sobota, 22 sierpnia 2015

WYKLĘCI, Olga Haber







Tytuł: Wyklęci
Autor: Olga Haber
Data I wyd.: czerwiec 2015
Wydawnictwo: Videograf SA
Ilość stron: 272

Dwa słowa: książka-horror







Wykorzystywanie motywu wiedźmy we współczesnej kulturze oraz przenoszenie go w realia XXI wieku nie jest ani niczym nowym ani zaskakującym. Na wiedźmę można trafić więc wszędzie - za płotem, na ulicy lub w rodzinie. Dobre czy złe, wiedźmy zawsze mają nad człowiekiem przewagę. A jeśli jednak złe - to budzące grozę, przerażające, siejące zniszczenie, śmierć i strach. Utkać horror z wiedźmą w roli głównej? Teoretycznie nie powinno być nic prostszego.

Powieść Olgi Haber rozpoczyna się od odkrycia zwłok młodej skrzypaczki. Kobietę z poderżniętym gardłem porzucono w basenie śródmiejskiej fontanny. Zbrodnia porusza mieszkańców miasteczka, a policję zmusza do wzmożonej pracy. Najgorsze jednak ma dopiero nadejść - kolejne morderstwa pojawiają się nagle i są coraz bardziej niepokojące. W centrum tych wydarzeń znajdują się podkomisarz Sowa i jej partner, Misiak. Czy uda się im odnaleźć sprawcę, skoro brutalnych aktów dokonuje ciemna siła? Mieszkańcy zaczynają wierzyć, że za morderstwami stoi jedna z najstarszych europejskich wiedźm.

W założeniu Wyklęci są horrorem. W powieści znajdziemy elementy fantastyczne oraz wiele brutalnych opisów, niewyjaśnione zjawiska oraz niebezpieczeństwo wiszące nad niespodziewającymi się niczego ludźmi. Ważną częścią książki jest także para policjantów, która pojawia się na miejscach zdarzeń oraz próbuje odnaleźć sprawców morderstw. Tyle teorii. W praktyce horror dział się w mojej głowie, a najważniejszą zagadką, którą staram się rozwikłać do teraz, jest pytanie: czy policjanci mają w ogóle czas na robienie czegokolwiek poza jedzeniem? Oczywiście powieść tę da się czytać. Błędy interpunkcyjne, choć liczne, nie utrudniają odbioru książki tak bardzo, bym chciała wyrzucić ją przez okno i podeptać. Nie miałam też tych wykańczających momentów załamania, podczas których byłabym zmuszona do przymykania książki i wznoszenia oczu ku niebu. Nie, Wyklętych da się przejrzeć. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach miałam tej książki dość, ale doczytałam do końca. Bez zainteresowania, bez strachu, bez zawziętej chęci odkrycia wszystkich tajemnic. Czy, jeśli mam być dokładniejsza, bez chęci odkrycia jakiegokolwiek sekretu. Z uprzejmie opanowanym zniecierpliwieniem przewracałam kartki, a muszę zauważyć, że książki ubywało bardzo powoli. O horrorze trudno mówić, ponieważ droga do dobrego horroru wcale nie prowadzi przez rozrzucanie flaków i krwi po ścianach. To obrzydliwe, ale nie przerażające. To męczące i degustujące, ale na pewno nie przyciągające uwagę czytelnika. Konstrukcja powieści leży, bo ani w niej budowania napięcia na przestrzeni całej fabuły, ani mocnych bohaterów, ani odpowiedniego klimatu. Wyklęci mają swoje momenty, niestety nie dość ekscytujące, by zrównoważyły pozostałą część książki.

