spragnionych mocnych wrażeń turystów. Dinozaur wymyka się spod kontroli, co wprowadza chaos na wyspie. (źródło: wikipedia.org)

Jeśli chcecie zrobić dobry amerykański film, weźcie coś dużego i przerażającego, coś tajemniczego i przyciągającego, kolesia z dobrą klatą i babkę z niezłymi włosami. Dodajcie krzyk, krew, pocałunek, intrygę i (co najmniej) jeden wybuch z brawurową ucieczką w ostatniej chwili. Brzmi banalnie i być może nieco odrzuca, a jednak zastanówcie się nieco poważniej. Z kilku prostych elementów stworzyć można dziesiątki, dziesiątki kombinacji. A na pewno cztery niezłe filmy o dinozaurach.

Nie wiem kiedy po raz pierwszy obejrzałam Park Jurajski. Pamiętam za to - jakby to było wczoraj - że kilka lat temu, gdy wracałam z mojego studenckiego miasta do domu, uwalałyśmy się z siostrą z laptopem na łóżku, by oglądać wszystkie części po kolei. Pierwszą część przespałam ja, drugą ona, trzecią - zgodnie - obie. Nie dlatego, że dinozaury są nudne, a Spielberg nie umie kręcić filmów. Nie, czasy były inne, plotki ważne, a Parki Jurajskie widziałam już razy kilka. Ostatnio jednak, z okazji premiery czwartej części, obejrzałam je ponownie. I nie żałuję, bo ja po prostu lubię tego typu produkcje: przygodowe, pełne akcji, napięcia i mutantów. Trup ściele się gęsto, człowiek walczy z czymś, czego rozumem pojąć nie może, a dinozaury są wkurzone, bo za to im płacą. Palce lizać! (Albo szpony, zależy kto co ma.)

Jurassic World wyszedł do kin po 14 latach od ostatniej części (Park Jurajski 3 swoją premierę miał w 2001 roku; wcześniej był Zaginiony świat: Jurassic Park z 1997 i pierwszy Park Jurajski z 1993 roku - ach, te efekty!). Wiele rzeczy musi się zmienić, wszak kino gna do przodu. Podobnie jak w fabule filmu, w realnym świecie widzowie także chcą coraz większych, żywszych, pełniejszych, bardziej emocjonujących efektów. Cytując Johna Hammonda, założyciela pierwszego parku, nie należy oszczędzać pieniędzy. Nie robił tego on, nie robili tego jego filmowi następcy, dlaczego więc mieliby na czymkolwiek oszczędzać producenci filmu? Autoironicznych chwytów jest (moim zdaniem) więcej, niech powtórzę choćby argument o coraz silniejszych emocjach, których żądają widzowie - wszak ja (i wiele mi podobnych osób) Jurassic World widziałam w IMAXie, w 3D, ze wszystkimi dostępnymi bajerami. Na dodatek, jak w każdym amerykańskim filmie - musiał trafić się wybuch. A że w slow motion ucieka przed nim dinozaur to już sprawa osobnego dowcipu. A przynajmniej ja interpretuję to właśnie w ten sposób.

Docenię ten film za odwoływanie się do poprzednich części. Nie brakło nazwiska Hammonda, nie brakło odwiedzin w najstarszych budynkach parku, nie zapomniano o pociągnięciu wątku stadnej więzi raptorów. I, owszem, główny macho filmu wygląda jak młody Indiana Jones, a czarny charakter dość przewidywalnie chce zagarnąć potęgę zwierząt dla swoich celów. Ponieważ lubię Indianę i chętnie oglądam zachłanne czarne charaktery, wszystko mi odpowiada. Nie zapominajmy jednak o jednej, cholernie ważnej rzeczy, o której człowiek musi pamiętać, jeśli naprawdę chce cieszyć się produkcjami tego typu. W powtarzalności tkwi siła! Czego spodziewały się krytykujące film osoby po produkcji, która jasno reklamuje się jako kolejna część obrazu o dinozaurach? Z nutką sentymentu spoglądałam na piętrzący się chaos i popis siły zwierząt, które biochemicznie chciano zdominować. Dramat, akcja i dreszczowiec kolejny raz przysłużyły się temu, by pogrozić zjadaczom popcornu paluchem i powiedzieć: nie igraj z naturą, dziecko! Cytując (a jakże, znów) pierwszą część Parku Jurajskiego: "natura zawsze znajdzie sposób". A jeśli dodamy do tego odrobinę genetyki, niejeden niedowiarek przeżegna się lewą ręką.

Jeśli mam oceniać, to ocenię bardzo pozytywnie, ponieważ niestraszna mi "wtórność". Zresztą nie nazwałabym tak tego filmu, choć "seryjność" wydaje się całkiem niezłym słowem. Fani poprzednich filmów nie powinni być zawiedzeni. Fani krwisto amerykańskich produkcji powinni drżeć z radości. Moim zdaniem Jurassic World jest o wiele lepszym dziełem niż Park Jurajski 3, choć trójka była w tej serii niezwykle istotna. Mieliśmy już nieudaną próbę otworzenia parku, obserwowaliśmy samoistny rozwój ekosystemu, a następnie niechcący wpadliśmy w sam środek świata, który świetnie radził sobie bez człowieka. Teraz przenosimy się do parku rozrywki z prawdziwego zdarzenia. Tu widzowie chętnie dadzą się zmoczyć do suchej nitki, byle tylko doświadczyć i poczuć odpowiednio dużo emocji. (Spoilerując - czy nie dość symboliczne jest to, że jeden z głównych bohaterów zaczyna interesować się tym, co dzieje się wokół niego dopiero wtedy, kiedy parska wodą i widzi brutalną konsumpcję wielkiego stworzenia przez jeszcze większe stworzenie?) Tylko mały, filmowy głuptas pomyślałby, że tym razem biznesplan ma prawo się udać. Moim zdaniem scenarzyści bardzo ciekawie przełożyli "powtarzalność" na swój sukces. Nie poszłam na Jurassic World po to, żeby przeżyć wielkie katharsis, popłakać się ze wzruszenia i odkryć zaginiony artefakt, ale wybrałam się do kina dla długich kłów, ostrej walki drapieżników i pełnego paniki krzyku filmowych bohaterów. Poszłam do kina po to, żeby się świetnie bawić, napawać efektami specjalnymi, wspomnieć starsze części, zatęsknić do mrożących krew w żyłach bestii... I ucieszyć się, że nie istnieją.

