środa, 30 września 2015

JAK ZŁAPAĆ ROSYJSKIEGO SZPIEGA, Naveed Jamali i Ellis Henican







Tytuł: Jak złapać rosyjskiego szpiega (ang. How to Catch a Russian Spy)
Autor: Naveed Jamali, Ellis Henican
Data I wyd.: 2015 (PL: wrzesień 2015)
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ilość stron: 368

Dwa słowa: prawdziwi agenci






Kto nie zna Jamesa Bonda? Nie sądzę, żeby wśród czytających te słowa znalazł się ktoś, kto nigdy nie usłyszał tego nazwiska. Przecież to chyba najsłynniejszy (i najprzystojniejszy) szpieg w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Ale znamy także doskonale imiona innych legendarnych szpiegów - nie tylko tych stworzonych na potrzeby książek czy filmowych produkcji. To te prawdziwe historie inspirują twórców przemysłu rozrywkowego.

Książka Naveeda Jamaliego to zapis jego pracy w roli podwójnego agenta, książka na faktach. Przez trzy lata Naveed współpracował z FBI, udając przed Rosjanami szpiega. Sprzedawał im informacje, szukał dojść do tajnych danych. Z rosyjskim pośrednikiem spotykał się w hałaśliwych amerykańskich restauracjach, po każdym spotkaniu zdając swoim przyjaciołom z FBI raport. Naveed Jamali nie był jednak wyszkolonym agentem, który na nauce swojego fachu spędził długie lata. Cała wiedza Naveeda na temat kontrwywiadu pochodziła z książek, seriali oraz filmów, które namiętnie poznawał, tworząc dla siebie szpiegowską legendę oraz planując kolejne kroki.
Oglądałem filmy, które już kiedyś widziałem, filmy, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, a także pojedyncze odcinki starych seriali telewizyjnych. Praktycznie uczyłem się ich wszystkich na pamięć. A później stawałem przed lustrem w łazience i ćwiczyłem co bardziej soczyste kwestie. (...) Może to brzmi idiotycznie, ale przysięgam, dzięki temu stworzyłem dla siebie nową, znacznie ostrzejszą legendę. Pomogło mi to wejść w rolę lepiej niż cokolwiek innego. Wystarczyło kilka rundek przed lustrem, a stawałem się zupełnie inną osobą. W ciągu trzydziestu sekund, podczas których naśladowałem Ala Pacino z "Człowieka z blizną" - "Zawsze mówię prawdę, nawet kiedy kłamię" - przeistaczałem się z Naveeda Jamalego, zwykłego kolesia, w Naveeda Jamalego, wkurwionego podwójnego agenta.
Podczas lektury Jak złapać rosyjskiego szpiega nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mam przed sobą książkę, która jest gotowym scenariuszem filmu sensacyjnego. Niemal widzę przed oczami pierwsze sekundy, w czasie których na ekranie wyświetla się wiele obiecujący napis: "Na faktach". Przez długą chwilę czekałam na to, kiedy autor przyzna się do tego, że zmyśla. Trudno mi było uznać, że to rzeczywiście zapis prawdziwej biografii. Historia Naveeda Jamaliego jest opowieścią, którą bez trudu można uznać za wymysł wyobraźni nasączonej sporą dawką amerykańskich produkcji filmowych. Zwykły chłopak, pochodzący z różnorodnej kulturowo rodziny (francusko-pakistańskiej), marzący o tym, by służyć w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, zaplątuje się w niebezpieczną sieć podwójnego szpiegostwa, na cześć swojego kraju oraz dla skoków adrenaliny, które są dla niego prawie tak istotne jak patriotyzm. Czemu mam wrażenie, że gdzieś już krąży film o podobnym scenariuszu?

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Tę książkę czyta się świetnie. Być może ma lepsze i gorsze momenty, choć jednak moim zdaniem poziom i tempo są ostatecznie wyrównane. Napisana jest we wciągający, budzący zainteresowanie czytelnika, sposób. Wartki ciąg zdarzeń został zrównoważony przez szczegóły dotyczące m.in. pochodzenia Naveeda, jego kariery, zainteresowań. Istotne i ciekawe są akapity poświęcone na opisy samochodów, o których Jamali chętnie opowiada i którymi równie chętnie jeździ. Nie brakuje także informacji dotyczących amerykańskiego prawa, Marynarki Wojennej czy FBI. Czytelnik nie gubi się w wydarzeniach będących częścią życia Naveeda, ponieważ wszystkie najważniejsze pojęcia czy kwestie urzędowe są wyjaśnione. Faktografia nie jest przytłaczająca, ale uzupełnia, nakreśla obraz, dodaje też charakterystycznych rysów głównemu bohaterowi tej historii. Sam Jamali jest w stosunku do siebie, powiedziałabym, ironicznie obiektywny, choć czasem nie mogłam pozbyć się myśli, że jest niedojrzałym chłopcem gnającym za marzeniami i mrzonkami. Być może tylko tego typu osoby są w stanie podjąć się zajęcia podwójnego szpiegostwa z takim entuzjazmem i tyloma pomysłami. A jednak sądzę, że w jakiś sposób można się z nim utożsamić. Kto oglądając filmy sensacyjne nie rozmyślał o tym, jak to by było zostać agentem wywiadu? Jedyna różnica między nami a Naveedem Jamalim jest taka, że on ruszył do działania, korzystając z tego, że jego rodzina od wielu lat miała już kontakt z rosyjskimi szpiegami oraz FBI. Naveed Jamali na stronach książki kombinuje, rozmyśla, tworzy różne scenariusze możliwych działań. Często z perspektywy czasu ocenia decyzje własne oraz swoich współpracowników. Im dalej zagłębia się czytelnik, tym więcej w monologu Naveeda odwołań do filmu. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że Jamali nie tylko stworzył dla siebie legendę w sensie drugiej osobowości, którą spuszczał ze smyczy przy rosyjskim szpiegu, ale także nieustannie tworzył na swój pożytek legendę o sobie, o członku kontrwywiadu, zwyczajnym chłopaku, którego american dream spełnił się z nawiązką. Gdy na końcu, podczas lektury długiej listy podziękowań, zdałam sobie sprawę z tego, że to jednak rzeczywiście prawdziwa historia, wszystko stało się dla mnie jeszcze bardziej wyraziste. Ameryko, o, wielka Ameryko, czego nie potrafisz? Stany Zjednoczone są przedstawione na kartach książki w dość typowy sposób. Nie nazbyt patetycznie, choć z tekstu bije amerykańska duma, przekonanie o amerykańskiej słuszności, o amerykańskim spełnianiu marzeń oraz o wyższości amerykańskich samochodów nad inne. Niech przykładem będzie choćby fragment opowiadający o tym, jak agenci FBI tłumaczą Jamaliemu, że amerykańskie służby zawsze muszą kierować się prawem, zawsze postępują zgodnie z zasadami, nawet jeśli oczywistym jest, że druga strona nie gra fair. Bo amerykańskie prawo w Stanach Zjednoczonych to amerykańska sprawa, a takiej sprawy nie można zignorować.

