niedziela, 30 sierpnia 2015

JĄDRO CIEMNOŚCI, Joseph Conrad






Tytuł: Jądro ciemności (ang. Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Data I wyd.: 1902
Data tego wyd. polskiego: 2015
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 160

Dwa słowa: zatapianie się






Ta książka jest jak zanurzanie się w cień, jak opadanie w toń czegoś niepokojącego, czegoś, co może skrzywdzić. Ale nie potrafiłam i nie chciałam się przed tym bronić, bo brak powietrza i niepokój są jednocześnie obietnicami. Wchodzenie do jądra ciemności daje sadystyczną przyjemność. Przyjemność, której się nie zapomni.

Marlow, główny bohater opowiadania podróżuje rzeką przez afrykańską dżunglę, by dotrzeć swoim niewielkim parostatkiem w głąb kontynentu, do Kurtza, legendarnego agenta kolonii. Podróż ta nie należy do łatwych, a im cel jest bliższy, tym więcej tajemniczych i niewytłumaczalnych rzeczy doświadcza Marlow. Podróż w samo serce mrocznego, nieznanego, nieprzebytego świata zmienia bohatera, stając się jednocześnie podróżą w głąb jego własnej duszy. 
Nie, to niemożliwe; niepodobna dać komuś żywego pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego życia - o tym, co stanowi jej prawdę, jej znaczenie, jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak, jak śnimy - samotni...
Czytałam ten utwór Conrada już kilka lat temu, ale, przyznaję bez wstydu, nie zrozumiałam go wtedy zupełnie. Przeczuwałam, że coś może się jednak kryć między tymi literami, nie byłam jednak dość dojrzała, by to pojąć. Do takich dzieł trzeba mieć odpowiedni wiek, doświadczenie - nie tylko czytelnicze. Do takich dzieł trzeba mieć też dzień, a najlepiej kilka, bo pomimo niewielkich rozmiarów, czyta się tę książkę powoli. Suche szkolne interpretowanie klasycznych utworów nijak ma się do tego, co przeżywa czytelnik, który kilka lat później sam sięga po daną pozycję i zaczyna ją nie tylko podręcznikowo i sztywno znać, ale też rozumieć. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej poczułam tak przejmująco rozwijające czytelniczo doświadczenie. Nie wiem, czy przeżyłam już kiedyś tak gruntowną zmianę rozumienia lektury. Nie przypominam sobie czegoś podobnego, zakładam więc, że nie.

Niejednokrotnie słyszałam już opinię, że włączenie danej pozycji na listę lektur szkolnych skreśla ją jednocześnie z listy książek interesujących, takich, które czyta się z własnej, nieprzymuszonej woli. W moim przypadku wola kanonu zawsze była pierwszorzędna, ale, jak pisałam chwilę wcześniej, nie był to czas odpowiedni do lektury tego typu. Książki szkolne powinny jednak, mimo wszystko, rozwijać chęć czytania, a Jądro ciemności nie jest tanim opowiadaniem, które można przejrzeć do poduszki, a następnego dnia opowiedzieć jego treść. Wydarzenia dzieją się powoli, rozgrywają sennie, ustępując przed rozważaniami i refleksjami głównego bohatera. Filolog zachwyci się budową szkatułkową utworu. Narratorem Jądra ciemności jest bowiem osoba obserwująca Marlowa i wysłuchująca jego historii. Zachwycałam się tym, przyznaję. Najpierw prosty szkic o Marlowie, a później jego wystąpienie, jego opowieść. Miałam na samym początku wrażenie zapadania się w słowa jak w toń wody. Zdania mają trudną budowę, charakterystyczny rytm, przypominający trochę miarowość fal uderzających o przycumowany statek. Albo czytelnik nauczy się na słowach unosić, albo utonie. To nie jest prosta, niewymagająca lektura. To nie jest lektura przyjemna. To ciężkie, ale piękne i hipnotyzujące słowa, a przekład Anieli Zagórskiej nie dawał mi żadnych powodów do wątpienia w jego jakość.

Nie chcę tu pisać sztywnych opowieści rodem ze szkolnej ściągi nauczyciela. Interpretacji Jądra ciemności jest przecież wiele gdzie indziej. Nie czuję się też predestynowana do oceniania sposobu pisania Josepha Conrada - nie śmiem tego robić! Jako czytelnik, przez wzgląd na studia wprawiony trochę przecież w czytaniu rzeczy trudnych, mogę tylko napisać, że Jądro ciemności mnie wchłonęło. Nastrój opowieści pogłębiał się w sposób mistrzowski. Najpierw senność zarysowana w przedstawieniu kompanów przez pierwszego narratora, później niepokojące sygnały zawarte we wstępie do opowieści Marlowa, w końcu jego dziwaczna, skomplikowana i mroczna podróż w sam środek zakazanej, niepoznanej ziemi. Te słowa mają siłę, która przedstawia skomplikowane nici oplatające bohaterów. Siłę, która oplata się wokół czytelnika. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym uciec. Zresztą ucieczka jest bezcelowa, bo człowiek powinien czasem chcieć, by czytane słowa zrobiły z nim coś takiego. By zasiały w nim smutek, poczucie samotności, pokazały cień. Jądro ciemności wyciszało mnie podczas lektury, nawet wtedy, gdy pozornie było to niemożliwe. Jest w tej trudności coś pięknego.

Jak rzeka na okładce, która nie ma początku i końca, tak zawartość książki wydaje się być oderwana od wszystkiego innego. Ktokolwiek wkroczy w ten świat - będzie w nim zamknięty. Nie można o nim zapomnieć, można go tylko przeżywać, tak jak Marlow przeżywa go ponownie w opowieści. Ziemia wypełniona surowcami, a jednocześnie naznaczona śmiercią, chorobą, wysysająca z człowieka wszystko, co żywotne; budząca strach i szaleństwo. Podsumuję banalnie: każdy powinien choćby spróbować zmierzyć się z Conradem.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MG
Więcej o książce na stronie wydawnictwomg.pl

PS: Bogowie, to wydanie jest przepiękne!

piątek, 28 sierpnia 2015

WYDARZENIA: Noc Książkoholików - edycja #1.5 (relacja godzina po godzinie)

Czy zdarza się Wam wziąć książkę do łóżka? Potarmosić ją po grzbiecie pod kołdrą? Poprzytulać się z nią przed snem? A może regularnie sypiacie z książkami, jedna za drugą, jedna za drugą? Przyznaję ze wstydem, że dawno już nie zdarzyło mi się zarwać dla książki nocy. Dziś to zmieniam!

Organizatorem wydarzenia Noc Książkoholików jest Książkowe "kocha, nie kocha". Zgodnie z założeniami Coroczna Noc Książkoholików będzie odbywać się regularnie w pierwszy tydzień lipca. Pierwsza edycja spotkała się jednak z tak dużym entuzjazmem, że postanowiono stworzyć wersję 1.5. Dziś w nocy od 20:00 do 6:00 wszyscy zainteresowani będą...czytać książki. Czy to nie genialne?

A teraz koniec wstępu. Czas na relację live, którą mam nadzieję prowadzić regularnie co mniej więcej godzinę aż do 6:00. Powodzenia dla tych, którzy też zarywają noc dla książek! 

19:10
Podstawowe przygotowania do Nocy Książkoholików uznaję za zakończone. Książka - jest. Ciastka - są. Woda - jest. Wygodne miejsce do czytania, dużo entuzjazmu i kawunia w żyłach też się znajdą. Niestety do 20:00 pracuję, dlatego po książkę sięgnę najprawdopodobniej dopiero o 21:00. Co nie zmienia faktu, że OJEJ OJEJ OJEJ, mam w sobie TYLE emocji! 


Dobre miejsce.

21:05
Praca skończona, szybki grill na zamknięcie sezonu zaliczony, więc teraz tylko czytać i czytać! Na dobry początek 450 stron Patrycji Gryciuk. Słyszałam o tej książce wiele dobrego, ale...zdarzyły się też opinie negatywne. Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyniknie.


Dobry prowiant.

22:05
84 strony przeczytane w godzinę oznaczają powieść, którą czyta się lekko. I tak właśnie jest. Z uśmiechem na ustach i rosnącym zainteresowaniem czytam książkę o...pisaniu książek. Czy może być coś lepszego dla bibliofila chcącego uczcić swoją miłość do książek zarwaną nocką? Jestem ciekawa, w jaki sposób wątki zarysowane w książce zostaną rozwinięte. Nawet narracja streszczająca niejako losy głównej bohaterki nie zdołała mnie ani przerazić ani znudzić. Chcę czytać dalej!

23:00
Skończyłam pierwszą z trzech części powieści Gryciuk. Zakładka na 169 stronie czeka na kontynuację lektury. Jednocześnie robię zdjęcia co ciekawszych cytatów i zapisuję w telefonie szybkie notatki dotyczące budowy tekstu i konstrukcji fabuły. Mam wrażenie, że byłby z tego bardzo dobry kryminał, gdyby nie romans. A skoro już mamy romans - to jest to, cytując blurba, "kobiece oblicze polskiego kryminału", zupełnie jakby każda kobieta najbardziej na świecie pragnęła w kryminale długiego wątku damsko-męskiego. W tej chwili nie wiem więc, czy czytam kryminał z romansem czy romans z dużym wątkiem kryminalnym. Niemniej to, co czytam, bardzo mi się podoba.

A jednocześnie dwa słowa o samej Nocy Książkoholików - czuję, że napięcie i przymus obrania dobrego, mocnego tempa całkowicie ze mnie spłynęły. Czytam godzinkę, a później kilkanaście minut poświęcam na przejrzenie cudzych postów dotyczących wydarzenia oraz napisanie własnych słów. Na portalach społecznościowych mijają mi przed oczami bardzo różne tytuły powieści. Widać, że ilu czytelników, tyle preferencji. Genialna sprawa.

Bookselfie!

00:05
Weszłam w rytm. Weszłam w fantastyczny rytm czytania, także dzięki temu, że telefon ładuje mi się po drugiej stronie pokoju i nie przeszkadza w przewracaniu stron. Im dalej jestem (a jestem na stronie 256), tym naturalniej reaguję na tę powieść. Bryan Adams ponosi mnie tak mocno jak zagadka kryminalna. A fakt, że wszystko obraca się wokół pisania dodaje smaczku, ach, tego smaczku, którego tak bardzo potrzebowałam! Opisy zmagań autorów z własnym tekstem, fragmenty opowiadające o procesie pisania, redagowania i wydawania książki są naprawdę interesujące i bardzo współczesne. W końcu mamy XXI wiek i to reklama jest dźwignią handlu, a książki pomimo swoich wartości artystycznych zawsze będą produktem. Do tego budząca sympatię bohaterka (choć więcej mięty poczułam do starego pisarza), młody aktor, trupy w rzece i pozwalanie czytelnikowi na samodzielne myślenie. Godzinę temu zastanawiałam się, czy to romans, czy kryminał. Czy bardziej romans z kryminałem, czy może kryminał z romansem. I, wiecie, teraz jestem pewna, że to zupełnie nieistotne. Mam wrażenie, że ostateczna definicja zależy już od samego czytelnika. Autorka wrzuciła do powieści i jedno, i drugie. Miałam jakieś dziwaczne uczulenie na sformułowanie "literatura kobieca" i "kobiecy kryminał" też nie chciał do mnie przemówić. Ale przemówił, na dodatek bardzo dobrym głosem.