A na koniec, odpowiadając na zarzut dotyczący obuwia głównej bohaterki (jasne szpilki, całkiem stylowe). Ucieczka przed krwiożerczym dinozaurem zwalnia chyba z myślenia o tym, skąd wziąć trampki na przebranie, prawda? Dinozaury są ponad modą!

wtorek, 16 czerwca 2015

Książki, o których marzę (4)

Dziś kilka słów o starszych pozycjach i seriach. Do napisania tego posta zainspirowała mnie wczorajsza walka samej z sobą. W ramach nauki na zaliczenie wpisałam w pasek wyszukiwarki "allegro" - a wszyscy bibliofile wiedzą, jak taka historia może się skończyć. Mam nadzieję, że nie jestem wyjątkiem i wiele osób spędza czasem godzinkę lub dwie (lub trzy i pół) na klikanej podróży po księgarskich odmętach wirtualnego świata. Wczoraj przeczesałam kilka działów nowości, uaktualniłam swoje informacje dotyczące promocji, powzdychałam do wydań, na które mnie nie stać. Ostatecznie jednak postanowiłam naprawdę zamienić urodzinowe zaskórniaki w papier i atrament.

Jaką książkę kupić?

Pytanie banalne - przecież zawsze znajdzie się jakaś książka, na którą mamy chrapkę. Miesiąc w miesiąc na sklepowych półkach pojawiają się nowości wydawnicze, poza tym dobrze jest mieć wszystkie książki ulubionego pisarza lub skorzystać z jakiejś promocji... Jednak teoria bardzo różni się od praktyki. W praktyce bowiem spędziłam wczorajszy wieczór na niepewnościach, żalach i wyrzutach sumienia. Na co wydać odliczone pieniążki? Może jednak nie wydawać, może poczekać na lepszą okazję? A jeśli nie czekać - to która książka z listy oczekujących jest najbardziej kusząca?

Wczoraj skończyło się na 28 książeczkach z serii Koliber wydawnictwa Książka i Wiedza, za które zapłaciłam oszałamiającą kwotę 33 złotych. A poniżej... kilka słów więcej o starociach, które chętnie kiedyś do siebie przygarnę. (Wszystkie zdjęcia pochodzą z google.)


Zacznijmy od serii Koliber. Są to charakterystyczne, niewielkich rozmiarów książeczki z białym paskiem i...często dość psychodeliczną ilustracją na okładce. Wydawana w latach 1967-1989, wznowiona między 1996-1997, seria liczy około 130 tytułów literatury polskiej i światowej. Ja w swojej biblioteczce mam już Wielkiego Gatsby'ego Fitzgeralda i Baby Czechowa. Nigdy nie myślałam o tym, żeby skompletować wszystkie, ale tanie kupowanie na allegro wyszło naprzeciw moim nieujętym w decyzje myślom. W skrócie - była okazja, szkoda jej nie wykorzystać! Przez internet wiele pozycji z serii można kupić do czterech złotych za sztukę, a część z nich znajdzie się także za symboliczną złotówkę plus koszty wysyłki. Mnie seria ta skusiła tym, że dzięki niej jestem w stanie poznać wiele różnorodnych starszych pozycji.


Kto nie studiował filologii polskiej, ten nigdy nie zrozumie, dlaczego "beenki" kocha się i nienawidzi jednocześnie. Dlaczego pożąda się ich i dlaczego straszą w koszmarach. Dlaczego są piękne i obskurne. Biblioteka Narodowa to seria wydawnicza Ossolineum. Prezentuje dzieła literatury polskiej i światowej w edycji naukowej, tj. z poprzedzającym główny tekst komentarzem historycznoliterackim. Wstępy prezentują genezę dzieła, jego najważniejsze założenia, interpretację oraz informacje o recepcji utworu. Dla studentów - koszmar, bo niejednokrotnie wstęp do BN jest ważniejszy od treści samej lektury. Dla osób, które chcą nie tylko przeczytać jedno z ważniejszych dzieł literatury, ale także umieścić je w historii, w kontekście innych utworów, autorów oraz problemów - niezastąpione źródło najbardziej podstawowych, choć jednocześnie rzetelnych i stosunkowo szczegółowych informacji. I właśnie dlatego studenci kochają je i nienawidzą.


Ujrzałam kiedyś to wydanie w Tesco. Do dziś żałuję, że nie kupiłam, ponieważ cena była śmieszna. Tak śmieszna jak rozmiar tych bardzo kieszonkowych książeczek. "Złota seria" to wydanie Firmy Księgarskiej Olesiejuk. Książki są w twardych oprawach, pisane maczkiem, ale mieszczące się do kieszeni. Nie przeczytałam jeszcze całej Trylogii Sienkiewicza, ale tego autora i jego dzieła bardzo sobie cenię. Owszem, bywają fragmenty, przy których można zasnąć, ale poza tym to kawał całkiem dobrej (choć tu literaturoznawcy nie są zgodni) literatury. Być może do serii dokupiłabym sobie od razu lupę.