Ostatecznie mogę śmiało napisać, że dla fanów historii szpiegowskich książka ta będzie bardzo dobrym wyborem. Czyta się ją szybko, bo człowiek nie chce się od niej oderwać. Wciąga, bo człowiek chce czytać o spełnionych marzeniach i rozmijaniu się ze śmiercią. Zaskakuje, bo nadal nie wierzę, że mam przed sobą opowieść o prawdziwych wydarzeniach - to zbyt zwyczajna, pospolita historia, by mogła być rzeczywistością. Chyba wolę jednak marzyć o tajnych agentach w stylu Jamesa Bonda, choć przecież w prawdziwym świecie to zwykli chłopcy walczą za swoje kraje.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU ZNAK LITERANOVA
Więcej o książce na stronie znak.com.pl

poniedziałek, 28 września 2015

WARSZAWSKI NIEBOTYK, Maria Paszyńska







Tytuł: Warszawski Niebotyk
Autor: Maria Paszyńska
Data I wyd.: wrzesień 2015
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 432

Dwa słowa: dawna Warszawa







Nigdy nie byłam fanką Warszawy. Stolica stolicą, ale zawsze było mi bliżej sercem do klimatycznego Krakowa lub wielkopolskiego na wskroś Poznania. Może to też kwestia koneksji rodzinnych - swoje korzenie mam w Wielkopolsce i na południu Polski. Warszawa? Nigdy nie czułam klimatu tego miasta, nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Nie wiedziałam, o co właściwie chodzi tym wszystkim dumnym warszawiakom. Maria Paszyńska zmieniła trochę moje zdanie o stolicy. Jak bardzo?

Lata trzydzieste to dla Warszawy czas rozkwitu. Na placu Napoleona trwa budowa najefektywniejszego drapacza chmur, tymczasem społeczeństwo coraz mocniej odrywa się od podziałów klasowych, które rządziły nim jeszcze przed I wojną światową. Powieść opowiada o losach pięciorga przyjaciół: Jana, Andrzeja i Tadeusza Zasławskich oraz Berka Steina i Wojtka Starczewskiego. Młodych mężczyzn poznajemy u progu ich dorosłości - wszyscy uczą się i pracują, planują swoją przyszłość, poddają się pierwszym prawdziwym miłościom. Towarzyszymy im w czasie kilkunastu miesięcy, podczas których wiele z ich decyzji zostanie poddanych próbie, a oni sami będą musieli dojrzeć, zmierzyć się z rzeczywistością i często gruntownie zrewidować swoje pragnienia. 

Powieść jest napisana prostym, komunikatywnym, ale jednocześnie bardzo zgrabnym językiem. Nie ma żadnego problemu na linii między nadawcą a odbiorcą. Widać, że autorka wiedziała, co chce osiągnąć, co chce napisać, a także w jaki sposób chce to zrobić. Wydaje mi się, że osiągnęła zamierzony cel. Powieść czyta się dobrze. To lekki, ale ciekawy styl, zgrabnie rozpisane dialogi, nawet te toczące się między parami zakochanych. Nie ma przesady, dostrzegłam kilka razy to, że Maria Paszyńska bawi się słowem i swoimi bohaterami. Nie trzyma ich w twardych ryzach, nie wciska im niczego na siłę do ust. Równie interesujące są opisy wewnętrzne postaci, ich przemyślenia. Taka narracja sprawia, że książkę czyta się jeszcze lepiej. Więcej można zrozumieć, często dowiadujemy się rzeczy, z których bohaterowie nie zdają sobie sprawy. Nad wszystkim czuwa duch starej Warszawy. Jak już wspomniałam - coś, co przypomina mi klimat Lalki, choć oczywiście mowa o innych czasach, tej samej, ale innej stolicy. Może punktem wspólnym jest nutka melancholii, jakiejś przedziwnej tęsknoty za miastem, które już nie istnieje. Pewne budowle, ulice, skwerki bezpowrotnie przepadły i nigdy nie uda się ich odtworzyć. Autorka dbała o szczegóły i o ile zazwyczaj nie przepadam za drobiazgowym wyliczaniem mijanych ulic, w tym przypadku, tak jak u Prusa, jest to potrzebne, żeby wzbudzić w czytelniku tę tęsknotę, to poczucie, że nie mamy możliwości doświadczenia pewnych rzeczy. Budzenie w czytelniku przeświadczenia o utracie jest dobre. To właśnie sprawia, że powieść szybko staje się tak bliska. Czytelnik wchodzi w świat przedstawiony. Czuje go.

Magiczne opisy Warszawy, wnętrz, zasad rządzących ówczesnym życiem nie przeważają jednak nad samą akcją. Już od początku wiadomo, że to opowieść o młodych mężczyznach, ich pragnieniach, dokonaniach, planach. Każdego z nich poznajemy w kontekście jego rodziny, najbliższych znajomych, jego obowiązków oraz marzeń. Bohaterowie drugoplanowi współgrają z główną osią historii. Nie wszystko jest jasne od początku, wręcz przeciwnie. Opinia czytelnika o postaciach zmienia się, ewoluuje. Nie o każdym z młodych mężczyzn wiemy od razu tyle samo, ale dzięki takiemu zabiegowi powieść przez cały czas jest równie interesująca. Niektóre relacje czy zachowania stają się oczywiste dopiero w połowie powieści lub pod koniec lektury. Jest więc jak w życiu: nie zawsze pięknie i łatwo, a wiele rzeczy musi się zmienić, przeminąć, obumrzeć. A jednak wyczuwam kilka zgrzytów. Opisy kobiet zdają mi się teraz, z perspektywy, nieco jednolite. Owszem, każda jest inna, ostatecznie jednak najgorszą bohaterką jest pewna ciotka, a pozostałe, młodsze dziewczęta, są przesłodkie i cudowne, nawet jeśli charakterne. Panowie wypadają w powieści o wiele korzystniej. Ich charaktery są zarysowane wyraziściej. Niestety, im dalej w powieść, tym bardziej czułam, że nic więcej mnie nie czeka. Że to nie całkiem opowieść o życiu młodych mężczyzn, ale bardziej historia ich miłości i wszystkiego, co dyktowane właśnie pod nią. Sama końcówka była melodramatyczna na wskroś, aż musiałam parsknąć, choć klimat nie był do śmiechu zupełnie. Spodziewałam się chyba czegoś więcej niż romansidła z pięcioma mężczyznami w rolach głównych, a im bliżej końca, tym mocniej takie wrażenie wzbudzał we mnie Warszawski Niebotyk. Oto kolejna książka, która budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony czytało mi się ją świetnie, pochłonęła mnie bez reszty. Z drugiej - szybka fascynacja pierwszymi stronami w miarę upływu czasu powoli opadała. Jestem zachwycona opisami Warszawy, które przypominały mi trochę konstrukcję tworzenia świata przedstawionego zawartą w Lalce Prusa. A jednak w pewnym momencie złapałam się na tym, że fabuła nie oferuje mi tego, czego się spodziewałam.

Moja ostateczna ocena tej książki jest mimo wszystko bardzo dobra. To powieść umiejętnie napisana, z ciekawymi bohaterami, stworzona z dbałością o realia lat trzydziestych Warszawy. To przyjemna lektura, po którą warto sięgnąć. Nie tylko po to, żeby zatęsknić do klimatycznej stolicy, aczkolwiek to bardzo ważny argument.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ ORAZ WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA

sobota, 26 września 2015

ODDAM KSIĄŻKĘ #1

Mam - więc dam.

Tak się złożyło, że raz na jakiś czas zdarza mi się dostać egzemplarze recenzenckie. Są to książki, które przechodzą na moją własność za napisanie recenzji (pozytywnej lub też nie, wszak bez ryzyka nie ma zabawy). Nie ze wszystkimi jednak kocham się na tyle, by chcieć je mieć na półce. Wręcz przeciwnie - chciałabym, żebyście też mieli okazję je przeczytać i sami zadecydować, co o nich sądzicie.