01:00
TO. JEST. TAKIE. SŁODKIE.
A jednocześnie, do cholery, kto jest mordercą?!

01:35
Cztery i pół godziny z niewielkimi przerwami na wirtualne życie. Tyle czasu potrzeba, by przeczytać powieść Patrycji Gryciuk. Po zamknięciu książki musiałam wywrócić oczyma, zaśmiać się i pokiwać z uznaniem głową. Przez ostatnie półtorej godziny towarzyszyło mi całkowite skupienie na powieści. Uwielbiam to uczucie. Nie wiem, czy też czasem czujecie się całkowicie pochłonięci przez opisywany świat. Czas nie ma znaczenia, a w skrajnych przypadkach nie zauważam nawet osób, które podchodzą do mnie i próbują wchodzić ze mną w interakcje. Tak było z tą książką. Chcę się nią chwalić, chcę mieć na niej podpis autorki, chcę, żeby była na mojej półce. I chcę przeczytać inne twory Patrycji Gryciuk. Pisanie recenzji muszę jednak zostawić na bardziej trzeźwą godzinę, bo wiele myśli powinnam w swojej głowie usystematyzować. Nie wiem, czym bardziej 450 stron mnie przy sobie przytrzymało - czy morderstwami, czy wątkiem związanym z pisarzami, czy może wtrącaniem w narrację kobiecego punktu widzenia, kobiecych emocji i przeżyć, które naprawdę świetnie rozumiałam. Czuć babską rękę, ale widać trupa. Dobre połączenie. Nie gawędziarskie, ale konkretne. Z małą wisienką na torcie.

Zbliża się druga w nocy, czas załamania. Oczy mi się kleją, łóżko wygląda jakoś tak wygodniej niż zawsze. Czas na dobre pół godziny przerwy, zresztą nie chcę brać do ręki innej książki tak szybko po skończeniu powieści Gryciuk. Dobre książki trzeba uszanować i przetrawić. Dlatego teraz kawa, prysznic, piżama, kolejne ciastko w kształcie krowy (okazało się, że nie licząc wyliczyłam ich porcje akurat do szóstej rano!). A w międzyczasie (ponoć międzyczas wcale nie istnieje, co jest dla mnie bzdurą) muszę rozważyć bardzo istotną kwestię: Potter, The Walking Dead czy może jednak coś delikatniejszego i nieznanego w pozytywnym klimacie?

Ach!
02:20
Decyzja podjęta. Chcę spędzić tę niezwykłą noc z Potterem. Nie jestem pewna, czy bardziej z Harrym czy z Rowling, aczkolwiek oboje są w moim łóżku mile widziani.
Tak, oto pora na dwuznaczne książkowe żarty. Yay!

03:10
Jestem już na wykończeniu. Cel minimum został osiągnięty wraz z godziną 2:00. Teraz byle do 4:00 i z czystym sumieniem będę mogła się położyć. Do 6:00 i oficjalnego zakończenia Nocy Książkoholików chyba nie dotrwam. Rozmazujące się przed oczami litery skutecznie utrudniają rozumienie tekstu.

W Czarze Ognia czas na Bal Bożonarodzeniowy. Nigdy nie potrafiłam stwierdzić, czy lubię ten tom przygód Pottera, czy nie. I nawet teraz, czytając go po raz setny, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Gdyby ktoś kazał mi uszeregować części od najbardziej do najmniej lubianej miałabym duży problem.
(...)Snape, rzecz jasna, prędzej by adoptował Harry'ego, niż pozwolił im bawić się na lekcji.
04:00
Ponad sto stron Pottera za mną. Więcej nie dam rady, choć żal odpadać dwie godziny przed oficjalnym końcem Nocy Książkoholików. Tych, którzy dotrwają do 6:00 podziwiam.

Jetem zmęczona jak... No dobra, nie wiem jak można być zmęczonym, więc powiedzmy, że jestem zmęczona jak bąk, bo bąki są duże, ociężałe i nic się im nie chce. Więc jestem zmęczona bardzo, w oczach mam z pół kilo piachu, a łóżko będzie pewnie przez to czuwanie tak wygodne, że nie będę mogła zasnąć. Ale akcja jest świetna, fantastyczna i całkiem szalona. Cytując mojego TŻ: "Suche, ale z drugiej strony fajne". Człowiek męczy się po to, żeby przeczytać książki. Phi, można przecież czytać książki w dzień, prawda? Można, pewnie, że można. Ale po co? Moją Noc Książkoholików uznaję za zakończoną. I już za nią tęsknię, i już chcę kolejną. Zarywanie nocek dla książek to mój ulubiony sport. A wiecie co jest najlepsze? Że takie bezwstydne święto czytania można sobie robić kiedy tylko się zechce!


Następny dzień
Obudziłam się kilka minut po 9:00, później przekimałam jeszcze małe pół godzinki. Wstałam z szerokim uśmiechem i od razu wzięłam się do roboty. 450 stron na biurku szczerzy się do mnie. Uwielbiam, uwielbiam! Teraz jestem już w pracy i śledzę wpisy innych książkomaniaków, zwłaszcza tych, którzy dotrwali do samego końca. Nie było łatwo, ale...warto! Czuję się świetnie! Chcę wiecej takich akcji, yeah!

czwartek, 27 sierpnia 2015

FURIA RODZI SIĘ W SŁAWIE, Krzysztof Koziołek






Tytuł: Furia rodzi się w Sławie
Autor: Krzysztof Koziołek
Data I wyd.: sierpień 2015
Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów
Ilość stron: 296

Dwa słowa: przyjemność retro








Weź interesujący fragment przeszłości, znajdź miejsce, w którym uda ci się zbudować melancholijny i pachnący naftaliną klimat. Ożyw mity i zbrukaj je krwią. Nie zapomnij o dobrej zagadce i kilku interesujących bohaterach, będących przede wszystkim niedoskonałymi ludźmi. Nie baw się w superbohaterów, ale nie traktuj historii w sposób sztywny. Na koniec postaraj się wszystko okrasić elementem regionalnym: słownictwem, kuchnią, zwyczajami. Oto prosty przepis na kryminał retro.

Krzysztof Koziołek osadza swoją powieść w roku 1944. W spokojnym uzdrowisku położonym nad Śląskim Morzem odpoczywają niemieccy żołnierze ranni na różnych frontach. Sielankę przerywa jednak seria zbrodni popełnianych na nieletnich dziewczętach. Śledztwo prowadzi Anton Habicht, członek NSDAP i asystent kryminalny. To jego pierwsza tego typu sprawa, na dodatek spokojne i niezbyt istotne na mapach miasteczko okazuje się skrywać tajemnicę, od której mogą zależeć losy całej III Rzeszy. Sturmbannführer SS Carl Düchter, zarządzający grupą naukowców badających procesy czarownic, zaczyna interesować się śledztwem, które może naruszyć równowagę tak istotną dla pozytywnego rozwoju zleconych mu przez samego Heinricha Himmlera eksperymentów. A wokół Sławy kręci się jeszcze jedna osoba.

Początek z tą książką nie był łatwy. Pierwsze dwadzieścia-trzydzieści stron czytałam trochę ze zgrzytaniem zębami, nie całkiem przekonana do sposobu pisania, do zarysowanego klimatu i bohaterów. I później, dość niespodziewanie, stało się to, co tak lubię w czytaniu książek - wkręciłam się niesamowicie i zdałam sobie sprawę z tego, że to, co jeszcze chwilę temu mi przeszkadzało, teraz okazuje się być plusem. Najpierw więc klimat! Akcja osadzona została w Sławie, w niezwykle cichym miejscu położonym z daleka od armatnich wybuchów. Wraz z przewracaniem stron książki w mojej głowie tworzyła się coraz dokładniejsza wizja tego skrawka świata, zarysowana najpierw w czerni i bieli, później w pożółkłych, smutnych od upływu czasu barwach, a na końcu w kolorach pełnych życia, w filmowym blasku. Nie stało się tak natychmiast. Dopiero po dwusetnej stronie zrozumiałam, że bardzo chciałabym obejrzeć tę książkę na dużym ekranie. Widzę ją w filmowych klatkach i pojedynczych scenach, ale widzę ją też jako całość. I tu wspomnieć muszę o bohaterach. Nie wiem, czy któregoś z nich lubię. Nie jest to takie proste, bo w każdym są rzeczy, które mi nie pasują, które denerwują. Jednak Habicht, członek NSDAP i policjant prowadzący sprawę dotyczącą morderstw, jak i Franziska, dość ekscentryczna hrabina niezwykle istotna dla fabuły powieści, stali się dla mnie w czasie czytania powieści niezwykle interesującymi elementami konstrukcji świata przedstawionego. Coś w nich jest, coś, co chce się czytać, poznawać i co chce się zderzyć z wydarzeniami rozgrywającymi się w miasteczku. Nie zawiedziemy się też bohaterami drugoplanowymi, choć w niektórych momentach było mi trudno odnaleźć się w niemieckich nazwiskach, tytułach i stopniach. Postaci są różne, nie ugładzone i często wchodzące z sobą w konflikty. Dużą część dialogów okraszono ciętymi ripostami, a im dalej w książkę, tym lepiej prezentują się rozmowy oraz tym więcej wiemy o myślach i opiniach bohaterów. Świat stworzony przez autora z biegiem czytania zaczynał być coraz bardziej namacalny, a jednocześnie kiełkowało coraz więcej tajemnic, których rozwiązania chciałam doczekać.