Klasyka w nowym wydaniu - to, co książkożercy lubią najbardziej. Wydawnictwo MG mile zaskakuje mnie kolejnymi wydaniami powieści bardzo w literackiej świadomości polaków osiadłymi. Ciekawa szata graficzna przyciąga oko i "uwspółcześnia" dzieła, które wielu osobom kojarzą się tylko z zakurzonymi, rozlatującymi się w dłoniach tomiszczami pachnącymi starością. Wydaje mi się, że MG w ciekawy sposób odkurza starocie i pokazuje, że pasują do innych, nowszych książek, które kupujemy w księgarniach. A jeśli już zdarzy się nam kupić lub dostać jedną z tych powieści w pięknych, nowych okładkach...to może je przeczytamy?

Jakie starocie macie na półce? Jakie starocie chcielibyście zdobyć? No i czy w ogóle warto starocie czytać - poza szkołą, dla przyjemności?

sobota, 13 czerwca 2015

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: PENNY DREADFUL


Penny Dreadful (2014)
gatunek: dramat, horror

W wiktoriańskim Londynie spotykają się najsłynniejsze osoby rodem z mrocznej literatury, między innymi doktor Frankenstein, jego potwór, Dorian Gray oraz Drakula. (źródło: filmweb.pl)

Przemilczę polskie tłumaczenie tytułu Penny Dreadful, bo Dom grozy ma się do niego nijak, choć - oczywiście - i groza, i dom w powieści występują. "Penny dreadful", "penny horror", "penny awful", "penny blood" to nazwy określające jeden i ten sam typ literatury, dość popularnej w wiktoriańskiej Anglii. Mowa oczywiście o tanich, broszurowych wydaniach opowieści o wątpliwej jakości. Książeczki te prezentowały historie sensacyjne, detektywistyczne lub fantastyczne, szczególnie mocno podkreślając elementy przemocy i zbrodni. Demoniczni bohaterowie, tajemnice i niska cena odpowiadały mniej wymagającym czytelnikom. Serial Penny Dreadful ma z penny horror wiele wspólnego, choć  wykracza poza coś, co można nazwać tanim strachem.

Nie jestem wielką fanką horrorów. Nigdy nie potrafiłam - i nadal nie potrafię - zrozumieć przyczyny, dla której ktoś chciałby oglądać okropne i straszne rzeczy. Lubię krew, morderstwa i tajemnice, nie lubię jednak krwawej psychozy i definitywnej sieczki. Nie lubię klimatu amerykańskich horrorów. Nie czerpię z tego przyjemności i frajdy, a te dwa czy trzy horrory, które obejrzałam w swoim życiu, były odpowiednio kiepskiej jakości, by wyryć się w mojej pamięci tylko z połowicznym sukcesem (no i ja lubię marne filmy). Jedną z rzeczy, która sprawia, że Penny Dreadful kupuje widza jest to, że świetnie wpisuje się w modne od kilku lat reinterpretowanie starych historii w nowy, kinowy sposób. Choć scenarzyści czerpią z najbardziej znanych, mrocznych historii takich jak Frankenstein Mary Shelley czy Drakula Brana Stokera, nie boją się podchodzić do fabuły powyższych powieści z dużą dowolnością. Inspiracji można zresztą szukać dalej, bo serial przedstawia i figurę Doriana Graya, i seanse spirytualistyczne, i wiedźmy, i o wiele więcej.

Obsada aktorska dorównuje śmiałemu pomysłowi i daje prawdziwy popis swoich możliwości. Niemal każdy z bohaterów (śmiało można powiedzieć, że głównych bohaterów jest kilku) dostaje swoje pięć minut na ekranie. Jednych poznajemy bardziej (kocham retrospekcje!), innych mniej (kocham subtelnie zarysowane poszlaki). Jednak nawet jeśli przeszłość postaci jest dla nas tajemnicą, teraźniejszość pulsuje akcją na mocnym, krwistym poziomie. Penny Dreadful to wariacja na temat najbardziej znanych mrocznych historii światowej literatury. Serial przypomina, że wampiry i wiedźmy dopiero w XXI wieku uznano za miłe, urocze stworzenia nadające się na pierwszą randkę. Jednocześnie dostarcza prawdziwych bestii, zbrodni wstrząsających ówczesną Anglią, napędzających strach maluczkich i biznes przedsiębiorczych. Odnieść można wrażenie, że wiktoriański Londyn był miejscem przesiąkniętym mroczną, ciężką energią. Nawet w miejscach pięknych i szczęśliwych odnaleźć można ludzi, którzy w jakiś sposób wyczuwają energię drugiej strony - świata nieoczywistego. Poszukiwacze przygód, ludzie bez imienia, ci, których zaintrygował magnetyzm, spirytualizm lub prymitywne morderstwa opisywane w prasie codziennej.

Nie przypominam sobie dotychczas takiego odcinka, który by mnie naprawdę zawiódł, a serial jest już w połowie drugiego sezonu. Nie jest to produkcja dla tych, którzy chcą fabuły naładowanej ciągłymi zwrotami akcji i krwią sikającą na ściany w każdym odcinku. Jedno i drugie w serialu występuje, ale równie istotne są takie kwestie jak relacje między religią i okultyzmem, sensacyjny sposób przedstawiania wydarzeń, intryga, niepewność, perwersje i obrazy miasta. Pewne wątki nie interesują mnie tak jak inne, wiem jednak, że warto dać im szansę - nauczył mnie tego pierwszy sezon. W tej chwili czekam na - moim zdaniem - nadal nierozwinięty wątek Doriana. Nie mam jednak czasu na to, by choćby pomyśleć o grymaszeniu - mroczny wróg czyha z każdej strony.