Na pierwszy ruszt idą Wyklęci Olgi Haber oraz Warszawski Niebotyk Marii Paszyńskiej. Pierwszą powieść recenzowałam tutaj, drugą kończę właśnie czytać, więc recenzja pojawi się najprawdopodobniej jutro.

WYKLĘCI, Olga Haber:
Pośród szalejącej zadymki przypadkowi świadkowie znajdują w fontannie zwłoki młodej skrzypaczki z poderżniętym gardłem. Zbrodnia szokuje miasto, okazuje się jednak, że to dopiero początek - kolejne morderstwa, gwałtownie wzrastająca fala samobójstw i bestialski akt kanibalizmu. Młoda, ambitna podkomisarz wraz z partnerem usiłuje rozwikłać piętrzące się sprawy, jednak złu, które zagościło w mieście, niełatwo się przeciwstawić. Ludzie zaczynają szeptać, że okolicę nęka jedna z najstarszych i najpotężniejszych europejskich wiedźm. Jest jednak ktoś, kto twierdzi, że potrafi walczyć z przywoływanymi przez nią demonami, ale czy zdoła tę walkę wygrać? (źródło: lubimyczytac.pl)
WARSZAWSKI NIEBOTYK, MARIA PASZYŃSKA:
Epicka, niezwykle poruszająca opowieść o losach pięciu młodych mężczyzn, którzy przyjaźnią się, uczą, pracują i kochają z pasją, z właściwym ludziom młodym poczuciem wszechmocy i nieśmiertelności. Spotykamy ich późną jesienią 1933 roku, w przededniu rozejścia się ich życiowych dróg. W chwili, gdy świat stoi przed nimi otworem, gdy są przekonani, że mogą osiągnąć wszystko czego zapragną, stojąc na ziemi dosięgnąć nieba. Miłość postrzegają jako piękną przygodę, ślepi na niebezpieczeństwa, które niosą ze sobą ich decyzje. W ciągu kilku kolejnych miesięcy życie weryfikuje ich sposób myślenia, prowadząc ku dojrzałości, na którą nie zawsze chcą się zgodzić, a która jest nieunikniona. (źródło: lubimyczytac.pl)





JAK DOSTAĆ KSIĄŻKĘ?
Pozostaw pod tym postem komentarz. W treści podaj: 
- swój adres e-mail
- tytuł książki, którą chcesz otrzymać
- lub hasło "obie", jeśli interesują Cię obie pozycje.
Wybór nowych właścicieli książek pozostawię losowi.

Nie ma żadnych pytań, nie ma żadnych bardziej skomplikowanych zasad. Rozdanie zakończy się 30 września. Będzie mi bardzo miło, jeśli dodasz mojego bloga do obserwowanych. Zapraszam także na facebooka Po Książkach Mam Kaca.

Powodzenia!

piątek, 25 września 2015

Na trzeźwo o książkowym kacu: RUCH i SZCZĘŚCIE

W serii NA TRZEŹWO O KSIĄŻKOWYM KACU prezentuję książki, których próżno szukać na najbardziej popularnych księgarnianych regałach. Książki, które zapadły mi w pamięć.

___________________________________________________________________________________



BIEGUNI, Olga Tokarczuk

Nie przeczytać czegoś Tokarczuk to trochę kuleć w temacie polskiej literatury. Trochę nie wiedzieć, jakie książki są nagradzane, jaki sposób pisania doceniany. (W 2008 roku książkę Bieguni uhonorowano Nagrodą Literacką NIKE.) Oczywiście o gustach się nie dyskutuje. A jednak warto poznać coś samemu, by móc wystawić pełną opinię. Trudno w kilku prostych zdaniach streścić fabułę tej książki, ponieważ na powieść składa się wiele przeplatających się, pozornie niezwiązanych historii. Głównym spoiwem jest motyw podróży, silnie związany z tytułowymi biegunami, odłamem rosyjskich staroobrzędowców, którzy wierzą, że zło ma do człowieka trudniejszy dostęp wtedy, kiedy jest on w ruchu. I właśnie taka jest to opowieść, nieustannie zmieniająca się, krążąca od jednej historii do drugiej, od jednego bohatera w ramiona drugiego. Podróże, ucieczka przed złem, pragnienie nieśmiertelności. A wszystko opisane w sposób intrygujący, wciągający czytelnika w przedziwne koło rozważań, które obijają o siebie chaotycznie, ale z ukrytym celem. Podczas pierwszej lektury byłam tą powieścią prawie zahipnotyzowana i wiele razy cofałam się do poszczególnych fragmentów, by móc lepiej zrozumieć całość. Im więcej mam lat na karku, tym bardziej jestem pewna tego, że sens powieści będzie się zmieniał z każdym kolejnym odczytaniem. Mnóstwo odwołań, faktów, zaskoczeń. A w środku całego świata, całej przestrzeni i całego chaosu rozważań dotyczących natury nieśmiertelności, zła, dobra, przemiany - człowiek. Nie zawsze żywy.

I tu dodać muszę, że, ach, Tokarczuk jest jedyną autorką (zaraz po Rowling, która jest poza logicznymi skalami), którą naprawdę chciałabym spotkać. Chciałabym poprosić o autograf na moim egzemplarzu Biegunów i powiedzieć jej, że jej literatura robi mi dobrze, robi mi mindfucka, robi mi też źle i robi mi sieczkę. Że muszę jej książki macać, obracać, przewracać, muszę cofać się do wcześniej przeczytanych fragmentów, a czasem zaczynać kilka razy powieść od nowa. I że to jest dobre. 

Ten wieczór jest krańcem świata, wymacałam go przez przypadek w czasie zabawy, niechcący. Odkryłam, ponieważ zostawili mnie na chwilę samą, nie ustrzegli. Jest jasne, że oto znalazłam się w pułapce, zamknięta. Mam kilka lat, siedzę na parapecie, patrzę na ostygłe podwórze. Zgaszono już światła w szkolnej kuchni, wszyscy odeszli. Betonowe płyty podwórka nasiąknęły mrokiem i zniknęły. Pozamykane drzwi, opuszczone klapy, zasunięte rolety. Chciałabym wyjść, ale nie ma dokąd. Tylko moja obecność nabiera wyraźnych konturów, które drżą, falują, i to boli. W jednej chwili odkrywam prawdę: nic się już nie da zrobić - jestem.





POLLYANNA, Eleanor H. Porter

Nie wiem czy każda kobieta przeżywała w swoim życiu taki okres, ale ja - owszem. Był to czas na wskroś dziewczęcy, kiedy Ania z Zielonego Wzgórza wydawała się być bohaterką bardzo bliską, a powieści obyczajowe na moment oderwały myśli od fantastyki i przygody. Zresztą dziewczyńskie postaci także przygody miewają! Nigdy nie czytałam innego utworu Eleanor H. Porter, ale ta książka utkwiła w mojej pamięci na tyle mocno, że nie mogę pominąć jej bez słowa. Pollyanna opowiada o jedenastoletniej dziewczynce, która po śmierci ojca zostaje odesłana do surowej ciotki, która w nikim nie budzi sympatii. Ciotka uznaje, że jej obowiązkiem jest wychowanie siostrzenicy, nie jest jednak skora do objawiania cieplejszych uczuć. Chce Pollyannę nauczyć porządku, słuchania nakazów oraz wypełniania swoich obowiązków - najlepiej bez słowa sprzeciwu i zbędnych komentarzy. Pollyanna jest jednak dziewczynką, której nie da się ująć w ramy. Patrzy na świat optymistycznie, nie tylko dostrzegając w każdej sytuacji lepszą stronę, ale też przekazując swoje nastawienie innym. Bez trudu nawiązuje przyjaźnie, będąc wrażliwą na ludzkie cierpienie i potrzeby. Nawet ponura, samotna ciotka musi w końcu dostrzec, że w jej siostrzenicy drzemie niezwykła siła - nadzieja. Nie jest to książeczka długa, a jednak wyryła w mojej pamięci na tyle mocny ślad, że nadal słysząc ten tytuł jestem w stanie dokładnie opowiedzieć fabułę i przypomnieć sobie ulubione fragmenty. Nie wiem, czy czytałam ją więcej niż raz, bez problemu umiem jednak określić wszystkie uczucia związane z tą lekturą. Byłam nią oczarowana, nawet bardziej niż historią Ani z Zielonego Wzgórza, choć przeczytałam wszystkie książki o Ani, a tylko jedną o Pollyannie. Mogę ją śmiało polecić wszystkim młodym czytelnikom, ale wydaje mi się, ze starsi fani powieści obyczajowych także docenią jej piękno i lekkość.