Odnoszę wrażenie, że Furia to dość klasyczny kryminał retro, choć nie mam oczywiście porównania i chętnie wysłucham opinii innych. Jeśli jednak przeanalizować podstawowe elementy, oddają one to, czego po kryminale retro się spodziewałam, nie mając go wcześniej przed sobą. Morderstwom i poszukiwaniu sprawców towarzyszy odpowiednio silny wątek szpiegowski oraz wtrącane łagodnie akapity dotyczące historii Sławy lub poszczególnych kwestii dotyczących wojny. Podobało mi się to, że w niektórych momentach narracja wychodziła z ram historycznych, ujawniając rąbka historii późniejszej, tej, która nie dotyczy bezpośrednio bohaterów, ale może zainteresować miłośników czasów wojny. Objętościowo jednak książka nie przeraża i nie wystraszy także sposób, w jaki została napisana. Czyta się dobrze, zwłaszcza wtedy, kiedy przywyknie się już do szneki z glancem. Z przyjemnością towarzyszyłam Habichtowi podczas jego czynności zawodowych i prywatnych. Chętnie podejmowałam szczegóły, które rzucał w powieść Krzysztof Koziołek, a dzięki którym udało mu się zbudować w niewymuszony sposób charakterystykę postaci i miejsca. W końcu czytelnik wie, czego może się po danym bohaterze spodziewać, ma też przed oczyma wizję miasteczka i jego okolicy. Autor nie robi brzydkich i zbyt sensacyjnych rzeczy, ale ciągnie obrany rytm, wykorzystując wszystkie opracowane, przygotowane i użyte do napisania powieści materiały. To nie jest powieść historyczna, nie jest to męczące przekopywanie się przez dziesiątki dowodów. Policjantom trochę się nie chce, a trochę nie potrafią rozwiązać sprawy. Trochę współpracują, a trochę działają sobie na nerwy. W końcu jednak rozwiązanie się ukazuje, a wątki zostają wyjaśnione. Nie przywiązałam się do tej powieści na śmierć i życie, ale z przyjemnością próbowałam wytropić sprawcę morderstw i zrozumieć jego model zachowania. I z przyjemnością przyjęłam rozwiązanie zawarte na kartach powieści.

Nadszedł czas, żeby zanotować w pamięci bardzo ważne spostrzeżenie: muszę w najbliższym czasie sięgnąć po inny kryminał retro. Nie wiem jak powieść Krzysztofa Koziołka wypada na tle całego gatunku, ale wiem, że przekonała mnie do tego, by spróbować czegoś podobnego. 

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

AMAZONIA, James Rollins







Tytuł: Amazonia
Autor: James Rollins
Data I wyd.: 2002 (PL: 2009)
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 464

Dwa słowa: wartka akcja







Zacznę od ciekawostki dnia: James Rollins to amerykański pisarz polskiego pochodzenia, którego właściwe imię i nazwisko brzmi James Paul Czajkowski. Druga ciekawostka: pisarz z wykształcenia jest lekarzem weterynarii. Oba fakty mnie zaskoczyły (dzięki, Wikipedio!), a jednocześnie wywołały uśmiech na twarzy i porozumiewawcze "acha", które wymsknęło mi się entuzjastycznie. Wszystko jasne! A co jest jasne dowiecie się za chwilę.

Amazonia rozpoczyna się cztery lata po tym jak ekspedycja naukowa doktora Carla Randa zaginęła w dżungli. Niespodziewanie jeden z mężczyzn uznanych za zmarłych pojawia się w niewielkiej wiosce misyjnej. Ledwo żywy i wycieńczony staje się motorem kolejnych wydarzeń. Mężczyzna wyruszył w ekspedycji z amputowaną przy barku ręką, tymczasem po czterech latach wyłania się z dżungli z dwoma zdrowymi. Tropem zaginionych rusza kolejna wyprawa, poszukująca nie tylko ludzi, ale także nieznanej rośliny, która umożliwiła regenerację tkanek. Wkrótce ekipa poszukiwawcza coraz częściej słyszy o Krwawych Jaguarach, mitycznym plemieniu, które budzi strach tubylców. Szlak ekspedycji staje się coraz bardziej kręty i niebezpieczny, w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych trwają gorączkowe poszukiwania lekarstwa na tajemniczą chorobę, której początek zbiegł się z pojawieniem mężczyzny z ekspedycji Randa.
- Dwa lata przed zniknięciem, podczas misji zwiadowczej w Iraku, agent Clark dostał w lewe ramię postrzał od snajpera - powiedział. - Zanim zdążył dotrzeć do amerykańskiego obozu, wdała się gangrena. Kończynę trzeba było amputować przy samym barku, co zakończyło jego karierę w Siłach Specjalnych.
- Ale ciało w kostnicy ma obie ręce.
- Właśnie. Odciski palców z tej ręki zwłok, której nie powinno być, pasują do danych z akt przed postrzałem. Wygląda na to, że agent Clark dotarł do Amazonii z jednym ramieniem, a wyszedł z niej z dwoma.
- Ale to przecież niemożliwe! Co tam się stało?
Marshall O'Brien popatrzył na niego przez chwilę swoimi jastrzębimi oczami.
- Tego właśnie zamierzam się dowiedzieć. - powiedział.
Książka trafiła do mnie przypadkowo i po raz kolejny okazało się, że przypadek może skończyć się bardzo dobrze. Trudno było mi oderwać się od książki Rollinsa, a nawet po jej zamknięciu lektura nadal na mnie oddziaływała. To mocny, wciągający i trzymający czytelnika w napięciu thriller, który pobudza wyobraźnię. Rollins wie jaką historię chce sprzedać - i robi to świetnie. Każdy z aktów powieści otwiera systematyka jednej z roślin istotnych dla akcji. Są to m.in. kurara czy barwinek. I już tylko to wprowadza czytelnika w nastrój z pogranicza kryminału. Dlaczego właśnie ta roślina? Gdzie zostanie wykorzystana? Kiedy dowiemy się o niej czegoś więcej? A przede wszystkim - czym jest siła, która potrafi zainicjować w ludzkim organizmie proces wykształcania utraconej kończyny? Nie od dziś mówi się o szkodliwych skutkach wycinania lasów równikowych. James Rollins bierze ten temat i obrabia go w sposób, który nie wyklucza porywającej akcji. Właśnie w tym momencie nie możemy ominąć bez słowa wykształcenia Jamesa Rollinsa. Opisy roślin, zwierząt oraz innych biologiczno-chemicznych elementów świata przedstawionego świadczą nie tylko o wiedzy, ale także o gruntownych badaniach prowadzonych w czasie tworzenia powieści. To lubię i tego wymagam od tego typu książek - faktów naukowych i opisów obdartych z poetyckiego prawa do mydlenia oczu czytelnikowi. Indianie są Indianami, niebezpieczne stworzenia są niebezpiecznymi stworzeniami, a śmierć jest śmiercią. Nie miałam żadnego problemu, by wyobrazić sobie przedstawiane przez Jamesa Rollinsa obrazy, czuć zapach i słyszeć dźwięki, o których pisał. W tę powieść się wchodzi - wchodzi z buciorami, z potem i strachem. Rollins ożywia niepokoje i fascynacje tkwiące w Amazonii, tajemniczym miejscu, które na własnej skórze doświadczy zapewne nieliczny ułamek czytelników. A jednak, nawet będąc pozbawioną możliwości zanurzania się w realny, namacalny las, nie czułam, by czegoś mi brakowało. Rollins tworzy świetną imitację, buduje nie tylko napięcie, ale też świat przedstawiony. Nie tylko się dzieje, ale też wszystko dzieje się gdzieś, w konkretnym miejscu, czasie; wszystko ma konkretny klimat.

Dwa słowa o bohaterach zacznę od plusów - a jest ich tyle, ilu bohaterów. Każdy z nich ma w sobie coś charakterystycznego, a postaci pierwszoplanowe i poboczne uzupełniają się i wchodzą w logiczne, ale nie nudne zależności. Nie brakuje dobrze rozpisanych dialogów, ciekawych szczegółów, które sprawiają, że czytelnik ufa postaci, wierzy, że poza rozgrywającą się akcją dany bohater ma swoją przeszłość, przyzwyczajenia i życie. Ekspedycja składa się z członków cywilnych, m.in. syna zaginionego Randa oraz wsparcia wojskowego w postaci Oddziału Rangersów Armii Stanów Zjednoczonych. Pełną listę amerykańskiej grupy poszukiwawczej z funkcjami czytelnik otrzymuje na kartach powieści, podobnie jak mapy przybliżające terytorium opisywane przez Rollinsa. Z drugiej strony pewne rzeczy są dość przewidywalne. Nie napiszę jednak przy tym zdaniu "niestety", ponieważ nie wydaje mi się, żeby było to konieczne. Są książki, w których ten ułamek przewidywalności nie przeszkadza i moim zdaniem Amazonia do nich należy. Żeby nie spoilerować, napiszę tylko, że stawka rozgrywa się między tymi dobrymi a tymi złymi. (A wśród złych znajduje się moja ulubiona kobieca bohaterka tej powieści, egzotyczna i na wskroś przerażająca Tshui.) Przewidywalnie słuszne rozwiązanie jest jedno, całe szczęście zanim powieść się skończy dużo wody w strumieniu zdąży upłynąć, wiele rzeczy wstrząśnie dżunglą, a czytelnik niejednokrotnie będzie klął i wołał pod nosem. Niestety, główna relacja damsko-męska nie porwała mnie zupełnie, głównie przez to, że postać Kelly wypadła nieco blado i mdło przy innych. Dlatego ten wątek uważam za przesłodzony, a nawet niepotrzebny. Rozumiem, że może służyć jako element dopełniający całość, jednak moim zdaniem dobra akcja obędzie się bez miłosnych deklaracji i cudów podanych na deser.

Polecam więc! Polecam i korzę się ze wstydem, że Rollinsa przeczytałam dopiero teraz. Amazonia jest powieścią dla ludzi, którzy lubią niezdobyte, dziewicze tereny, łowców głów, przygodę z bronią w ręku, krew, niesamowite odkrycia i odrobinę walki tych dobrych z tymi złymi. Nie robi mindfucka, ale świetnie zajmuje czas i daje dużo mocnej frajdy, czytelniczego napięcia, satysfakcji. Takie książki chcę czytać!

sobota, 22 sierpnia 2015

WYKLĘCI, Olga Haber







Tytuł: Wyklęci
Autor: Olga Haber
Data I wyd.: czerwiec 2015
Wydawnictwo: Videograf SA
Ilość stron: 272

Dwa słowa: książka-horror







Wykorzystywanie motywu wiedźmy we współczesnej kulturze oraz przenoszenie go w realia XXI wieku nie jest ani niczym nowym ani zaskakującym. Na wiedźmę można trafić więc wszędzie - za płotem, na ulicy lub w rodzinie. Dobre czy złe, wiedźmy zawsze mają nad człowiekiem przewagę. A jeśli jednak złe - to budzące grozę, przerażające, siejące zniszczenie, śmierć i strach. Utkać horror z wiedźmą w roli głównej? Teoretycznie nie powinno być nic prostszego.

Powieść Olgi Haber rozpoczyna się od odkrycia zwłok młodej skrzypaczki. Kobietę z poderżniętym gardłem porzucono w basenie śródmiejskiej fontanny. Zbrodnia porusza mieszkańców miasteczka, a policję zmusza do wzmożonej pracy. Najgorsze jednak ma dopiero nadejść - kolejne morderstwa pojawiają się nagle i są coraz bardziej niepokojące. W centrum tych wydarzeń znajdują się podkomisarz Sowa i jej partner, Misiak. Czy uda się im odnaleźć sprawcę, skoro brutalnych aktów dokonuje ciemna siła? Mieszkańcy zaczynają wierzyć, że za morderstwami stoi jedna z najstarszych europejskich wiedźm.