Mogę polecić ten serial wszystkim, którzy lubią dreszczyk emocji w historycznym kostiumie, cenią sobie zabawy literackimi bohaterami i nie boją się tego, że być może nie poznają odpowiedzi na wszystkie pytania. Bo przecież nie na wszystko da się znaleźć odpowiedź.

czwartek, 11 czerwca 2015

Liebster Blog Award #1 i #2



Przez bardzo długi czas nie mogłam przekonać się do Liebster Blog Award. Być może główną winę należy zrzucić na to, że nie miałam czasu, chęci i okazji do tego, żeby bardziej zainteresować się tą akcją. Im dłużej jednak piszę na blogu i wymieniam się z Wami komentarzami na facebooku, tym bardziej odczuwam potrzebę podzielenia się choćby garstką nieco bardziej szczegółowych informacji o sobie. Dlatego nadeszła ta chwila, kiedy muszę uderzyć się w piersi i powiedzieć, że moje dotychczasowe ignorowanie LBA było niedopuszczalne.

Do dziś zostałam nominowana już 4 razy i żeby naprawić swój błąd, odpowiem na wszystkie zadane mi pytania. Nagnę jednak trochę reguły i podzielę dotychczasowe nominacje na dwa posty - dość, żeby nie zanudzić ;) Poniżej 2 nominacje, odpowiedzi na 22 pytania, moje 11 pytań i 11 blogów, którym przekazuję pałeczkę. Miłego czytania!


NOMINACJA OD


1. Film, który wzruszył Cię do łez?
Kiedy o tym myślę, przychodzi mi do głowy kilka takich filmów. Na pewno Cinema Paradiso – ostania scena wywołuje u mnie dreszcze za każdym razem, gdy ją widzę. Wzruszam się też przy Zielonej mili, choć nigdy jeszcze nie udało mi się obejrzeć tego filmu w pełni od początku do końca (sic!). Wspomnę też o Nietykalnych, bo choć nie znoszę francuskich filmów, przy tym zamieram.

2. Z którym autorem chciałabyś się spotkać?
Bardzo chciałabym się spotkać z J.K.Rowling, żeby powiedzieć jej, że Hufflepuff jest spoko i cieszę się, że Pottermore przydzieliło ją właśnie tam. ;) Chciałabym też spotkać się z Olgą Tokarczuk, bo bardzo szanuję jej pisarską pracę... no i chciałabym zdobyć autograf na Księgach Jakubowych.

3. Czego najbardziej się boisz?
Najbardziej boję się tego, że chlapnę w tym pytaniu coś banalnego, a później okaże się, że jednak jest straszniejsza rzecz. Bo zawsze jest straszniejsza rzecz. Uznajmy jednak roboczo, że boję się porcelanowych laleczek (co jest prawdą), obcych psów (co jest prawdą) i pasikoników (co jest prawdą do potęgi).

4. Gdzie najbardziej chciałabyś pojechać?
Londyn, bejbe. Ale jeśli miałabym jechać już naprawdę gdziekolwiek tylko chcę, to kazałabym sobie kupić bilet do USA. Pełen roadtrip i drinki w pakiecie. Jak się bawić, to się bawić!

5. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
Jesień. Taka szara plucha, rozmokłe liście i depresja. Opis jest idealnym uzasadnieniem, choć prawdę mówiąc, rzadko przeżywam sezonową depresję jesienno-zimową. Mnie dołują miesiące letnie.

6. Wolisz klasyczne książki czy ebooki?
Czytam to i to, ale wolę klasyczne książki (ten zapach, ten dotyk, ten dźwięk!). Im dłużej mam czytnik ebooków, tym większą różnicę między nimi i książkami papierowymi widzę. Trudniej mi się skupić przy ebookach i naprawdę mniej rzeczy z fabuły zapamiętuję. Być może to kwestia tego, w jakim książkowym środowisku się wychowałam. 

7. Jaką książkę obecnie czytasz?
W tej chwili czytam Pochłaniacza Katarzyny Bondy, a także fragmenty książek akademickich. Jutro zapewne sięgnę po drugą książkę i będę czytać ją jednocześnie z Pochłaniaczem, bo coraz bardziej przyzwyczajam się do takiego stylu lektury. 

8. Najbrzydsza okładka jaką widziałaś?
Nie podam jednego, konkretnego tytułu, ale zawsze podziwiałam projektantów okładek romansideł.

9. Najkrótsza książka jaką przeczytałaś?
Być może jakaś książeczka dla dzieci, bardziej wydanie broszurowe niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu. To bardzo trudne pytanie. Jestem teraz ciekawa, czy ktoś regularnie zapisuje liczbę czytanych stron.

10. Czy jest bohater, z którym się utożsamiasz?
Nie znalazłam jeszcze takiego bohatera, na którego spojrzałabym z konsternacją i powiedziała: „Hej, to ja!”. Ale tak, jest kilka postaci (damskich i męskich), które są mi w jakiś sposób bliskie, z którymi mogłabym się utożsamiać. 