- Ty to się chyba cieszysz ze wszystkiego - odrzekła Nancy zdławionym głosem, bo przypomniała sobie, jak Pollyanna dzielnie próbowała polubić niemiły pokój na poddaszu.
Pollyanna roześmiała się cicho.
- Wiesz, to jest taka gra.
- G r a ?
- Tak, gra w to, żeby się po prostu cieszyć.

___________________________________________________________________________________

Czytaliście którąś z tych książek? A może sami możecie polecić mi jakąś pozycję, która Wami poruszyła? Piszcie koniecznie!

czwartek, 24 września 2015

DZIEJE TRISTANA I IZOLDY, autor nieznany (wydanie ilustrowane)






Tytuł: Dzieje Tristana i Izoldy (fr. Le roman de Tristan et Isuet)
Autor: nieznany (tekst zebrany przez J. Bédiera)
Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński
Data tego wyd.: 23 września 2015
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 288


Dwa słowa: najpiękniejsza historia o miłości



Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy się ze mną zgodzą. Że niektórzy zamrugają nerwowo, inni skrzywią się, a może ktoś nawet zbierze się w sobie i napisze pod recenzją donośne: "Nie!". A jednak, moi drodzy, historia miłości Romea i Julii mnie nie wzrusza. Szekspir Szekspirem, ale ta opowieść nie ma w sobie nic, co by mną zatrzęsło. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Dziejami Tristana i Izoldy.
Tak dla miłości króla Marka, chytrością i siłą Tristan dopełnił szukania Królowej o złotym warkoczu.
Tristan zostaje wysłany przez króla Marka na poszukiwania Pięknej o Złotych Warkoczach, którą władca chce pojąć za żonę. Wyprawa kończy się powodzeniem. Niestety w drodze powrotnej, kiedy Tristan i Izolda zmierzają do Kornwalii, gdzie ma odbyć się ślub Marka ze Złotowłosą, służąca przypadkowo podaje rycerzowi i dziewczynie napój miłosny przygotowany przez matkę panny młodej. Mikstura miała zapewnić Izoldzie szczęśliwe życie przy boku wybranego dla niej męża. Tymczasem to Izolda i Tristan, a nie król Marek, zakochują się w sobie. Izolda mimo wszystko bierze ślub. Kochankowie celebrują swoją miłość potajemnie, jednak w końcu prawda wychodzi na jaw.
Słuchaj, dziewko: masz udać się z Izoldą do kraju króla Marka. Miłujesz ją wierną miłością: weź tedy ten bukłaczek z winem i zapamiętaj te słowa. Ukryj go w taki sposób, aby go żadne oko nie ujrzało i żadne wargi się doń nie zbliżyły. Ale kiedy przyjdzie noc weselna i chwila, w której zostawia się małżonków samowtór ze sobą, wlejesz to wino nasycone ziołami do czaszy i podasz, aby wypróżnili ją wspólnie: król Marek i królowa Izolda. Bacz jedno dobrze, dziewczyno, aby oni sami tylko mogli skosztować napoju. Taka jest bowiem jego moc: ci, którzy wypiją go razem, będą się miłowali wszystkimi zmysłami i wszystką myślą na zawsze, przez życie i po śmierci.
Dzieje Tristana i Izoldy to romans rycerski, co oznacza, że pewna pula cech charakterystycznych musiała zostać zachowana. Dlatego też kobiety są piękne, powabne, eteryczne; krążą o nich legendy, a mężczyźni wyruszają na niebezpieczne wyprawy, by je zdobyć. Rycerze są dumni i honorowi, zdolni do poświęceń dla dobra królestwa i swojego władcy. Otrzymujemy garnuszek tajemniczości celtyckich ziem, średniowieczny klimat starych podań. Otrzymujemy też pokaźny garniec walk, poświęceń i miłości. A tej ostatniej, oczywiście, najwięcej.

Wiele osób zarzuca tej historii fałszywość uczucia. Romans rozpoczyna się nie od pierwszego wejrzenia, nie od nagłej fascynacji, ale od aktu wypicia miłosnego napoju. To przypadek i błąd ludzki sprawiają, że Tristan i Izolda się zakochują. A zakochują się miłością, której nie są w stanie opanować - uczuciem chemicznym, intensywnym, nielogicznym. Jednak podczas lektury nie mogłam przestać myśleć o dwóch aspektach. Pierwszym jest baśniowość historii. Nie można jej traktować dosłownie. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewne formuły oraz rekwizyty mają moc symboliczną. Dlatego właśnie dla mnie Dzieje są historią miłości namiętnej, pełnej pasji, ale też miłości niewinnej. Bo czy winą Tristana lub Izoldy jest to, że poczuli do siebie coś więcej? To postaci tragiczne i cała historia też jest taka. Nie mają wyboru - ich uczucie jest niezamierzone, przecież nikt nie jest w stanie w pełni panować nad własnym sercem. Chaotyczne, czasem nielogiczne zachowania bohaterów, ich schadzki, często prawie całkowicie jawne, ich odsuwanie się od króla Marka, od honorowego postępowania, a jednocześnie nieustanne powroty, może nawet wyrzuty sumienia, to mocny obraz tego, jak skomplikowaną istotną jest człowiek. Zwłaszcza w relacji z drugim człowiekiem lub z konwenansami. Izolda: piękna, delikatna kobieta, okazuje się mieć jednak w sobie niesamowitą siłę i samozaparcie. Nie jest wierna mężowi, ale nie robi tego z nudy, nie robi tego na złość, może nawet nie chce tego robić w ogóle. A jednak ma w sobie spryt, który można chwalić lub krytykować. Tristan - rycerz marzeń, okazuje się być człowiekiem z rysą, mężczyzną, który jednocześnie ma wielki honor i występuje przeciwko niemu. Zarzuca się nawet, że wydarzenia są bezładne, że bohaterowie wciąż i wciąż mierzą się ze swoimi przeżyciami, problemami, rozterkami. Jednak: jak inaczej opisać te wszystkie komplikacje, burzliwe uczucia, niełatwe relacje, w które postaci się wplątały? To trochę opowieść o niebezpiecznym zaślepieniu miłością, a trochę historia miłości pięknej, niewinnej i prawdziwej. Warto też dodać, że Tristan i Izolda nie są bohaterami zawieszonymi bezwładnie w przestrzeni, ale towarzyszy im bardzo ciekawa kreacja bohaterów drugoplanowych, którzy, podobnie jak postaci tytułowe, nie są płaskimi kreacjami.