W założeniu Wyklęci są horrorem. W powieści znajdziemy elementy fantastyczne oraz wiele brutalnych opisów, niewyjaśnione zjawiska oraz niebezpieczeństwo wiszące nad niespodziewającymi się niczego ludźmi. Ważną częścią książki jest także para policjantów, która pojawia się na miejscach zdarzeń oraz próbuje odnaleźć sprawców morderstw. Tyle teorii. W praktyce horror dział się w mojej głowie, a najważniejszą zagadką, którą staram się rozwikłać do teraz, jest pytanie: czy policjanci mają w ogóle czas na robienie czegokolwiek poza jedzeniem? Oczywiście powieść tę da się czytać. Błędy interpunkcyjne, choć liczne, nie utrudniają odbioru książki tak bardzo, bym chciała wyrzucić ją przez okno i podeptać. Nie miałam też tych wykańczających momentów załamania, podczas których byłabym zmuszona do przymykania książki i wznoszenia oczu ku niebu. Nie, Wyklętych da się przejrzeć. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach miałam tej książki dość, ale doczytałam do końca. Bez zainteresowania, bez strachu, bez zawziętej chęci odkrycia wszystkich tajemnic. Czy, jeśli mam być dokładniejsza, bez chęci odkrycia jakiegokolwiek sekretu. Z uprzejmie opanowanym zniecierpliwieniem przewracałam kartki, a muszę zauważyć, że książki ubywało bardzo powoli. O horrorze trudno mówić, ponieważ droga do dobrego horroru wcale nie prowadzi przez rozrzucanie flaków i krwi po ścianach. To obrzydliwe, ale nie przerażające. To męczące i degustujące, ale na pewno nie przyciągające uwagę czytelnika. Konstrukcja powieści leży, bo ani w niej budowania napięcia na przestrzeni całej fabuły, ani mocnych bohaterów, ani odpowiedniego klimatu. Wyklęci mają swoje momenty, niestety nie dość ekscytujące, by zrównoważyły pozostałą część książki.

Jestem zawiedziona tą powieścią. Jej opis oferował mi dokładnie to, co lubię - tajemnicę, niebezpieczeństwo, krew i emocje. Tymczasem mord w powieści, owszem, jest. Jest go dużo i we wszystkich możliwych konfiguracjach, ale ostatecznie i tak zostało we mnie wrażenie przerostu formy nad treścią. Wspominanie dziwacznych spraw kryminalnych z przeszłości też nie obudziło we mnie wielu emocji, poza przekonaniem, że wszystkie te kwestie zostały dołączone tylko dla dodatkowego skumulowania okropieństwa. Podobnie jest w przypadku powtarzania przez autorkę zdań czy całych sekwencji - nie widzę w tych zabiegach niczego poza przeszkodą dla czytelnika. Za mało jest źle, ale za dużo także nie wróży sukcesu. Żeby chociaż policjanci tworzyli ostry duet chcący za wszelką cenę rozwiązać sprawę kilku morderstw. A jeśli nie w amerykańskim, dumnym stylu, to niechby chociaż byli typowymi policjantami z niewielkiej mieściny, przerażonymi nadmiarem okropieństw. Sowa i Misiak są tymczasem parą zwierząt z gatunku "głodny miś". Są głodni, jedzą i myślą o tym, co zjedli. Jedzą rzeczy kiepskie lub rzeczy dobre. Odgrzewają rzeczy kiepskie lub rzeczy dobre. Rozważają kwestię wyboru knajpy. Żują batoniki. Żują gumę. Stoją przy maszynach z przekąskami. Konsumują przekąski. Szukają drobnych na jedzenie. I znów jedzą. Gdybym chciała czytać książkę mającą tyle wspólnego z jedzeniem, z ogromną przyjemnością kupiłabym lekką i pachnącą drożdżówką powieść o Włoszech, Paryżu lub wadowickich kremówkach. Z powieści pamiętam to, że podkomisarz Sowa i jej partner jedzą i chuchają na ręce z zimna. To, że Sowa nigdy nie ma własnych rękawiczek, To, że Misiak zawsze żuje gumę. Rozmowy? Przesłuchiwanie świadków? Łażenie po ulicach, ostre pościgi, zwroty akcji, pokonywanie kolejnych przeszkód stojących na drodze do rozwiązania tajemnicy? Odpowiem na te pytania cytatem:
Kiedy już skończyli, Misiak zaprosił ją na wczesny obiad.
Większość elementów, które mogłyby składać się na żywe, wciągające widowisko została wycięta. Dajmy na to taką sytuację: żona pewnego pana zostaje zamordowana, a obok jej ciała znaleziono także ciało jej kochanka, który najprawdopodobniej po dokonaniu morderstwa strzelił sobie w głowę. Policja wzywa męża, który jest wstrząśnięty. Podkomisarz Sowa uprzejmie odwraca wzrok, dając mężowi chwilkę czasu na łzy. W tym momencie narracja się urywa. "Kiedy już skończyli, Misiak zaprosił ją na wczesny obiad.", a jeśli czytelnik liczy na to, że podczas jedzenia policjanci będą prowadzić jakieś istotne, dobrze rozpisane rozmowy - cóż, lepiej od razu przewinąć dalej. Podkomisarz Sowa co prawda próbuje coś z tym zrobić, ale niestety więcej czasu zajmuje jej myślenie o jedzeniu, jedzenie oraz wspominanie tego, co zjadła...

Kiedy patrzę na tę okładkę, myślę tylko o tym, że to bardzo prosta powieść. Prości bohaterowie pierwszoplanowi, proste zaszlachtowanie kilku mało porywających postaci w tle. Proste rozmowy, proste instynkty (szaleńczy śmiech wiedźmy i głód, głód, głód), a na końcu - proste odczucia czytelnika. Wynudziłam się, w żadnym momencie nie poczułam duszenia w dołku czy przyspieszonego bicia serca. Nie jest to horror, nie jest to powieść kryminalna - więc co zostaje? Na pewno jedno: lektura skazana na zapomnienie.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

środa, 19 sierpnia 2015

PODUSZKA W RÓŻOWE SŁONIE, Joanna M. Chmielewska







Tytuł: Poduszka w różowe słonie
Autor: Joanna M. Chmielewska
Data I wyd.: 2011
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 280

Dwa słowa: utracone bezpieczeństwo







Powieści obyczajowe nie zawsze są mi na rękę. Wychowana na fantastyce i zmyślonych światach potrzebuję bardzo dużego ładunku emocji, by rzeczywiście dać literaturze obyczajowej szansę. Albo opisana historia mnie bardzo porusza - albo książka zostaje przyjęta przeze mnie wzruszeniem ramion i niezadowoleniem. Jak było z Poduszką w różowe słonie?

Powieść opowiada o trzydziestoletniej Hance, kobiecie, która prowadzi uporządkowane i bardzo konkretne życie. Nie posiada stałego partnera, dużo czasu poświęca swojej pracy, nie wahając się przed podejmowaniem dodatkowych zadań i zostawaniem po godzinach. Tworzenie bliskich relacji z ludźmi nie zajmuje w jej życiu dużego miejsca. Swoją jedyną przyjaciółkę poznała w czasach szkolnych. Niespodziewanie w życiu trzydziestolatki pojawia się dziecko. Tęskniąca za matką, zamknięta w sobie Ania trafia do pedantycznego domu Hanki, kobiety, która potrafi zapewnić dziewczynce podstawowe warunki ekonomiczne, nie potrafi jednak okazać bliskości. Jakby tego było mało, nowy pracownik firmy Hanki narusza jej bezpieczną sferę prywatności. Życie kobiety przestaje być uporządkowane. Nadchodzą zmiany.

Nigdy nie miałam do czynienia z twórczością Joanny M. Chmielewskiej, dlatego nie będę umiała odnieść się do innych jej książek. Poduszka w różowe słonie jest powieścią przejmująco smutną, pełną wnikliwych przeglądów myśli bohaterów, których życie wcale nie jest różowe i miękkie. Pierwszą rzeczą, jaka nasuwa mi się bezpośrednio po lekturze, jest ogromna subtelność, intymność opisywanych przeżyć i przemyśleń. Narracja buduje obraz nie tylko wewnętrznych rozterek Hanki, ale także bohaterów bezpośrednio związanych z główną akcją. Mamy więc fragmenty przedstawiające punkt widzenia Łukasza - nowego pracownika w firmie (choć akurat jego kwestie wydają mi się najsłabszą częścią powieści), obszerne opisy historii przyjaźni Hanki i Ewy, a także dziecięce, niezwykle przejmujące myśli Ani, najmłodszej bohaterki. Choć wykrzywiam twarz słysząc o "powieściach kobiecych" (w końcu czym są i czy istnieją także "powieści męskie"?), to jednak nie mogę zignorować tego, że Poduszka w różowe słonie jest historią mocno osadzoną w temacie kobiecości, kobiecej przyjaźni, opowiadającą o kobiecym strachu i kobiecych więziach. Łukasz jako bohater wydawał mi się kimś zupełnie nierealnym i nierzeczywistym, jak dodatek mający na celu wprowadzenie ostatecznej bajkowości w rozwiązaniu książki. Całe szczęście lukru nie było za dużo, choć motyw kawy i czekolady, związany ściśle z firmą Hanki oraz zainteresowaniami Łukasza, w niektórych momentach zaczął mi się przejadać. Gdyby nie całe akapity poświęcone analizowaniu smaków czy wtrącaniu przemyśleń Łukasza dotyczących czekolady, być może książkę odebrałabym jeszcze lepiej. Tymczasem nie mogę pozbyć się wrażenia, że momenty poświęcone na celebrację kawy i czekolady miały w jakiś sposób czytelnika pocieszyć, zapewnić o pozytywnym rozwiązaniu problemu, objąć w bezpieczne ramiona. Równie niezrozumiała była także dla mnie postać przyjaciółki Łukasza, obdarzona ponadnaturalną intuicją. Szkoda, ponieważ wolałabym, żeby ta historia obyła się bez tego typu niańczenia i rozproszenia.