11. Wolisz kupować książki czy wypożyczać?
Miałam takie okres, w którym namiętnie wypożyczałam książki z biblioteki. Wypożyczałam tak namiętnie, że w końcu nie miałam co czytać (ach, słodkie czasy szkoły podstawowej i gimnazjum!). Później odkryłam niesamowite zjawisko nazywające się kieszonkowym i odkładaniem pieniędzy, i zupełnie przepadłam. Kupuję więc hurtowo, wszędzie i wszystko.


NOMINACJA OD

1. Jeżeli mogłabyś być jakąś postacią historyczną, to kim byś była?
Większość postaci historycznych, które przychodzą mi na myśl, skończyła marnie. Królowie i królowe mają stanowczo za dużo obowiązków, wielcy odkrywcy musieli zazwyczaj męczyć się z niedowiarkami, no i czasem eksperymenty odbijały się na ich zdrowiu. Pisarze miewają słabe życie lub żyją w biedzie. Jestem wybredna. Mogłabym być zamożną, wygodnie żyjącą muzą jakiegoś wielkiego twórcy - wydaje mi się, że to całkiem mądra sprawa, zostać uwiecznionym przez kogoś w nieśmiertelnym dziele.

2. Masz do wyboru: spotkać ulubionego bohatera książkowego lub przeżyć przygodę życia. Co wybierasz?
Podstępnie wybiorę przygodę życia, życząc sobie, by było to spotkanie bohatera książkowego. Może być też spotkanie autora, który bohatera tego stworzył. Jeśli taki układ nie ma możliwości na pozytywne rozpatrzenie - i tak wybiorę przygodę życia. 

3. Zostajesz milionerem. Możesz kupić wszystko oprócz książek. Co kupujesz?
Wydawnictwo, bibliotekę, nowy komputer i mopsa.

4. Dwie rzeczy, które przeszkadzają Ci w czytaniu to...?
Niektóre dźwięki oraz zimne stopy. I wydaje mi się, że nie będę w moich żalach osamotniona!

5. Najpierw film, potem książka, czy totalnie to olewasz i robisz, jak Ci wygodniej?
Najpierw książka, później film. Chyba, że ktoś stawia bilety - wtedy zaczynam od filmu. Jeśli film jest dobry, skuszę się na książkę. Jeśli jest tragiczny - skuszę się jeszcze bardziej. Bywa jednak również i tak, że nie wiem, iż film jest na podstawie książki - lub że książka ma swoją ekranizację.

6. Czy jest jakaś tradycja wielkanocna, którą bardzo lubisz?
Nie wiem czy "jedzenie" można nazwać tradycją, ale w moim przypadku to stanowczo najlepsza tradycja w przypadku każdego święta.

7. Kraj i jego kultura, który chciałabyś poznać?
Chciałabym wypić herbatkę w Londynie i pobujać się do muzyki country w USA.

8. Książka niewydana w Polsce, a którą chciałabyś przeczytać to....?
Nic nie przychodzi mi do głowy. Jest wokół mnie za dużo książek już przetłumaczonych i jeszcze przeze mnie nie przeczytanych, więc może nie będę patrzeć dodatkowo w stronę książek niewydanych w Polsce. 

9. Czy masz jakieś motto, powiedzonko życiowe? Jeśli tak, podziel się :)
Nie wiem czy to motto, nie wiem czy to powiedzonko, wiem natomiast, że jakoś to będzie. I nadużywam tego stwierdzenia w każdej życiowej sytuacji.

10. Ulubiony gatunek muzyczny i ostatnio słuchana piosenka?
Słucha się muzyki, nie gatunków! Ostatnio zdarza mi się bardzo często słuchać soundtracku do Pich Perfect.

11. Masz zwierzaczka?
Nie osobiście i prywatnie, ale rodzinnie - psa.

NOMINUJĘ

PYTANIA
1. Jaka jest najpiękniejsza książka, jaką posiadasz?
2. Jaką piosenkę lub melodię ostatnio nuciłeś?
3. W jakim wieku nauczyłeś się czytać?
4. Jaki jest najgłupszy film, który obejrzałeś i uwielbiasz?
5. Czy posiadasz jakieś niespełnione, nierealne marzenie z dzieciństwa? Jakie?
6. Którego autora książek nigdy nie czytałeś, ale udajesz, że jest inaczej?
7. Która lektura szkolna najbardziej Cię zaskoczyła? Dlaczego?
8. Jaką radę dałbyś przyszłemu nauczycielowi języka polskiego?
9. Czego najbardziej brakuje Ci na polskich blogach książkowych?
10. Czy masz jakieś czytelnicze plany na wakacje? Jakie?
11. Kiedy najlepiej Ci się czyta? Rano? Wieczorem? W nocy?

wtorek, 9 czerwca 2015

MATT HIDALF I BŁYSKAWICA WIDMO, Christophe Mauri






Tytuł: Matt Hidalf i Błyskawica Widmo
Autor: Christophe Mauri
Data I wyd.: 2012 (PL: 2014)
Cykl: Matt Hidalf
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Ilość stron: 352

Dwa słowa: zadziorne oszustwa







Czy wspominałam kiedyś, jak bardzo uwielbiam wszystkie światy związane z magią i czarami? Jestem fanką serialu Charmed, uwielbiam filmy o czarownicach, a niedługo dojdzie do tego, że będę mogła cytować całe ustępy Harry'ego Pottera z pamięci. W magii jest coś, co mnie...oczarowuje.

Matt Hidalf i Błyskawica Widmo to dzieło francuskiego autora powieści dla dzieci i młodzieży. Tytułowy bohater, Matt, jest jedenastoletnim chłopcem, który staje przed niezwykle ważnym wyzwaniem - pragnie wstąpić do Akademii Elity, miejsca, które kształci prawdziwych wojowników. Matt nie jest jednak jednym z tych dobrych, posłusznych chłopców, którzy kilka lat spędzają na wertowaniu grubych książek oraz na uczeniu się na pamięć przepisów i instrukcji. Hidalf jest młodzieńcem niezwykle przedsiębiorczym i sprytnym - chce więc dostać się do Akademii...za sprawą oszustwa!