Niech nie przeraża nikogo data pierwszego ukazania się Dziejów Tristana i Izoldy, niech nie przeraża też nazwisko tłumacza. Nie ma się bowiem czego bać, wręcz przeciwnie: nie wyobrażam sobie, żeby ktoś próbował przetłumaczyć na nowo tę historię. Tłumaczenie Boya-Żeleńskiego jest jasne, komunikatywne pomimo występujących trudniejszych, starszych słów. Można się w to bez problemu wczytać, nie jest raczej potrzebny żaden słowniczek trudniejszych wyrazów. Język jest oszczędny, pozbawiony zbyt patetycznych, męczących opisów czy dygresji. Akcja toczy się od wydarzenia do wydarzenia, chociaż oczywiście nie ominie czytelnika przyjemność zatapiania się w miłosne wyznania.

Na osobny akapit zasługuje wydanie tej książki. Twarda oprawa, mocne szycie, dobrej jakości papier, który nie ma intensywnej, białej barwy, dzięki czemu oczy nie męczą się podczas czytania. Skład książki to piękne odwołanie się do tradycji książki dawnej, tradycji, w której zdążyłam zakochać się w czasie studiów i której szukam we współcześnie wydawanych powieściach czy tomikach poezji. Wydawnictwo MG w tym wypadku przeszło samo siebie. Niech przykładem będzie duża wolna przestrzeń wokół tekstu, dzięki czemu ten "oddycha", a czytelnik nie ma poczucia ściskania, oszczędzania na książce. Żywa pagina, nietypowa numeracja po jednej stronie kart. Cieszy mnie to, że tłumaczenie Boya-Żeleńskiego doczekało się tak estetycznego nowego wydania. Dodam tylko, że czytelnik ma okazję przeczytać wstęp tłumacza z 1917 roku, w którym dowiadujemy się m.in. o historii samej legendy oraz dziejach zebrania różnych jej wersji w całość. Autorem ilustracji zawartych w książce jest Jacques Marie Gaston Onfroy de Bréville (Job), francuski ilustrator żyjący na przełomie XIX i XX wieku. Nie muszę chyba dodawać, jak doskonale oprawa graficzna wpływa na jakość lektury, jak fantastycznie wprowadza czytelnika w nastrój.

Nie jestem pewna, czy Dzieje Tristana i Izoldy są lekturą szkolną, czy poznaje się tylko ich fragmenty. Ja po raz pierwszy usłyszałam o tej historii właśnie dzięki lekcjom języka polskiego. Nie byłam oczarowana. Dopiero później, po latach, zrozumiałam, że jeśli mam wybierać najwspanialszą historię miłosną w dziejach, będą to właśnie Dzieje Tristana i Izoldy. Polecam, sprawdźcie sami. Przekartkujcie, przeczytajcie fragment. Zachwyćcie się tym wydaniem! No i na moment dajcie się po prostu porwać sile uczucia.





KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MG
Więcej o książce na stronie wydawnictwomg.pl

wtorek, 22 września 2015

WAKACJE, Stanley Middleton (PRZEDPREMIEROWO)






Tytuł: Wakacje (ang. Holiday)
Autor: Stanley Middleton
Data I wyd.: 1974 (PL: 28 września 2015)
Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Ilość stron: 288

Dwa słowa: studium zależności







Nagroda Bookera to najważniejsze wyróżnienie literackie w Wielkiej Brytanii. Od 1969 przyznaje się ją za najlepszą powieść anglojęzyczną danego roku. W 1974 roku nagrodę tę dostał Stanley Middleton za swoją książkę Holiday. Dlaczego dopiero teraz otrzymujemy jej polskie tłumaczenie? Po lekturze powieści nie mogę tego niedopatrzenia zrozumieć.

Edwin Fisher, główny bohater, przebywa na samotnym urlopie w nadmorskim miasteczku, które odwiedzał w młodości z własnymi rodzicami. Po latach wrócił tu po rozstaniu z żoną, szukając spokoju i równowagi, a także próbując uporządkować wszystkie fakty. Obserwuje innych wypoczywających, nawiązuje ulotne znajomości, pogrąża się we wspomnieniach dotyczących dzieciństwa oraz małżeństwa. Niespodziewanie okazuje się, że w tym samym miasteczku odpoczywają rodzice Meg. Przypadkowe spotkanie z teściem przybliża wizję ponownej rozmowy z żoną.

Narracja powieści jest leniwa, niespieszna, ale niezwykle precyzyjna. Pomimo wakacyjnej ospałości i braku burzliwych zwrotów akcji (a może nawet jakichkolwiek zwrotów akcji, jeśli nie liczyć spotkania Edwina z teściem), fabuła budzi emocje. Obserwujemy głównego bohatera w czasie urlopu, kiedy sunie uliczkami dobrze znanego sobie miasteczka, kontempluje mijane widoki, komentuje spotkania z ludźmi. Jego wakacyjne życie to bezustanna rozmowa, zaczepianie nieznajomych, zawieranie ulotnych więzi mających na celu - no właśnie, co? Jednocześnie powieść zbudowana jest na retrospekcjach, dzięki którym czytelnik nie tylko buduje obraz relacji Edwina z ojcem, nie tylko zaczyna rozumieć wybór miejsca ucieczki, ale też dostaje urywki składające się na przedstawienie Meg oraz małżeństwa z nią. I wszystko rozgrywa się powoli, w takt obranego na początku, regularnego rytmu. Narrator nie udziela jasnych odpowiedzi, nie ocenia. Przedstawia wyimek z życia Edwina, daje zbliżenia na jego uczucia i emocje, wchodzi do jego głowy, by pokazać czytelnikowi jego myśli, stosunek do obserwowanych ludzi, do przeszłości. Czytelnik bierze tyle, ile dostaje, a resztę dopowiada sobie sam, klucząc między zdaniami, wyciągając szyję w poszukiwaniu kolejnych faktów. Rację ma fragment blurba, który cytuje komentarz "Sunday Times" - Middleton przypomina, jak kiedyś budowano powieści, jak bawiono się słowem, jak z pozornie nieistotnych elementów codzienności tworzono skomplikowany, wrażliwy na szczegóły portret człowieka i relacji międzyludzkich. Wrócić do takiej narracji, odnaleźć ją w gąszczu powieści dążących do napięcia, mocnej akcji, zatrzymania czytelnika za wszelką cenę - o, to bardzo cenne doświadczenie.

Pisząc tę recenzję trzymam książkę blisko siebie. W przerwach między stawianiem kolejnych znaków kartkuję ją, zastanawiając się, co dopowiedzieć do sporządzanych na skrawkach papieru notatek. O czym jest ta powieść? Niewątpliwie o ludziach, nie tylko tych przebywających w związkach małżeńskich. Niewinny tytuł sugeruje odpoczynek, czas na zebranie sił i leniwe snucie się w poszukiwaniu wytchnienia. Wakacje Middletona mają klimat klaustrofobiczny, zamknięty. Tydzień wyrwanych z kalendarza wakacji, jedno miasteczko, wybrana z nieograniczonej liczby możliwości, wąska grupka osób, które nieustannie się spotykają, potykają o siebie, oddalają i wracają. Stanley Middleton pisze o ludziach w sposób, jak sądzę, pozbawiony złudzeń. Wysuwa na pierwszy plan ich komplikacje, problemy, niuanse naruszające ich pozornie grzeczny i zgodny z konwenansami wygląd. Weźmy chociażby Edwina, głównego bohatera. Mając trzydzieści dwa lata nie jest już młody, nie jest jednak stary. Rozstanie z żoną stawia go w pozycji człowieka poza ścisłym związkiem, ale nadal w nim przebywającego. Nie jest szczęśliwy, ale nie jest też nieszczęśliwy. Jest dorosłym, niezależnym, inteligentnym mężczyzną z odpowiednią karierą, ale relacje z teściem, pojawiającym się we wspomnieniach ojcem czy samą Meg sprawiają, że czytelnik w końcu dostrzega, w jak wielu zależnościach w gruncie rzeczy Edwin się znajduje. Jest na wakacjach, nie jest więc stąd. Ponieważ jednak w dzieciństwie spędzał w tym miejscu dużo czasu, nie jest też całkiem obcy.