Jestem zawiedziona tą powieścią. Jej opis oferował mi dokładnie to, co lubię - tajemnicę, niebezpieczeństwo, krew i emocje. Tymczasem mord w powieści, owszem, jest. Jest go dużo i we wszystkich możliwych konfiguracjach, ale ostatecznie i tak zostało we mnie wrażenie przerostu formy nad treścią. Wspominanie dziwacznych spraw kryminalnych z przeszłości też nie obudziło we mnie wielu emocji, poza przekonaniem, że wszystkie te kwestie zostały dołączone tylko dla dodatkowego skumulowania okropieństwa. Podobnie jest w przypadku powtarzania przez autorkę zdań czy całych sekwencji - nie widzę w tych zabiegach niczego poza przeszkodą dla czytelnika. Za mało jest źle, ale za dużo także nie wróży sukcesu. Żeby chociaż policjanci tworzyli ostry duet chcący za wszelką cenę rozwiązać sprawę kilku morderstw. A jeśli nie w amerykańskim, dumnym stylu, to niechby chociaż byli typowymi policjantami z niewielkiej mieściny, przerażonymi nadmiarem okropieństw. Sowa i Misiak są tymczasem parą zwierząt z gatunku "głodny miś". Są głodni, jedzą i myślą o tym, co zjedli. Jedzą rzeczy kiepskie lub rzeczy dobre. Odgrzewają rzeczy kiepskie lub rzeczy dobre. Rozważają kwestię wyboru knajpy. Żują batoniki. Żują gumę. Stoją przy maszynach z przekąskami. Konsumują przekąski. Szukają drobnych na jedzenie. I znów jedzą. Gdybym chciała czytać książkę mającą tyle wspólnego z jedzeniem, z ogromną przyjemnością kupiłabym lekką i pachnącą drożdżówką powieść o Włoszech, Paryżu lub wadowickich kremówkach. Z powieści pamiętam to, że podkomisarz Sowa i jej partner jedzą i chuchają na ręce z zimna. To, że Sowa nigdy nie ma własnych rękawiczek, To, że Misiak zawsze żuje gumę. Rozmowy? Przesłuchiwanie świadków? Łażenie po ulicach, ostre pościgi, zwroty akcji, pokonywanie kolejnych przeszkód stojących na drodze do rozwiązania tajemnicy? Odpowiem na te pytania cytatem:
Kiedy już skończyli, Misiak zaprosił ją na wczesny obiad.
Większość elementów, które mogłyby składać się na żywe, wciągające widowisko została wycięta. Dajmy na to taką sytuację: żona pewnego pana zostaje zamordowana, a obok jej ciała znaleziono także ciało jej kochanka, który najprawdopodobniej po dokonaniu morderstwa strzelił sobie w głowę. Policja wzywa męża, który jest wstrząśnięty. Podkomisarz Sowa uprzejmie odwraca wzrok, dając mężowi chwilkę czasu na łzy. W tym momencie narracja się urywa. "Kiedy już skończyli, Misiak zaprosił ją na wczesny obiad.", a jeśli czytelnik liczy na to, że podczas jedzenia policjanci będą prowadzić jakieś istotne, dobrze rozpisane rozmowy - cóż, lepiej od razu przewinąć dalej. Podkomisarz Sowa co prawda próbuje coś z tym zrobić, ale niestety więcej czasu zajmuje jej myślenie o jedzeniu, jedzenie oraz wspominanie tego, co zjadła...

Kiedy patrzę na tę okładkę, myślę tylko o tym, że to bardzo prosta powieść. Prości bohaterowie pierwszoplanowi, proste zaszlachtowanie kilku mało porywających postaci w tle. Proste rozmowy, proste instynkty (szaleńczy śmiech wiedźmy i głód, głód, głód), a na końcu - proste odczucia czytelnika. Wynudziłam się, w żadnym momencie nie poczułam duszenia w dołku czy przyspieszonego bicia serca. Nie jest to horror, nie jest to powieść kryminalna - więc co zostaje? Na pewno jedno: lektura skazana na zapomnienie.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

3 komentarze:

  1. Zawiedziona? Kurczę, myślałam, że ma potencjał..

    OdpowiedzUsuń
  2. Mistrz horroru to Masterton - prawdziwa groza, ale trzeba dać szansę i takim małym "horrorom" . Może kobieta to pisząca jest delikatna i przestraszona? :) Każdy ma różne pojęcie grozy. :D
    Mimo wszystko książka mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...