Akcja rozgrywa się w Gwiezdnym Królestwie rządzonym przez króla, który - za sprawą Matta - ożenił się z bezzębną wiedźmą. Oprócz władcy poznajemy takie postaci jak dyrektorkę Akademii, rodziców Matta oraz jego siostry, trzy Julity: Złotą, Srebrną i Miedzianą. Całości dopełniają świetlne nimfy, dyspozytorka łóżek oraz Mordacz, pies o czterech głowach. Nie otrzymujemy długich, skomplikowanych opisów świata przedstawionego, ale wciągającą, rozbawiającą lekturę, po której naprawdę chce się sięgnąć po kolejny tom. Wszystkie najistotniejsze informacje zostają czytelnikowi przekazane mimochodem, dzięki czemu można dosłownie dać się porwać książce.

Pomysł na tę powieść mnie zaintrygował. Nie zgadzam się z opiniami, jakoby Matt Hidalf miał być "następcą" Harry'ego Pottera. Jeśli mam być szczera, im dłużej się przyglądam, tym bardziej nie widzę powiązania. Powieść francuskiego autora ma zupełnie inną energię, inny rytm akcji, inne założenie w warstwie konstrukcji bohaterów i zdarzeń. Jednym zdaniem: jest inna. Jeśli uprzemy się, by czytać Matta Hidalfa przez pryzmat Pottera, niestety, ale będziemy zawiedzeni. Dlatego nie czytajmy tego w ten sposób! Mauri stworzył bardzo dynamiczną, pełną zwrotów akcji i humoru, niezwykle lekką powieść o przebiegłym, błyskotliwym chłopcu, który ma głowę do pomysłów i talent do robienia zamętu. Nie jest skory do pomocy innym, ale chętnie podpisze odpowiednią umowę - przysługa za przysługę. Najchętniej czyta te książki, które opowiadają o tym, jak łamać zasady i niewiele sobie robi z pragnień i uczuć innych. Chłop na schwał - a jeśli nie na schwał, to i tak bardzo bliski wszystkim dzieciom i nastolatkom, którzy chcieliby czasem wyprowadzić rodziców w pole i zrobić coś niezwykłego.

Polecę tę książkę każdemu, kto chce spędzić miłe popołudnie, poczuć zew przygody i przeczytać powieść dla przyjemności czytania książek dla dzieci i młodzieży. To świetna odskocznia od książek ciężkich, poważnych oraz skonstruowanych ze skrupulatną dbałością o intrygę. Nie ma przy niej miejsca na nudę, ale czytelnik nie gubi się, nie jest przytłoczony informacjami, w bardzo naturalny sposób czuje, że może należeć do świata przedstawionego. Otrzymujemy sporo wydarzeń, rekwizytów i postaci magicznych, cały wachlarz bohaterów, których można polubić lub nie oraz, hej!, przygodę! Wszystko w przystępnym, plastycznym języku. To bardzo atrakcyjna lektura.

niedziela, 7 czerwca 2015

NIENAWIŚĆ W CZASACH INTERNETU, Alina Naruszewicz-Duchlińska






Tytuł: Nienawiść w czasach internetu
Autor: Alina Naruszewicz-Duchlińska
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 206
Uwagi: egzemplarz przed korektą

Dwa słowa: sposoby hejtowania








Nie można odmówić "językowi internetu" tego, że stanowi dający do myślenia zbiór zwyczajów, wewnętrznych norm oraz zjawisk charakterystycznych. Nic dziwnego, że zalicza się on w poczet zainteresowań językoznawców zajmujących się problematyką komunikacji - szczególnie zaś komunikacji internetowej. W końcu właśnie tą drogą porozumiewamy się coraz częściej, powszechniej oraz w coraz szerszym zakresie. Badanie tego medium jest więc bardziej niż oczywiste.