Zakończenie powieści jest w pewnym sensie przewidywalne - to znaczy, było przewidywalne dla mnie. W żadnym wypadku nie było satysfakcjonujące, nie dało mi ulgi. Nie jest to jednak ocena negatywna, wręcz przeciwnie. Stanley Middleton zmusił mnie do wysiłku intelektualnego, swoim precyzyjnym, dbającym o szczegóły, a jednocześnie monotonnym stylem doprowadził do tego punktu, kiedy czułam fizyczny wstręt do części bohaterów, chciałam nimi wstrząsnąć, szarpnąć za szmaty, obudzić. Chciałam złożyć tę opowieść w całość, przesiać informacje uzyskane od Edwina, dotrzeć do jakiejś prawdy niezależnej i obiektywnej. To studium o człowieku, o Edwinie, którego psychoanalizę czytelnik musi sobie sam sporządzić. To studium o małżeństwie, a może nawet o małżeństwach w liczbie mnogiej. Ale dla mnie to przede wszystkim studium o różnego rodzaju zależnościach i uzależnieniach, o klaustrofobii życia. Stanley Middleton na niespełna trzystu stronach oduczał mnie szybkiego podejmowania decyzji dotyczących bohaterów czy akcji. Wakacje to książka, którą się przetrawia. Nie połyka, nie pochłania, ale przetrawia. I choć jest smakowita, wnioski mogą odbić się czkawką. Polecam! Polecam tym, którzy szukają literatury angażującej.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

sobota, 19 września 2015

#bookish: 20 KSIĄŻEK, KTÓRE MOGŁABYM CZYTAĆ BEZ KOŃCA

Zdarzyło mi się w tagu ALBO ALBO zawrzeć taką odpowiedź:
Wolisz czytać dwadzieścia książek w kółko czy sięgać po nowe pozycje?
Nowe pozycje wygrywają, chociaż wydaje mi się, że bez problemu stworzyłabym listę dwudziestu książek, które mogłabym czytać bez końca.
Zaskoczona swoją pewnością siebie postanowiłam, a jakże, zbudować listę 20 książek, które mogłabym czytać i czytać, które mogłabym czytać do końca życia, które mogłabym powtarzać i powtarzać. W kółko i w kółko. Zapraszam! Kolejność przypadkowa.

(Wszystkie zdjęcia znalezione w grafice google.)


 

1-7. Seria HARRY POTTER, J. K. Rowling

Po polsku czy po angielsku - to zupełnie nieistotne. Serię tę można zaczynać, czytać, kończyć i...zaczynać od nowa. To moje dzieciństwo i nie chcę się go pozbywać. Nawet jeśli Rowling zagarnia aż siedem z dwudziestu pozycji. Będę tego żałować?

8. DUMA I UPRZEDZENIE, Jane Austen

Jeśli mam do końca życia czytać jeden romans, to niech to będzie klasyka w najlepszym wydaniu. Dotąd przeczytałam tylko raz - i to za mało, za mało! Nie wiem co mogłabym tu dodać. Jane Austen to świetny styl prowadzenia narracji, dużo emocji, no i Pan Darcy (wiecznie żywy!).

9. STULATEK, KTÓRY WYSKOCZYŁ PRZEZ OKNO I ZNIKNĄŁ, Jonas Jonasson

Absurd, dowcip, lekka narracja. Podczas lektury chichotałam i śmiałam się w głos. To chyba zrozumiałe, że na liście 20 książek, które mogłabym czytać bez końca, musi pojawić się taka pozycja! Przy okazji polecam tę powieść wszystkim, którzy potrafią patrzeć na literaturę z przymrużeniem oka!


  


10. KSIĘGI JAKUBOWE, Olga Tokarczuk

Jeśli polska literatura, to tylko Tokarczuk. Jeśli tylko Tokarczuk, to koniecznie Księgi Jakubowe. Mam poczucie, że nie odkryłam nawet ćwiartki z tego, co odkryć w tej książce można. Dlatego śmiało mogłabym do niej wrócić - i to wielokrotnie.

11. BIEGUNI, Olga Tokarczuk

A jeśli polska literatura, na dodatek tylko Tokarczuk, to muszę do listy dopisać Biegunów, pierwszą książkę autorki, którą miałam przyjemność przeczytać. Jej największym plusem jest chyba to, że lekturę można zacząć w każdym momencie, otwierając przypadkowe strony.

12. PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA, Matthew Quick

Do tej książki dodałabym sobie film. Lubię ten klimat, ten humor, ten smutek. Ta książka robi mi dobrze i robi mi źle, więc mogę mieć ją na swojej krótkiej liście.


  


13-15. TRYLOGIA, Henryk Sienkiewicz

A jeśli literatura polska, to jeszcze Sienek. Czytałam tylko Potop, ale bardzo mi się podobał i chętnie bym do niego wróciła - najlepiej w otoczeniu pozostałych tomów z trylogii. Historia, akcja, śmiali mężczyźni i piękne panie - ach!

16. TUTAJ, Wisława Szymborska

O poezji mówi się za mało, to fakt. Ja w poezji raczej nie gustuję, ale ten tomik Szymborskiej niezmiennie wprowadza mnie w przyjemnie spokojny, refleksyjny stan. 

17. LALKA, Bolesław Prus

Tak, zrobiłam to. Umieściłam Lalkę, choć czytałam ją tak dawno, że być może dziś podczas lektury zaczęłabym ją nienawidzić. A jednak coś mnie do niej ciągnie, niech więc zostanie.


   


18. BAŚNIE BRACI GRIMM DLA DOROSŁYCH I MŁODZIEŻY. BEZ CENZURY, Philip Pullman

Zbiór Pullmana mi się podoba. Przypominam sobie baśnie opowiadane przez mamę czy babcie, a jednocześnie mam okazję zapoznać się z ich...prawdziwszymi obliczami. To chyba nie ma prawa się znudzić.

19. SHERLOCK HOLMES, sir Arthur Conan Doyle

Umieszczam w jednym punkcie, ponieważ najchętniej zgarnęłabym w swoje dłonie jedno tomiszcze zawierające wszystkie powieści i zbiory opowiadań o detektywie. Zagadka, świetnie zarysowani bohaterowie i brytyjskość trykająca z każdej strony. Czytałabym!

20. ROSE MADDER, Stephen King


Po przyjrzeniu się liście stwierdziłam, że brakuje mi thrillera lub horroru, mocnej akcji, czegoś krwawego. Myślałam o Jurassic Park Crichtona, ale ostatecznie zdecydowałam się na nieśmiertelnego Kinga. Rose Madder czytałam bardzo dawno temu, więc nie wiem, jak odebrałabym tę książkę teraz. Zaryzykuję.