A poznać tę historię warto. Wspomnienia dotyczące rodziny i przyjaźni z Ewką uruchamiają wiele emocji. Można przypomnieć sobie siebie z dawnych, dziecięcych lat. Można lepiej zrozumieć zestawienie historii Hanki i Ani. Obie zbyt wcześnie musiały mierzyć się z trudnościami. Sposób widzenia dziecka został pokazany z ogromnym prawdopodobieństwem, w czym widać wykształcenie pedagogiczne autorki książki. Kontrast między dorosłymi a dziećmi nie zostaje w powieści wyrzucony niedbale przed czytelnika, ale krąży pomiędzy zdaniami i dialogami, pomiędzy myślami Hanki oraz próbami wyjaśniania sobie świata przez Anię. Wraz z rozwojem książki poznajemy lepiej nie tylko obie bohaterki i ich przeszłość, ale także sposób ich kontrolowania rzeczywistości, przeżywania problemów. I to jest, moim zdaniem, najmocniejszy i najbardziej cenny materiał tej powieści. Nie fragmenty dotyczące skąpanego w kawie i czekoladzie rozmarzenia, ale to ostre i bardzo ludzkie radzenie sobie z tym, na co człowiek nie miał wpływu, a co odbija się na jego całym życiu. Strata najbliższych, mroczne tajemnice dzieci, które zostały za bardzo nauczone szacunku do starszych, a za mało umiejętności głośnego krzyku o swojej krzywdzie...

Jeśli więc przychodzi czas na ostateczne podsumowanie moich odczuć związanych z Poduszką w różowe słonie, z całą pewnością mogę napisać, że można tę powieść przeczytać. Entuzjaści książek obyczajowych będą tą lekturą zadowoleni jeszcze bardziej niż ja. Choć porusza kwestie trudne, oburzające i bolesne, książkę Joanny M. Chmielewskiej czyta się płynnie i z zaciekawieniem. Nie jest brutalna, nie rozdziera czytelniczej duszy, ale daje do myślenia i... zostawia po sobie odrobinę żalu, że to już koniec.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MG
Więcej o książce na stronie wydawnictwomg.pl

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

SPOKOJNIE. TO TYLKO ROSJA, Igor Sokołowski






Tytuł: Spokojnie. To tylko Rosja
Autor: Igor Sokołowski
Data I wyd.: maj 2015
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 288

Dwa słowa: historia żywa








Po reportaż sięgam rzadko. Okres mojego żywego zainteresowania literaturą non-fiction minął kilka lat temu, jednak nadal z ogromną ciekawością raz na jakiś czas daję się porwać filmom lub publikacjom dotyczącym tego, czego sama na oczy zobaczyć nie mogę. I chyba najbardziej lubię historie o miejscach, które nie są położone na drugim końcu świata. W końcu na poletku sąsiada także mogą dziać się ciekawe rzeczy.

Spokojnie. To tylko Rosja jest zbiorem krótkich szkiców dotyczących konkretnych miejsc odwiedzonych przez Igora Sokołowskiego w czasie jego podróży po Rosji. Każdy z fragmentów opisuje inny element, komentuje pojedynczy materiał, który zainspirował autora do przemyśleń dotyczących Rosji współczesnej i dawnej. Książka jest zbiorem historii o drogach, budynkach, polach, miastach, rzeźbach i tablicach pamiątkowych, ale przede wszystkim o ludziach oraz zjawiskach, które istniały w przeszłości lub nadal - często wbrew naturze lub logice - mają się świetnie.

Sokołowski jest podróżnikiem świadomym zarówno swojego wieku oraz własnego miejsca w świecie, jak i historii, która odcisnęła się na wielu miejscach czy społecznościach. Nie było jednak takiego fragmentu, w którym poczułabym, że historia Polski czy Rosji ciąży boleśnie na barkach autora, zniekształcając jego sposób postrzegania świata, wprowadzając krzywdzący brak obiektywizmu. Owszem, zadaje niewygodne pytania, wytyka absurd i najchętniej pokazuje te miejscowości i zaułki, do których statystyczny turysta raczej nie zajrzy. Przedstawia pozostałości po człowieku sowieckim, paradoksy rozpostarte między głośną polityką a praktyką codzienną zwykłych ludzi. I jest to zarówno ciekawe, pouczające jak i niezwykle naturalne i świeże. Liczę na plus wiek autora oraz to, że nie boi się pokazywać w książce ani własnego dowcipu, ani ironii, ani melancholii. Podczas lektury czułam, że Sokołowski jest w swoich odczuciach oraz narracji autentyczny. Nawet jeśli coś ocenia, nie jest to ocena jednoznacznie ostateczna. Można z nim dyskutować, zwłaszcza, że Sokołowski przedstawiając fakty historyczne zwraca uwagę na ich zawiłość i względność. Można z nim dyskutować, ponieważ najczęściej ciągnie jednak swojego odbiorcę do miejsc smutnych i dla Polaka, człowieka z Zachodu, przytłaczających, szarych, melancholijnych. A przecież Rosja chyba nie jest tylko taka, choć nie można zarzucić Sokołowskiemu kłamstw. Po lekturze jego książki widać, co najbardziej interesuje go w Rosji, czego w niej poszukuje, w jaki sposób chce ją sobie oswoić.
Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, eksperci pochylali się nad różnymi aspektami tego historycznego wydarzenia, skupiając się głównie na analizie politologicznej, ekonomicznej czy militarnej. I choć oczywiście głównym problemem ówczesnych Rosjan było, czy będą mieli następnego dnia cokolwiek w lodówce, to wielu z nich w pamiętnym 1991 roku, mówiąc wprost, straciło sens życia. Bo jak określić sytuację, w której człowiek od urodzenia funkcjonuje według prawideł pewnej ideologii i właściwie z dnia na dzień świat, któremu był oddany, przestaje istnieć?
Historia jest w Spokojnie. To tylko Rosja nieustannie obecna, a Sokołowski od początku do końca pozostaje podróżnikiem czujnym, poszukującym jej znamion. Informacje dotyczące faktów historycznych czytało mi się przyjemnie. Moim zdaniem cel książki Sokołowskiego został spełniony - jest to spojrzenie na Rosję współczesnego Polaka. Przybliżanie historii pojedynczych miejscowości, rosyjskich symboli czy pomników nie służy zreferowaniu dat. Przeszłość i teraźniejszość w bardzo ciekawy i nieprzytłaczający sposób przenikają się w narracji. To historia o bardzo smutnych, zapomnianych wioskach, które zatrzymały się w czasie i nie dopuszczają do siebie żadnych nowinek, a jednocześnie opowieść o tym, kim Rosjanie są dzisiaj, jak odbija się na nich XXI wiek. Sokołowski przygląda się rosyjskiej mentalności oraz rosyjskiemu przeżywaniu historii i współczesności. Zestawia z sobą rzeczy jednocześnie dziwaczne dla jego polskiego odbiorcy, jak i takie, do których każdy z nas może zatęsknić. Pokazuje bardzo ciekawy punkt widzenia, podróżowanie poza najmocniej zakreślonymi na mapie drogami. Nie jest to jednak sprawozdanie z podróży do dzikiego i orientalnego miejsca - wszak rosyjski świat jest dość bliski, nawet jeśli rządzi się swoimi prawami.

Książkę Sokołowskiego czyta się bardzo dobrze, bez ciężkiego przymusu dobrnięcia do końca za wszelką cenę i jak najszybciej. Bierze się ją do ręki za każdym razem z powolną, niewymuszoną przyjemnością, którą niesie świadomość kolejnych stron interesującej lektury, często budzącej uśmiech na twarzy. To Rosja w przybliżeniach, w świetle rzucanym na pojedyncze elementy, które razem tworzą obraz miejsca bardzo podobnego do tego, co widzimy za oknem, choć jednocześnie całkowicie innego i odległego. Tytuł jest idealną kwintesencją tego, co przeczytamy w książce. Sokołowski zdaje się mówić: spokojnie, to tylko Rosja, przecież każdy zna to miejsce, nie ma się czego bać. A jednocześnie: tak, właśnie wkraczamy na teren tej dziwacznej i obcej Rosji, ale, spokojnie, chyba jakoś sobie z tym poradzimy. Polecam więc Sokołowskiego wszystkim podróżnikom - zarówno tym, którzy pakują plecak i wychodzą z domu, jak i tym, którzy największe wojaże odbywają podczas lektury.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MG
Więcej o książce na stronie wydawnictwomg.pl

piątek, 14 sierpnia 2015

Na trzeźwo o książkowym kacu: MAGOWIE I PORODY

Z przykrością donoszę, że zdałam sobie właśnie sprawę z tego, że nigdy, przenigdy nie zdołam opowiedzieć, napisać czy choćby wspomnieć o wszystkich książkach, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły. Odkrycie to jest nagłe i szokujące, a jednak jak prawdziwe! Z tej okazji postanowiłam...to zmienić. Już tłumaczę...

W serii NA TRZEŹWO O KSIĄŻKOWYM KACU prezentować będę książki, których próżno szukać na najbardziej popularnych księgarnianych regałach. Nie będę się starać w żaden logiczny sposób zestawiać wybranych przez siebie pozycji. Zacznijmy więc od MAGÓW i PORODÓW.
___________________________________________________________________________________


TKACZ ILUZJI, Ewa Białołęcka

Ewa Białołęcka to nazwisko ważne w świecie polskiej fantastyki. Nazwisko ważne także dla mnie, ponieważ to pierwsza kobieta plus Polka, plus autorka fantastyki, po którą sięgnęłam. Tkacz iluzji to tytuł opowiadania, za które autorka dostała Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Książka Tkacz iluzji to zbiór opowiadań osadzonych w wykreowanym przez Białołęcką świecie. Tytułowym Tkaczem jest głuchoniemy Kamyk, młody adept magii, którego umiejętnością jest tworzenie iluzji rzeczywistych lub wymyślonych rzeczy, zwierząt, osób i zjawisk. Jego kompanem jest Pożeracz Chmur, smok - stworzenie przypominające kształtem wizerunek znanych nam smoków, ale pokryte grubą sierścią i posiadające umiejętność zmieniania swoich kształtów, transformacji w inne formy: zwierzęce lub ludzkie. Tkanie iluzji to nie jedyna umiejętność, jaką mogą posiadać magowie. Niektórzy są Wędrowcami, którzy przenoszą rzeczy i osoby na różne odległości, inni Mówcami, posiadającymi umiejętność komunikowania się za pomocą myśli. Oprócz nich Białołęcka stworzyła także m.in. Obserwatorów, Wiatromistrzów i Przewodników Snów. W Tkaczu iluzji Kamyk ma do czynienia z Pierwszym Kręgiem, czyli ściśle zhierarchizowanym podziałem magów. Razem z nim poznajemy zasady rządzące magią, wszystkie rodzaje talentów, jakie mogą posiadać magowie oraz towarzyszymy mu podczas rozwijania jego własnej umiejętności. Opowiadania składające się na pierwszy tom Kronik Drugiego Kręgu czyta się szybko, bo Białołęcka ma niezwykły talent do tworzenia lekkiej, ale interesującej narracji. Czytałam Tkacza już dawno, dość dawno, by chcieć lekturę powtórzyć i sięgnąć w końcu po kolejne tomy Kronik. W stworzonym przez Białołęcką świecie nie ma przesady i amerykańskich wybuchów, ale jest logika praw rządzących rzeczywistością i głębia stworzonych przez nią bohaterów. To książka, która mimo upływu lat nadal we mnie siedzi. Białołęcka wie, jaką historię chce przekazać czytelnikowi i po prostu to robi.