Nienawiść w czasach internetu to pozycja napisana przez Alinę Naruszewicz-Duchlińską, jak podpowiadają źródła elektroniczne, adiunkta w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Książka jest analizą jednego ze zjawisk powszechnie obecnych w komunikacji internetowej - hejtingu. Autorka tworzy przegląd najbardziej charakterystycznych form analizowanego przedmiotu, starając się je w pewien sposób usystematyzować oraz wyciągnąć z nich wnioski:
Zamierzeniem autorki nie było przeprowadzenie badań ilościowych, ale określenie konstytutywnych wyróżników jakościowych analizowanego zjawiska.
Budowa książki jest niezwykle logiczna - we wstępie otrzymujemy próby zdefiniowania zjawiska, następnie autorka tworzy listę uwarunkowań oraz przyczyn, a także najpopularniejszych obiektów ataków. Tekst jest oparty na prawdziwych wypowiedziach zaczerpniętych ze stron internetowych różnego typu, są to m.in.: wyborcza.pl, eurosport.onet.pl, student.wm.pl, kultura.gazeta.pl, gazetaolsztynska.pl. Dostrzec można, że autorka stara się analizować zarówno wpisy z dużych, ogólnopolskich serwisów, jak i bardziej regionalnych, tych zajmujących się docelowo sportem, kulturą lub ogólną informacją:
Materiał dobrano drogą losową podczas ekscerpcji przeprowadzonej w maju 2003 roku w pięciu ogólnie dostępnych (niewymagających zakładania konta w celu komentowania i/lub dostępu do wszystkich elementów serwisu) polskojęzycznych portali wielotematycznych.
Niektóre z określonych przez autorkę uwarunkowań i przyczyn hejtingu w internecie to: agresja, narzekanie jako przejaw polskości i rodzaj normy komunikacyjnej, dążenie do pozyskania uwagi czy negacja norm. Jako najpopularniejsze obiekty ataków wskazuje na przykładach m.in. przynależność partyjną, polskość, emigrację, inne narody oraz religię. Rzeczywiście, wydaje mi się, że w Nienawiści w czasach internetu zaprezentowane zostały najbardziej popularne i powszechne źródła oraz przejawy hejtingu, te, których obecność możemy zauważyć na którejkolwiek ze stron internetowych. Nie będę oceniać, na ile są to obserwacje odkrywcze, ponieważ nie znam aktualnego stanu badań oraz innych opracować dotyczących wrogich zachowań w internecie. Jeśli analizujemy to, co autorka postawiła za cel swojej książki w stosunku do tego, co zostało w niej przedstawione - wszystko wskazuje na to, że założenia zostały zrealizowane. Język wywodu jest dla mnie, studentki filologii polskiej, bardzo przejrzysty - jednak nie jest to literatura popularnonaukowa i należy to mocno podkreślić. Książka obfituje w odwołania się do źródeł, począwszy od polskich językoznawców, takich jak Piotr Fliciński czy Jerzy Bartmiński, skończywszy choćby amerykańskim psychologu, Philipie Zimbardo.

Zastanawia mnie, dlaczego książkę tę wydano w Novae Res. Ranga tego wydawnictwa jest dość ...wątpliwa, niezwiązana raczej z opracowaniami naukowymi. Im więcej książek z Novae Res czytam, tym bardziej skłaniam się ku przekonaniu, by wydawnictwo to omijać. Stąd moje ostateczne wahania i wątpliwości dotyczące tej pozycji. Nie rozumiem tego wyboru i zastanawiam się, do kogo w takim razie książka ta jest kierowana.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

piątek, 5 czerwca 2015

VIRION, Joanna Patrzylas






Tytuł: Virion
Autor: Joanna Patrzylas
Data I wyd.: 2015
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 260
Uwagi: egzemplarz przed korektą

Dwa słowa: strata czasu







Powieść Virion opowiada o czasach około trzeciego millenium po Chrystusie. W wyniku zagłady ludzkość cofnęła się do czasów przypominających wieki średnie - wszystkie wielkie odkrycia, takie jak elektryczność czy samoloty, istnieją jedynie w księgach opowiadających losy wcześniejszych wieków. Na początku powieści dostajemy informacje o pierwszych symptomach nadchodzących zmian - dotychczas spokojna, pokojowa osada, żyjąca w zgodzie z naturą, zaczyna odczuwać niespotykane wcześniej zachowania: kradzieże, agresję i niechęć. Wszystko, co złe, pochodzi od virionu - mgły, która obezwładnia ludzkie umysły i budzi to, co najgorsze. Osada wysyła swoich przedstawicieli do starego ludu, który posiada wiedzę o tym, jak można powstrzymać szerzące się zło zanim będzie za późno.

Choć opis może brzmieć ciekawie - właśnie on skusił mnie do poproszenia o tę książkę - to nic interesującego oprócz niego nie otrzymujemy. Powieść Joanny Patrzylas w żaden sposób mnie nie ujęła, nie zaintrygowała, nie poruszyła. Czułam się trochę jak w czasie czytania przypadkowych, bardzo prostych opowiadań na początkujących blogach nastoletnich twórców - przeczytać je można, ale nie sprawia to żadnej przyjemności i nic się z nich nie zapamiętuje. Pod względem budowy powieść ta jest bardzo prosta, osadzona mocno na tradycyjnym konflikcie dobra i zła. Nie dostajemy jednak ani mocnego zawiązania akcji, ani wartkich wydarzeń, ani mocnych bohaterów, których chcielibyśmy zapamiętać. Lubię lekką fantastykę, ale tylko wtedy, jeśli ma w sobie coś naprawdę charakterystycznego - dowcip, zmyślną postać lub szaleńczą akcję. W tej powieści nie ma absolutnie niczego. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie książki muszą obfitować w silne, krwiste wątki, mocnych bohaterów, głęboką refleksję nad światem, dobrem, złem, magią. Pewnych rzeczy nie można jednak wybaczyć - na przykład absolutnego pozbawienia jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Choć ta powieść naprawdę nie jest długa, czytanie jej sprawiało mi wiele trudności - fizycznej i psychicznej. Nie chciałam po nią sięgać, bo wiedziałam, że przez kolejne kilkadziesiąt minut będę musiała męczyć się i zmuszać do czytania. A ja nie chcę się męczyć przy książkach, chcę z nich czerpać przyjemność lub doświadczać dzięki nim mocnych, oczyszczających emocji. 

Powieść uzupełniają ilustracje - nie znalazłam w książce informacji, czyjego autorstwa. Wyglądają jak stworzone ołówkiem obrazki kogoś, kto rysuje z nudów. Są niedbałe i nijak się mają do ilustracji na okładce. To jeszcze bardziej obniża mój odbiór książki. Nie umiem właściwie określić, kto chciałby czytać tego typu powieść - jest za prosta, schematyczna, a jednocześnie skonstruowana dość ciężko, usypiająco. Brakuje dynamizmu, mocnych bohaterów oraz umiejętnie prowadzonej narracji. Chciałabym napisać: niestety, nie polecam, ale napiszę tylko: nie polecam. Jest dużo lepszych książek, nawet jeśli chcemy lekkiej, rześkiej fantastyki, ot, do poczytania, a nie przeżywania. Virion nie zapewnia niczego oprócz straty czasu.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

środa, 3 czerwca 2015

WYDARZENIA: Trasa "OKULARNIKA" (Katarzyna Bonda)

Przyznam się Wam do niecnego występku... zakochałam się w pisarce, choć jeszcze nie przeczytałam żadnej z jej książek!