Stworzenie tej listy nie było łatwe. Na początku książki pojawiały się w mojej głowie bez żadnej pomocy, jednak pod koniec, gdy zostały trzy wolne punkty, nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Wybrać tylko dwadzieścia książek? Z jednej strony to proste, ale z drugiej, cóż, trzeba zadbać o różnorodność, odkopać z pamięci książki najukochańsze, a zaniedbane. Trudno przewidzieć swoje gusta za dziesięć czy dwadzieścia lat. Na pewno przegapiłam coś ważnego. Nie zamieściłam Tolkiena, bo nie chciałam wchodzić w same serie. Ominęłam inne książki Rowling, bo chciałam różnorodnych autorów. Z jednej strony jestem zadowolona z tej listy, bo wiem, że dałabym sobie z nią radę w życiu i byłoby mi dobrze. Z drugiej strony - wydaje mi się taka płaska i ograniczona. Co wyrzucić, co dodać? Zastąpić Pottera siedmioma innymi książkami, żeby było różnorodnie? Ale - jak to - wyrzucić Pottera!? Więcej polskiej czy zagranicznej? Klasyki czy literatury popularnej? Nie było łatwo, nie jestem usatysfakcjonowana w stu procentach, ale ostatecznie mogę się pod nią podpisać. I założę się, że za pół roku będę mogła stworzyć listę składającą się z całkowicie innych książek.

No, dalej, blogerzy książkowi. Publikujcie swoje listy 20 książek, które moglibyście czytać bez końca! Albo chociaż podzielcie się swoimi propozycjami w komentarzach. ;)

czwartek, 17 września 2015

WYSPY, Anita Graboś







Tytuł: Wyspy
Autor: Anita Graboś
Data I wyd.: sierpień 2015
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 64

Dwa słowa: dziecięce tęsknoty







Przez pewien czas, przed otrzymaniem tej pozycji, zastanawiałam się, jak można recenzować kolorowanki? Można opisać grubość papieru, trwałość książki oraz pomysł na ilustracje - czy uda się jednak napisać coś więcej? Kiedy wzięłam w dłonie Wyspy, okazało się, że tak.

Na fali modnych kolorowanek napływających z Zachodu musiały w końcu pojawić się pomysły na polskie edycje kolorowanek dla dorosłych. Wszak dobrych ilustratorów książek oraz grafików mamy w kraju wielu, o czym świadczy choćby najnowsza oferta pozycji dla młodszych czytelników. Do czasu zobaczenia w internetowej ofercie Wysp Anity Graboś nie miałam do czynienia z polskimi propozycjami tego typu książek, a zadowalałam się jednym z angielskich tłumaczeń (choć tłumaczenie książki do kolorowania brzmi zabawnie).

Koncepcja Anity Graboś mnie poruszyła. To przemyślany artystycznie pomysł, który oddziałuje na odbiorcę jeszcze na długo przed rozpoczęciem kolorowania. Pierwsza strona kolorowanki to tajemnicze wprowadzenie, które zarysowuje klimat zawartości kolejnych stron:
 
Na Bardzo Spokojnym Oceanie znajduje się niezwykły archipelag, gdzie żyją ludzie, ptaki i koty. Wiele wysp wyrasta z dna oceanicznego i mocno trzyma się swego miejsca, inne jednak uwielbiają żeglugę i ciągle zmieniają położenie. (...) Najchętniej jednak wyspiarze spędzają czas we własnych bibliotekach, gdzie zawsze czeka na nich gorąca herbata różana. A z każdej przeczytanej książki codziennie powstaje nowa wyspa-marzenie.
Ilustracje składające się na tę książkę tworzą historię. Od ogólnych zarysów świata składającego się z wysp, aż do coraz bardziej szczegółowej wizji. Często następujące po sobie ilustracje są swoim dopełnieniem lub rozwinięciem, zachęcają niemal do tworzenia własnej narracji. Wiele z projektów ma wokół dużo wolnej przestrzeni, dzięki czemu rysunek - jak tekst w powieści - oddycha, a czytelnik (odbiorca? kolorujący?) może zostawić swój autorski wkład do ilustracji. Obrazy są interesujące, niepowtarzalne, złożone z małych szczegółów. Dotychczas kolorowałam tylko książkę z geometrycznymi wzorami, które od pewnego momentu uzupełniałam kolorem w sposób mechaniczny. W tym przypadku bezmyślne powielanie nie jest możliwe. Choć nie sądziłam, że książka do kolorowania może wywołać we mnie takie emocje, czuję spokój, niesamowity nastrój i klimat tajemnicy roztaczany przez projekty Graboś.


Podoba mi się, że ilustracje są umieszczane jednostronnie, dzięki czemu nawet jeśli kolor przebija na drugą stronę, nie niszczy innego rysunku. Książeczka jest klejona, łatwa do wyrywania. Całość obudowana jest na zamieszczonej na końcu grubej tekturze, dzięki czemu kolorować można w każdej pozycji i miejscu, bez konieczności szukania podparcia.

I, ot, okazuje się, że jednak można powiedzieć o kolorowance coś więcej oprócz tego, że koloruje się ją dobrze lub źle. Jestem zauroczona tym, że Anita Graboś potrafiła zbudować logiczną, uporządkowaną historię składając ją tylko z obrazów do pokolorowania. Wydaje mi się, że to kolejny stopień książek do kolorowania - prawdziwie wciągające narracje.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AKCJI POLACY NIE GĘSI I SWOICH AUTORÓW MAJĄ

poniedziałek, 14 września 2015

Biblioteczka PannyKac

Zaczęło się od Lolanty, a do mnie przybyło bezpośrednio od Tanayah. Co? Chwalenie się zbiorami, oczywiście!

Mam do książek stosunek emocjonalny. Lubię je oglądać, dotykać, wąchać - lubię je też mieć. Kupuję chętnie, choć nie wszystko. Nowości i starocie. Rzeczy, które na pewno przeczytam od razu...oraz takie, które na pewno przez długi czas po prostu będą zajmować miejsce. Wiem, że nie ogarnę wszystkiego, ale jest mi z tym dobrze. Lubię wydawać pieniądze na książki. Na wino także, ale na książki więcej.

Wszystkie książki składuję u siebie w pokoju. Raz, że nadal mam miejsce. Dwa, że to moje książki, więc muszą być na moim terytorium. Lubię na nie patrzeć, przestawiać je i się nimi cieszyć. Ostatnio odkryłam też przyjemność robienia porządków i...usuwania książek z regałów. Bo z pewnych pozycji wyrosłam, bo na pewne okładki nie mogę po lekturze patrzeć. I to też jest cool, też jest okej. Mam do książek stosunek emocjonalny i się tego nie wstydzę!



Zacznijmy od parapetów. Pierwszy z nich to składowisko najkochańszych wydań z Biblioteki Narodowej oraz Kolibry wydawane niegdyś przez Książkę i Wiedzę. (Wszyscy studenci filologii polskiej pozdrawiają BN-ki!) Na drugim parapecie znajdują się książki dla młodzieży, m.in. dwa tomy przygód Hidalfa, Gregor i Niedokończona Przepowiednia oraz Dawca.




Główny regał to książki zagraniczne oraz klasyka, np. w wydaniach z opracowaniami. Po lewo stosik książek do pozbycia się, a na prawo półka na książki akademickie, słowniki, książki do nauki języków.


Z minionkiem na straży książki anglojęzyczne, książki w wydaniach kieszonkowych oraz trochę lekkiej, emocjonalnej lektury. Tak się złożyło, że półka ta jest żółciutka i radosna.


Zaś tuż pod nią półka czarna jak tematyka powieści.Thriller, horror, odrobina fantastyki i zombiaków. Zazwyczaj można też tu znaleźć Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta, teraz jednak książka jest pożyczona. 


Niżej półka, na której jest sporo miejsca na nowości. Murakami, angielska klasyka i Mistrz i Małgorzata. Większości z tych książek nie przeczytałam. Jeszcze,


Na tej półce miszmasz. Seks, podróże, sensacja i klasyka w jednym. Kolejność przypadkowa.