"Czytałem" umysł Kamyka i widziałem świat takim, jakim poznawał go ten chłopiec. Świat, gdzie moneta była twarda i kanciasta, lecz nigdy brzęcząca, burza oznaczała błyskawice, ale nie gromy. (...) Potrafił godzinami przesiadywać w pozycji medytacyjnej, nadając coraz bardziej fantastyczne kształty najmniejszemu źdźbłu trawy. W końcu zaczął kształtować nawet powietrze, poddawało się jego woli jak glina palcom garncarza. (...) Do pełnego mistrzostwa brakło mu jednej rzeczy. Jego drzewa poruszane wiatrem nie szumiały, ogniste ptaki były nieme, wielkie, groźne bestie bezgłośnie otwierały pyski. Potrafił stworzyć iluzje wszystkiego prócz dźwięku. Z wiekiem coraz pełniej zdawał sobie sprawę z przepaści, która dzieliła go od reszty ludzi. Czuł się coraz mocniej pokrzywdzony, coraz bardziej zbuntowany. Właśnie ten bunt miał go zaprowadzić dalej niż mógłbym przypuszczać.





MUNDRA, Sylwia Szwed

Bez fikcji o porodzie mówi coraz więcej osób. Nietrudno znaleźć w sieci wyznania kobiet, dla których poród był traumą lub najlepszym przeżyciem w życiu. Mundra to zbiór dziesięciu wywiadów z położnymi, z kobietami, których całe życie obraca się wokół porodów. Najstarsza z rozmówczyń ma ponad dziewięćdziesiąt lat, najmłodsza dwadzieścia sześć. Sylwia Szwed zapisuje rozmowy dotyczące przyjmowania porodów od czasów II wojny światowej. Każda z rozmówczyń jest innym człowiekiem, inną kobietą i inną położną. Mają odmienne doświadczenia oraz spojrzenia na poród i macierzyństwo. Łączy je zawód, który istniał zawsze, choć można na nim zaobserwować wiele zmian nie tylko medycznych, ale także społecznych czy politycznych. Niektóre z wywiadów są lekkie, choć nie wolne od wspomnień przykrych i trudnych. Inne wywiady czytałam opornie, czując jak historia rozmówczyń wdziera się w sferę mojej kobiecości. Wydaje mi się jednak, że Mundra to nie tylko książka dla kobiet, a już na pewno nie tylko dla tych osób, które planują posiadanie dzieci. Rozmowy z położnymi można traktować jako dobry materiał historyczny, zbiór porównujący podejście do rodzenia oraz metod przyjmowania porodów w różnym czasie i miejscu. Można też traktować tę książkę jako wspomnienia kobiet dotyczące innych kobiet. Można skupić się na tym, co położne mówią o czasach współczesnych i jak diagnozują przyszłość położnictwa. Można jednak także zebrać wszystkie aspekty w jedno miejsce i po prostu zastanowić się nad tym, kim położna jest, kim była, a kim być powinna. Dla mnie lektura książki Sylwii Szwed była czymś niezwykle interesującym i otwierającym oczy na wiele zjawisk, o których wcześniej nie myślałam. Odebrałam ją osobiście, intensywnie i pozytywnie, także dzięki temu, że rozmówczynie nie bały się opowiadać o rzeczach brutalnych, krwawych i trudnych. W zbiorze nie ma pytań pustych i łatwych, są za to takie, które zmuszają do dyskusji.

Chciałabym pracować z położnymi. Pokazać im to, że ten zawód to nie jest układanie strzykawek. Że otwiera różne możliwości w głowie i umożliwia rozwój. Mnie już średnio pasjonuje rozwieranie się szyjki macicy. Mam ten etap za sobą. Praca z kobietami tak, ale w ograniczonym zakresie, bo moja rodzina płaci za to cenę. Dyspozycyjność położnej domowej jest bardzo męcząca, przynajmniej dla mnie. Wiem, że są dziewczyny, które sobie z tym lepiej radzą, ale ja złapałam się na tym, że od paru lat boję się, że zadzwoni telefon. (...) Ja już jestem w głębokim połogu. Jestem gotowa, żeby trochę to dziecko usamodzielnić i zająć się sobą. I na pewno to nie jest zatrzaskiwanie drzwi. Bo złapałam się na tym, że jak ktoś się mnie pyta, kim jestem, to najpierw mówię, że położną.

środa, 12 sierpnia 2015

TAJEMNICE KRÓLÓW, VICTORIA GISCHE







Tytuł: Tajemnice królów
Autor: Victoria Gische
Data I wyd.: czerwiec 2015
Wydawnictwo: Bellona
Ilość stron: 336

Dwa Trzy słowa: piasek w oczach







Czasem myślę o tym, że powinnam zawodowo zajmować się analizą blurbów oraz ich stosunkiem do tego, co naprawdę dzieje się w książce. Podziwiam osoby, które tworzą te krótkie notatki. Sama też mogłabym je pisać, używając wielu trudnych, sensacyjnych i emocjonujących słów. W różnych zestawieniach, odpowiednio budzących wyobraźnię.

Tajemnice królów to powieść osadzona w realiach Starożytnego Egiptu. Akcja książki toczy się w okresie Nowego Państwa. Horemheb, który objął tron, zaczyna interesować się tajemniczym zaginięciem księżniczki Anchesenamon. Podejrzewa, że poprzedniego króla, młodego Tutanchamona, zamordowano, a księżniczka może być w niebezpieczeństwie. Śledztwo zleca Shardanowi, żołnierzowi z trudną przeszłością.

Tyle streszczenia powieści, a teraz wróćmy do blurbów. Zgodnie z informacją umieszczoną na okładce, powieść miała być wielowarstwowa, pełna tajemnic, przygód, zdrad, sensacji. Na kartach powieści powinna toczyć się walka o prawdę i władzę, walka wypełniona emocjami oraz niebezpiecznymi decyzjami. Słowem: tajemnica, akcja, tajemnica. Mój odbiór tej książki to ziewanie, irytacja i wymęczanie jej drugiej połowy, kiedy zrozumiałam, że nic ekscytującego mnie już nie spotka. Nie jest to książka tragiczna, uwierzcie, czytałam powieści jeszcze bardziej pozbawione logiki, zupełnie wyzute z akcji. Z Tajemnicami królów mam ten problem, że udało mi się je przeczytać bez większej depresji. Nie odkładałam książki całkiem na bok, ale przymykałam strony, żeby przetrawić bardziej irytujący fragment. Pomysł na powieść niewątpliwie jest. Więc co jest nie tak?

Victoria Gische tworzy bogate opisy scenerii, z dbałością  konstruuje przestrzenie, budynki. Fakty historyczne, chociaż oczywiście musiały się w tego typu powieści pojawić, nie są rzeczą najistotniejszą. Stanowią interesujące tło, łagodnie wkomponowywane w akcję. Klimat Egiptu można rzeczywiście poczuć, tak samo jak usłyszeć gwar głosów na jednym z opisywanych przez autorkę targów. Przed lekturą powieści bałam się najbardziej tego, że w Starożytnym Egipcie będzie za dużo starożytności i za dużo Egiptu, że historia lub orientalizm przeważą nad fabułą i bohaterami. Tak się nie stało, co liczę na plus, ponieważ nigdy nie czułam się dobrze w historiach osadzonych w Starożytnym Egipcie. Problem powieści leży jednak w tym, że główny motor wydarzeń, czyli bohaterowie, nie mają w sobie nic, co byłoby reprezentatywne i intrygujące. Postaci dzielą się na miłe i chcące prawdy oraz złe, występne i pełne kłamstwa. Występny zawsze pozostanie występnym, a dobry - dobrym, niezależnie od jego życiowych doświadczeń oraz sytuacji, w jakiej się znajduje. Sposób prowadzenia narracji, dialogów czy przedstawiania myśli bohaterów nie pozwolił mi stworzyć sobie ich bardziej szczegółowych wizji. Dobrzy wygrywają i żyją długo, źli zostają ukarani i wszyscy wiedzą, jak brzydkie było ich zachowanie. I nie jest to spoiler, bo takie rozwiązanie przeczuwa się już po ćwierci lektury. Z takich postaci trudno utkać akcję. Bohaterowie gdzieś dążą, przemieszczają się, rozmawiają, ale mam wrażenie, że autorka chciała zbyt szybko zmieniać miejsca i klimat. Czasem miałam problem ze zrozumieniem, czy bohater już dojechał do celu swojej podróży czy zatrzymał się gdzieś po drodze. Nie było płynnych i logicznych przejść, ale fragmenty oderwane od siebie i zlepione w nie całkiem przyswajalny sposób. Jak na złość, kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że najciekawsze momenty autorka pomija, przytaczając je jedynie w rozmowach między bohaterami, jakby miała problem z opisywaniem żywej akcji. Ujmuje to wiele powieści, która jest reklamowana jako pełna przygód. Opisy relacji wydają mi się mało logiczne, a wiele prawdziwie potężnych i istotnych postaci (władców) nie działała zgodnie z logiką, ale była motywowana mało uzasadnionymi wrażeniami i przeczuciami. Najmniej prawdopodobne i najbardziej naruszające mój zmysł poszukiwania związków przyczynowo-skutkowych były jednak przypadkowe spotkania Sherdana z dobrymi, miłymi ludźmi, którzy w pierwszym zdaniu proponowali mu pomoc, a w trzecim zapraszali tego obcego człowieka do swojego domu na kolację, nocleg i długie rozmowy z całą familią. Samo zawiązanie akcji - powód poszukiwania zaginionej księżniczki - też nie poruszył mnie tak, jak powinien. Czytelnik powinien chcieć rozwikłać tajemnicę na równi z bohaterami. Gdy jednak doszło do prawdziwych poszukiwań w powieści, księżniczka była mi zupełnie obojętna. Owszem, historia jej oraz jej młodego męża, który z dnia na dzień został władcą, była interesująca, może nawet raz poruszyła serce (jeden, jedyny raz), ale nie wykorzystana na tyle, na ile powinna. Miałam wrażenie, że jedynym powodem, dla którego Horemheb chce odnaleźć Anchesenamon jest jego widzimisię. Widział ją na oczy raz, kilka lat przed tym, jak sam został władcą. I teraz, choć ma swoją władzę dopiero przez chwilę i mnóstwo innych problemów, postanawia szukać zaginionej kobiety. Powód poszukiwań jest dla mnie pozbawiony logiki i zwyczajnie słaby. Nie mrozi krwi w żyłach. Nie zaciekawia. A niech księżniczka będzie sobie zaginiona - nawet przez moment nie interesował mnie jej los. Powieść nie dała mi powodu, by było inaczej.