Katarzynę Bondę po raz pierwszy na żywo zobaczyłam przed  jej spotkaniem na Targach Książki w Warszawie. Szłam właśnie na obiad, coś mi powiedziało: "Ojej, to chyba ona. Nie, to chyba nie ona". Obiad był pyszny, a później okazało się, że - cóż - tak, to była Katarzyna Bonda. Tego samego dnia kupiłam Pochłaniacza i wpatrywałam się w roześmianą, charyzmatyczną Katarzynę Bondę stojącą na zapleczu stoiska Wydawnictwa Muza. Nie zdobyłam autografu, ale nie przejęłam się tym. "Innym razem!"

Wczoraj w godzinach wieczornych dotarła do mnie wieść, że 03.06. zawita do Poznania Katarzyna Bonda - w okularniku z Okularnikiem. Mówię sobie: "Ha, ciekawe. Kiedy jest ten 03.06.?". Okazało się, że... No, wystarczy spojrzeć w kalendarz.

Szybko pomyślałam - i jak pomyślałam, tak zrobiłam. Urwałam się z części zajęć, nie szukając nawet lewego wytłumaczenia. Zdanie: "Do Poznania przyjeżdża Katarzyna Bonda, pisarka, i będzie rozdawać z bagażnika swoją najnowszą książkę" robi wrażenie. Bo i cała akcja jest warta wielkich oklasków. Tak! To lubię!


Nie wiecie o jaką akcję chodzi? Dowiecie się tutaj. W skrócie: okularnik to potoczna nazwa Mercedesa W210, którym jeździ główny podejrzany w najnowszej powieści Bondy. Bonda wsiada w dokładnie takie samo auto i...objeżdża największe miasta w Polsce, rozdając prosto z bagażnika świeże i pachnące, całkiem nowe książki!

Katarzynę Bondę po raz drugi na żywo zobaczyłam więc pod Centrum Kultury Zamek, całe szczęście niedaleko mojego wydziału, więc zdążyłam idealnie na otwierające się drzwi samochodu i wychodzącą z nich autorkę. Nie wiem co ta kobieta ma w sobie, ale moja twarz naprawdę sama uśmiecha się na jej widok. Przyznaję więc, jeszcze nie czytałam jej książek. Słyszałam jednak kilka wywiadów i rozmów około literackich z jej udziałem i jestem pod wielkim wrażeniem. Tak, to jest babka z głową na karku. Babka, która wie, co chce robić, ma na to pomysł i...go spełnia. Chwała!


Spotkanie zaczęło się chwilę przed 16:30. Wokół samochodu ustawiła się grupka fanów. Katarzyna Bonda zajęła wygodne miejsce na...skraju bagażnika i zaczęła podpisywać książki.


Jeśli ktoś nie wierzy - oto jak wygląda bagażnik tego magicznego samochodu.


W mojej pamięci spotkanie to zostanie naprawdę na długo. Poproszona o imię - podałam je. Okazało się jednak, że Katarzyna Bonda chce... zobaczyć mój dowód, bo nie wierzy, że naprawdę mam w nim taki zapis. Cóż! Prawda po mojej stronie. Z tej okazji trafiła mi się dedykacja: "Marice, nie Maricie", co jest bardzo urocze, bo człowiek ma dość, kiedy osoby wokół przekręcają jego imię ;) Moje nazwisko też nie pozostało bez komentarza - jak będę miała dość szczęścia, to może ktoś wreszcie zabije w jakiejś książce moje alter ego. O! Chciałabym!

wtorek, 2 czerwca 2015

Podsumowanie maja


Zakochani czekają na maj! (tytuł piosenki)

..................................................................................................................................................

A book that was originally written in a different language, czyli książka napisana w oryginale w innym języku.

2. Hipnoza, Bartłomiej Basiura
A book with a one-word title, czyli książka z tytułem składającym się z jednego słowa.

4. Ogar Boga. Popiół i piach, Anna Gręda
5. O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, Maurycy Mochnacki 
6. Stary poeta. Szkice o Norwidzie, Krzysztof Trybuś

NA BLOGU POJAWIŁY SIĘ TAKŻE:
W tym miesiącu przekroczyłam liczbę 80 obserwujących na blogu, za co bardzo Wam dziękuję. Dziękuję też za wszystkie komentarze i aktywność na moim profilu na facebooku. Jak zawsze pytam też o Wasz miesiąc - ile książek przeczytaliście, która była najciekawsza? Wiem, że czerwiec dla wielu osób jest bardzo intensywnym miesiącem - sama szykuję się już do sesji. Dwie z przeczytanych w tym miesiącu książek to rzeczy typowo na zajęcia - a przecież jest takich pozycji o wiele, wiele więcej! Nie piszę o wszystkich artykułach, fragmentach i rozdziałach! My, studencka brać, niejednokrotnie naciągniemy w najbliższym miesiącu czasoprzestrzeń, zrobimy więcej niż ktokolwiek, a czasem nawet to, co filozofom się nie śniło! Powodzenia! Życzę Wam udanego długiego weekendu i dużo, dużo dobrych czerwcowych lektur!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...