Kiedy już przebrniemy przez temat małej logiki relacji między bohaterami - relacji płaskich, dziejących się, jak w bajce, z chwili na chwilę, mało umotywowanych, należy przejść do pomysłu na fabułę w ogóle. Moim zdaniem pomysł istnieje. Istnieje też konstrukcja i narracja. Nachalnie krótkie zdania w pewnym momencie utrudniały mi czytanie, jednak jestem w stanie uznać, że autorka ma taki styl. Sama piszę zdania długie i skomplikowane, wiec nie będę na to narzekać. Całokształt był jednak...niewystarczający. Za mało emocji, za mało tajemnicy, za mało napięcia. Scen trzymających czytelnika w niepewności prawie wcale. Sceny erotyczne - pozbawione dreszczyku. Jeśli miałabym jakoś tę powieść zaklasyfikować, musiałabym chyba wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jest powieścią do cna zwyczajną, nasyconą przypadkami i patetycznymi słowami bohaterów, brzmiącymi trochę jak wypowiedzi postaci z oper mydlanych. Nie było krwi, nawet jeśli ta się lała. Nie było łez, nawet jeśli ktoś płakał. Przebrnęłam przez powieść jak przez umiarkowanie zajmujące wykopaliska, z których żadnego wielkiego odkrycia nie będzie.

Tajemnice królów nie doprowadzają czytelnika do łez niemocy i czytelniczej depresji, ale nie kończą się także kiwaniem z uznaniem głową i chęcią polecenia powieści kolejnej osobie. Przeczytałam, przebrnęłam, skończyłam. A teraz chętnie książkę sprzedam lub oddam do biblioteki, bo nie chcę na nią patrzeć.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

BOOK TAG: SŁOWNIK SZTUKI


Tag ten przywędrował do mnie z bloga Słownik Sztuki

INSTRUKCJA

Krok 1. Wybierz dwie litery alfabetu. Sugeruj się pierwszą literą swojego imienia i pierwszą literą nazwiska. Jeśli litery się powtarzają, zastąp jedną z nich pierwszą literą nazwy swojego bloga. 

Krok 2. Do każdej litery dopasuj po jednym zaczynającym się od niej tytule książki i opisz go w 2-6 zdaniach. Wybieraj spośród swoich ulubionych powieści. 

Krok 3. Nominuj kilka kolejnych osób.

MOJE LITERY: M i K


Makbet Williama Szekspira to - jak mówi niezastąpiona Wikipedia - nie tylko jedna z najczęściej wystawianych, ale także najkrótsza tragedia pisarza. Dla mnie to przede wszystkim utwór, który za każdym razem czytam z wypiekami na twarzy. Nie Hamlet, nie Romeo i Julia, ale właśnie Makbet jest dziełem Szekspira, które najsilniej do mnie przemawia. Władza, morderstwo, kobieta fatalna - czy można chcieć czegoś więcej?


Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk to tomisko wielkie, potężne, grube, ciężkie, piękne, soczyste, zachwycające, pochłaniające czytelnika bez reszty. Nie będę nikogo oszukiwać - żeby przeczytać tę powieść trzeba mieć i odpowiedni wiek (a co za tym idzie - doświadczenie życiowe i czytelnicze), i odpowiednią wiedzę (aby nie pogubić się w faktach historycznych i nie utonąć w języku), i odpowiedni nastrój (bo do przeczytania książki liczącej ponad 900 stron należy być przygotowanym). Jednak lektura Ksiąg jest fascynująca, intensywna, często zaskakująca, a przede wszystkim - dająca ogromną satysfakcję.







NOMINUJĘ





A Wam jakie książki pierwsze przychodzą na myśl dla liter M i K? Jakie dla Waszych inicjałów?

niedziela, 9 sierpnia 2015

#bookish: KONKURSY LITERACKIE (Genius Creations i Rw2010 & SUMPTIBUS)

Dzisiejszy post ma charakter czysto informacyjny, a adresowany jest przede wszystkim do tych, którzy piszą. Więcej informacji o każdym z konkursów otrzymacie po kliknięciu na jego pełny tytuł. I pamiętajcie - rękopisy nie płoną!


Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest przesłanie do 31 października 2015 niepublikowanego wcześniej utworu będącego opowiadaniem o tematyce fantastycznej, powiązanym treścią z głównym hasłem konkursu "Dobro złem czyń". Objętość tekstu nie powinna przekroczyć 60 000 znaków ze spacjami. Co ważne: nie ma limitu wysłanych opowiadań. Spośród wszystkich nadesłanych prac jury wyłoni najlepsze, które zostaną wydane w formie antologii.


Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest przesłanie do 31 października 2015 niepublikowanego wcześniej utworu będącego współczesną powieścią obyczajową o objętości minimum 150 stron (240 000 znaków ze spacjami). Spośród wszystkich zgłoszeń kolegium redakcyjne dokona selekcji, najlepsze przekazując jurorom-blogerom (do którego grona zaliczam się m.in. ja). Nagrodą w konkursie będzie możliwość publikacji powieści w Oficynie wydawniczej RW2010. 

piątek, 7 sierpnia 2015

BOOK HAUL: lipiec

Ponieważ bardzo lubię zaglądać obcym do portfela i na książkowe półki, sama też po raz kolejny postanowiłam przedstawić przegląd książkowych różności, które pojawiły się u mnie w ciągu ostatniego miesiąca. Zanim jednak rozpiszę się o tym, co powiększyło moją biblioteczkę, zacznę od wspomnienia poprzedniego haulu oraz drobiazgu o nazwie PEPEBOOK. W komentarzach ktoś poprosił mnie o relację z używania tego gadżetu. Poużywałam więc go sobie przez miesiąc i już wiem, że nie mogę go zapomnieć podczas wakacyjnego wyjazdu. Czytanie jedną ręką z tym specyficznym pierścieniem jest rzeczywiście wygodniejsze - książka się nie zamyka, więc żaden wiatr nie jest straszny. Mogę też chilloutować z drinkiem w jednej i książką w drugiej dłoni. Czasem odnoszę wrażenie, że mój pepebook może mieć nieco za duży rozmiar, ale wrażenie to znika po kilku przeczytanych stronach. Wiem, że na polskich stronach związanych z książkowymi gadżetami można już znaleźć sporo podobnych zakładek, np. THUMB THING na epikbox.pl.

W lipcu zdążyłam kupić nowy numer FANBOOKA (czerwiec-sierpień), jednak nie miałam go jeszcze okazji porządniej przejrzeć. Zainteresowanych odsyłam do posta dotyczącego poprzedniego numeru (tutaj), gdzie ogólnie piszę czym "Fanbook" jest. A teraz...BOOK HAUL.


Jestem wielką fanką płóciennych toreb i od pewnego czasu coraz częściej to właśnie je - zamiast zwykłej torebki - wybieram na wszelkiego typu wojaże, czy to studenckie, czy zakupowe. Torba z własnym logiem zamarzyła mi się nagle i...po prostu się stała! Jedną zostawiłam dla siebie, a dwie rozdałam czytelnikom bloga i facebooka!


Jurassic Park Michaela Crichtona przybył do mnie prosto z allegro. Natchniona premierą filmu Jurassic World postanowiłam powrócić do korzeni i zapoznać się z książką, która wszystko zaczęła. Nie zawiodłam się. Dla niekumatych: bardzo bogaty wizjoner kupuje wyspę, a na niej tworzy park rozrywki z... żywymi, sklonowanymi dinozaurami. Kłopoty bardziej niż pewne! Po raz pierwszy książkę wydano w 1990 roku! Recenzja książki tutaj


Gregor i Niedokończona Przepowiednia Suzanne Collins oraz Ogień i woda Victorii Scott to dwie powieści, które otrzymałam od wydawnictwa IUVI. Obie pozycje przeczytałam oraz zrecenzowałam. (Polecam! Polecam!) Gregor opowiada o chłopcu, który niespodziewanie wpadł do Podziemia, świata znajdującego się pod Nowym Jorkiem. Ogień i woda to historia nastolatki, która walczy w Piekielnym Wyścigu o lek dla swojego śmiertelnie chorego brata. Recenzję Gregora znajdziecie tutaj, a kilka słów o Ogniu i wodzie - tu.


Wyklętych Olgi Haber oraz powieść Furia rodzi się w sławie Krzysztofa Koziołka otrzymałam dzięki akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają (PNGiSAM). Nie wiem, co z tego wyniknie, bo od każdej z powieści spodziewam się czegoś innego. Furia to kryminał osadzony pod koniec 1944 roku, a w blurbie wspomina się także procesy czarownic. Wyklęci to również historia z morderstwem w tle i...w blurbie także przeczytamy o wiedźmie. Recenzje ukażą się w drugiej części sierpnia.


Królowa Tearlingu Eriki Johansen to książka, którą otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Galeria Książki. Wydawnictwo to znam już od pewnego czasu i bardzo mi się ono podoba - nie tylko ze względu na dobór proponowanych czytelnikom książek, ale także dzięki ich prezentacji. Ta książka zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia swoją okładką, składem, dbałością o szczegóły wizualne i fizyczne. Powieść opowiada o dziewiętnastoletniej następczyni tronu, która najpierw musi pokonać drogę dzielącą ją od kryjówki do stolicy kraju, a później...nie tylko usiąść na tronie, ale także zacząć działać w obronie swoich ludzi. Recenzja książki tutaj


Wycieczka do empiku kończy się albo wielkim kacem (gdy portfel pusty) albo wielkim szczęściem (gdy portfel, wyjątkowo, pełny). Ja upolowałam Lalkę Bolesława Prusa w pięknym wydaniu Wydawnictwa MG oraz Matkę Makrynę Jacka Dehnela (Wydawnictwo W.A.B.). Pierwszą książkę czytałam dawno, dawno w szkole i uwielbiam, choć wielu pewnie skrzywi się na te słowa. Powieść o biznesie, o uczuciach, o ludziach. Kiedy przegryzie się przez (nie tak dużą) barierę językową, Lalka czyta się sama. A że lubię szokować, powiem także, że okładka tej edycji szalenie mi się podoba. Dehnela także miałam już okazję czytać wcześniej, choć w innej książce. Dehnel - pisarz zacny. Matka Makryna - książka dowcipna, rzetelna i błyskotliwa. Odkrywa historię tytułowej Makryny, która była wielkim symbolem narodowowyzwoleńczym, a jednocześnie...wspaniałą oszustką. Więcej odświeżonej klasyki z Wydawnictwa MG zobaczycie tutaj


Papier. Pistolet na gorący klej. Farby. Dzięki tym trzem rzeczom udało mi się (nareszcie, NARESZCIE, N-A-R-E-S-Z-C-I-E) stworzyć własną różdżkę. Pierwsza potrzebuje jeszcze kilku poprawek. Druga - widoczna na zdjęciu - wybrała mnie i nie potrzebuję dla siebie już absolutnie żadnej innej. Ale łyknęłam bakcyla i otrzymałam kilka zamówień od najbliższych mi potteromaniaków, więc...będę robić i robić, i robić.

Jak widać, lipiec skończył się na tym, że większość książek, które do mnie trafiły... od razu zostały przeczytane. Cierpią na tym moje wakacyjne plany (Potter! The Walking Dead!), jednak myślę, że było warto. Czy Wasze biblioteczki powiększyły się w lipcu o nowe pozycje? A może czytaliście już coś z książek, o których wspomniałam powyżej? Piszcie koniecznie!

środa, 5 sierpnia 2015

KRÓLOWA TEARLINGU, Erika Johansen






Tytuł: Królowa Tearlingu (ang. The Queen of the Tearling)
Autor: Erika Johansen
Data I wyd.: 2014 (PL: luty 2015)
Cykl: Królowa Tearlingu (tom 1)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 486

Dwa słowa: przejmowanie władzy (nad czytelnikiem)





Dobra fantastyka (i dobra powieść w ogóle) dzieje się wtedy, kiedy nie ma w niej przesadnej naiwności i narzucającego się podziału czarne-białe, dobre-złe. Wtedy, gdy otrzymujemy bohaterów z wadami, gdy nie wszystkie księżniczki są piękne i nie wszystkie spotkania damsko-męskie kończą się romansem, ślubem i gromadką szczęśliwych dzieci zamieszkujących krainę wolną od zła, podatków i burdeli. Nie. Dobra fantastyka pokazuje, że idealnego świata nie ma. Nie ma idealnych księżniczek, książąt na białych koniach, a nawet najbardziej nieśmiertelny dogmat może okazać się rzeczą przemijającą.

Kelsea jest następczynią tronu. Choć po swoich dziewiętnastych urodzinach będzie musiała zasiąść na tronie, o własnym państwie oraz historii swojego rodu wie niewiele. Dorastała w ukryciu, w niewielkim domostwie wśród lasów, gdzie nie mógł znaleźć jej żaden skrytobójca wysłany przez tych, którzy chcieli się pozbyć królewskiej krwi. W chwili, w której Kelsea ma wrócić do swojego państwa, świat dzieli się na cztery narody, z czego trzy z nich - w tym kraj Kelsea - podporządkowane są potężnemu Mortmesne i Szkarłatnej Królowej. Kelsea musi nie tylko zawalczyć o własny tron i ugruntować fakt jego przejęcia, ale także zmierzyć się z bolesnymi skutkami ostatnich kilkunastu lat rządów regenta.

Moim najsilniejszym wspomnieniem związanym z lekturą tej powieści jest to, że pochłonęłam ją zachłannie, a po jej zamknięciu poczułam najprawdziwszego i najcudowniejszego kaca książkowego. Historia trwała we mnie i pospiesznie musiałam się upewnić, czy na pewno mogę liczyć na kolejny tom. Rwałam się też do innych książek, jakby miały mi pomóc pociągnąć dalej ten piękny, fascynujący stan absolutnego oddania swojej uwagi fabule. Podczas czytania w jakiś nie całkiem świadomy sposób czułam, co chciałabym, aby stało się częścią historii Kelsea. Rysowałam w głowie fabułę, którą sama bym poprowadziła, mając karty, jakie na początku powieści rozłożyła autorka. Ku mojemu zdziwieniu, w kilku elementach powieść poszła w kierunku, który sama sobie dopowiedziałam. I nie mówię tu u ogółach, ale o pewnych charakterystycznych drobiazgach. Nie oznacza to jednak, że czułam przejmującą powtarzalność lub przewidywalność powieści. Nie przypominam sobie podobnej fabuły, koncepcji czy bohaterki. Być może po prostu między mną a autorką Królowej Tearlingu jest niewidoczna więź. Czuję jej główną bohaterkę, czuję Kelsea w taki sposób, w jaki czasem czuję bohaterów wymyślonych przez samą siebie. 

Po raz pierwszy miałam przed sobą bohaterkę, z którą w pewien sposób się utożsamiłam. Polubiłam ją i wspierałam, ale przede wszystkim rozumiałam jej sposób myślenia i działania, jej problemy, jej charakter. Kelsea jest dziewczyną u progu dorosłości, ma 19 lat, trochę za dużo ciała. Wie, że nie jest pięknością i choć odczuwa ukłucie zazdrości na widok pięknych, wiotkich kobiet, wie, ze pycha nikogo nie może zaprowadzić daleko. Może chciałaby coś w sobie zmienić, czasem o tym myśli, a czasem doradzają jej to inni, jednak ostatecznie tkwi w zbyt ważnym momencie dziejowym swojego państwa, żeby przejmować się takimi drobiazgami. Jest nastolatką, kobietą, ale jednocześnie władczynią, która stara się nauczyć tego, czego nikt nie mógłby jej nauczyć - władania państwem, które zmierza prostą drogą ku upadkowi i ratowania go od zniszczenia. Dlatego Kelsea ma w sobie gniew, ale stara się nad nim panować, choć nie zawsze jej to wychodzi. Postępuje zgodnie ze swoją wolą, szukając takiej ścieżki, która pozwoliłaby jej zasłużyć na szacunek. Nie chodzi jej jednak o szacunek całego świata zdobyty za jednym zamachem. Nie chodzi o jedno wielkie wydarzenie, po którym wszyscy ludzie padną na kolana, a świat będzie się kręcił zgodnie z odpowiednim rytmem. Może dlatego właśnie jest tak prawdziwa. Najpierw chce, by rozumieli ją i słuchali jej najbliżsi obrońcy i współpracownicy. Kelsea boi się i bywa słaba - jak królowa, jak kobieta, jak każdy inny człowiek. Kiedy jednak musi, zaciska zęby, bo wie, co należy do jej obowiązków i przeznaczenia. Równie ważne i dobrze rozrysowane są relacje między nią a innymi bohaterami. Na szczególną uwagę zasługują wszystkie fragmenty dotyczące Kelsea i Buławy, dowódcy jej straży. Myślę, że oboje czegoś się od siebie uczą, choć nie wszystkie rzeczy w powieści są dosłownie nazwane.

Tak wiele rzeczy dotyczących przejmowania władzy zostało w powieści poruszonych, choć jednocześnie nie odczułam przytłoczenia nadmiarem informacji. Język powieści jest płynny i prosty, a rytm akcji wzrasta z każdym rozdziałem. Autorka dba o to, żeby czytelnik otrzymał dane dotyczące sytuacji społecznej i gospodarczo-politycznej, wplata także dość istotny wątek dotyczący zależności między religią a państwowością. Wątków, które można pochwycić i rozwinąć w kolejnym tomie (tomach), jest wiele. Główna bohaterka - oraz najważniejsi dla niej bohaterowie drugoplanowi - muszą opracować odpowiedni plan przejęcia władzy. Sama koronacja nie wystarczy, by ją utrzymać. Obrazu dopełniają bowiem ludzie, którym panowanie Kelsea nie jest na rękę. I nie chodzi o wielkie sprawy moralne, wyznaniowe czy światopoglądowe - ale o pieniądze, najważniejszy i najsilniejszy motyw postępowania ludzi. Tearling przedstawiony został jako miejsce w wielu aspektach uzależnione od państw ościennych oraz wewnętrznych hierarchii. Zwrot, który dokonuje się poprzez pojawienie się na arenie politycznej Kelsea sprawia, że pewne zjawiska utrwalone w ciągu ostatnich kilkunastu lat zaczynają się niebezpiecznie wahać. Kelsea okazuje się być bowiem osobą, która nie chce posiadać ładnego diademu na swojej głowie, ale chce wykorzystywać jego symboliczną siłę, by coś rzeczywiście zmienić. Choć ma dziewiętnaście lat i bywa zagubiona, przestraszona czy niedoinformowana, nie można odmówić jej wrażliwości oraz silnego poczucia obowiązku, rozbudzanego przez następujące po sobie w powieści wydarzenia. A tych nie brakuje, więc czytelnik nie ma czasu na nudę czy odłożenie książki na bok. Wydaje mi się, że właśnie takiej bohaterki mi brakowało. Już nie naiwnej nastolatki, ale jeszcze nie całkiem wykształconej i wszechwiedzącej władczyni. Kelsea musi nauczyć się panować nad sobą, słuchać innych oraz oceniać ludzi. Nic nie jest proste.

- Nie jestem uczciwy - wycharczał starzec. Kelsea nie rozpoznawała jego akcentu, nie był to bowiem akcent czysto tearliński. Był mocny i nosowy zarazem. - Ale można mi ufać.

Intrygi, zróżnicowanie społeczne, ekscytujące opisy zamachów na życie, spisków, walk. To wszystko sprawia, że Królowa Tearlingu absorbuje uwagę czytelnika. A jednak nie jest to powieść, którą należy dzielić na mniejsze partie, by utrwalić sobie rzeszę imion, nazw czy pojęć. Rozgrywki polityczne, walki z mieczem w dłoni oraz magia są dobrane w odpowiednich proporcjach. Autorka posłużyła się narracją z perspektywy różnych bohaterów, dzięki czemu obserwujemy wydarzenia poboczne, które w dalszym ciągu powieści okazują się kluczowe. Nie ma jednak wrażenia oderwania fragmentów. To klasyczny zamysł konstrukcyjny, dający nieco oddechu oraz zróżnicowania w ostatnią modę powieści z narratorem pierwszoosobowym. W Królowej Tearlingu nie znalazłam postaci płaskiej. Czułam mięśnie, skórę, krew, widziałam procesy myślowe i przeczuwałam historie otaczające poszczególne kreacje. Postaci są prawdopodobne i stworzone realistycznie. Świat został wymyślony z dbałością o szczegóły. Nie ma elementów, które wyłaniałyby się z próżni bez logicznego uzasadnienia. Wręcz przeciwnie - po lekturze zostałam pozostawiona z głębokim przekonaniem, że rzeczy, które w tej chwili są tajemnicze lub nie do końca jasne, doczekają się rozwinięcia w kolejnych tomach. Ta powieść Eriki Johansen prezentuje dokładnie tyle informacji, ile czytelnik potrzebuje na danym etapie lektury. Dość, żeby być zainteresowanym, ale nie tyle, by wytworzyć w swojej głowie zbyt dużo wymagań dotyczących kontynuacji.

Choć mam kaca, jestem najedzona. Czuję się z tą powieścią...pełna. Chcę, żeby została u mnie na półce, chcę widzieć ją i o niej pamiętać. I już w tej chwili wiem, że będę również chciała kiedyś do niej wrócić. Polecam Królowę Tearlingu czytelnikom nastoletnim oraz dorosłym, wszystkim, którzy lubią akcję, odrobinę magii oraz sporą garść planowania oraz intryg.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU GALERIA KSIĄŻKI
Więcej o książce na stronie galeriaksiazki.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...