A na samym dole lektury szkolne w wydaniach bardzo różnych oraz Sienkiewicz, który śmierdzi i trochę się sypie - ale jest.


Półkę słownikową otwiera Poetyka stosowana oraz książki dotyczące języków - polskiego oraz obcych, m.in. angielskiego czy hiszpańskiego. Niżej cegiełki akademickie dotyczące poszczególnych epok, a książki bez widocznych okładek to m.in. Tatarkiewicz i Dzieje literatury powszechnej Jana Tomkowskiego. (Sama podczas robienia zdjęć byłam zaskoczona zawartością tej półki.) Na samym końcu słowniki oraz rożnego rodzaju tablice.




Po drugiej stronie pokoju także udało mi się znaleźć miejsce na książki, dzięki czemu dosłownie otacza mnie literatura. W zanadrzu nadal mam trochę przestrzeni na moje zbieractwo, więc nie boję się jeszcze o to, że pewnego dnia nie będę miała gdzie wcisnąć książki.


Oto główna szafka z literaturą polską. Obok, po lewo, na samej górze komody także wcisnęłam książki. Jest to poezja i Tolkien, a także garstka komiksów.





Tymczasem półka z literaturą polską to m.in. Cherezińska, fantastyka oraz odrobina Bondy, która jest strzeżona przez żółwia Żółwia, choć nie widać jej okładek. Niżej nieuporządkowany zbiór Tokarczuk oraz prozy polskiej różnej.



Na samym dole Beata Pawlikowska, kryminały, klasyka z Wydawnictwa MG oraz odrobiną miksu. Na tyłach wydania recenzyjne nie do sprzedaży.


I tu powoli zamykamy podróż po moich zbiorach. Okrążenie pokoju kończy się przy łóżku - a tutaj króluje Harry Potter. Siedem tomów serii, potterowskie baśnie oraz podręczniki, a także książki związane z cyklem. No i różdżka!


A żeby było jeszcze spokojniej i bardziej bajkowo - baśnie właśnie. Dla małych i dużych. Na deser mitologia i piękny album Wielkie kolekcje, sprezentowany kiedyś przez siostrę.

No cóż, tak wyglądają moje książki, tak wygląda mój zbiór. Chciałabym dorobić się pieczątki, żeby móc na każdym z tomów zostawić swój ślad. 

sobota, 12 września 2015

BOOK TAG: ALBO ALBO TAG


Tag ten przywędrował do mnie z bloga Rude Czyta.

1. Wolisz czytać tylko trylogie czy powieści jednotomowe?
Powieść jednotomowa jest poręczniejsza i bezpieczniejsza. Można ją przeczytać szybciej, nie komplikuje życia, nie wymaga stania w kolejce po kolejną część. Dlatego wybiorę właśnie takie książki, choć czytanie trylogii lub większych serii daje mnóstwo satysfakcji i pozwala mocniej związać się z bohaterami i światem przedstawionym.

2. Wolisz czytać tylko autorki czy tylko autorów?
Wolę czytać dobre książki.

3. Wolisz kupować tylko w Empiku czy tylko na stronach internetowych?
Nie wiem skąd Empik w tym pytaniu. Czy jest on naprawdę tak istotny dla ludzi kupujących książki? Jest drogi i prezentuje bardzo dziwaczne zestawienia TOP pozycji. Dlatego wybieram strony internetowe i małe, klimatyczne księgarnie.

4. Wolisz, żeby wszystkie książki zekranizowano czy żeby przekształcono je w seriale?
Powieści wielotomowe - w seriale. Powieści jednotomowe - w filmy. Choć oczywiście są wyjątki, przecież Pozostawieni są genialnym serialem nakręconym na podstawie książki Perrotty! Jeśli więc mam wybrać, to wybiorę seriale. Bo daje to scenarzystom możliwość kreatywnego ujęcia problemu.

5. Wolisz czytać pięć stron dziennie czy pięć książek tygodniowo?
Pięć książek tygodniowo. Stanowczo! Jeden dzień na fantastykę, jeden na kryminał, jeden na współczesną powieść polską, jeden na sensację, jeden na powieści dla młodzieży. A w weekendy poezja!

6. Wolisz być profesjonalnym recenzentem czy autorem?
Nie chcę być profesjonalistą.

7. Wolisz czytać dwadzieścia książek w kółko czy sięgać po nowe pozycje?
Nowe pozycje wygrywają, chociaż wydaje mi się, że bez problemu stworzyłabym listę dwudziestu książek, które mogłabym czytać bez końca.

8. Wolisz być bibliotekarzem czy sprzedawcą książek?
Wolałabym być sprzedawcą. Raz, że mam odpowiednie doświadczenie, a dwa, że księgarnia jest chyba miejscem żywszym i...częściej odwiedzanym?

9. Wolisz czytać jeden ulubiony typ literatury czy wszystko poza nim?
Jeden ulubiony typ, ponieważ nauczyłam się już dawno, że w obrębie jednego gatunku może dziać się wiele ciekawych zawirowań. Inwencja twórcza autorów nie ma końca. Poza tym czytanie jednego typu sprawia, że człowiek staje się specjalistą, czytelnikiem o dużej wiedzy. Toż to dopiero rozrywka - czytać gatunek, który zna się na wylot!

10. Wolisz czytać książki fizyczne czy e-booki?
Teoretycznie czytam książki w obu formach. W praktyce wolę jednak książki fizyczne, takie, które można pomacać, powąchać, w których można coś pomazać ołówkiem. Lubię tarmosić książki!

Nominowani:
Książka od kuchni
Korci mnie czytanie
Książki Patiopei
oraz każda chętna osoba!

A jak Wy odpowiedzielibyście na te pytania?

piątek, 11 września 2015

Książki, o których marzę (5)

Były już książki wybrane ze względu na ich wysoką cenę (tutaj), serie (tutaj), książki anglojęzyczne (tutaj) oraz starocie (tutaj). A później moje KSIĄŻKI, O KTÓRYCH MARZĘ trochę ucichły. Czas jednak do nich wrócić, z odrobinę zmienioną formą. Częściej, regularniej - ale krócej. Dziś czas na książki, na których podstawie powstały seriale. 


House of Cards (Domek z kart), Michael Dobbs

Polskojęzyczny tytuł Domek z kart wcale mi nie przeszkadza, więc chętnie sięgnęłabym po starsze wydanie tej powieści. Na jej podstawie powstał serial wyprodukowany przez NETFLIX. Książka jest pierwszym tomem trylogii, której głównym bohaterem jest Francis Urquhart, bezwzględny polityk posiadający jasny cel i bardzo mało skrupułów. Michael Dobbs, autor powieści, sam był politykiem, dlatego opisywana przez niego rzeczywistość ma tak mocne odbicie w prawdziwym świecie.



Under the Dome (Pod kopulą), Stephen King

Pierwsze odcinki serialu Pod kopułą mnie nie zachwyciły, niemniej pomysł sam w sobie jest na tyle interesujący i niepokojący, że po książkę Mistrza sięgnęłabym z wielką radością. Powieść opowiada o niewielkim amerykańskim miasteczku, które pewnego dna niespodziewanie zostaje odcięte od świata niewidocznym polem siłowym. Sytuacja wewnątrz staje się z godziny na godzinę coraz bardziej napięta, ludzi ogarnia panika, a wojsko po drugiej stronie próbuje zapanować nad sytuacją



cykl Temperance Brennan (cykl Kości), Kathy Reichs

Nie oglądam tego serialu regularnie, ale mam o nim dość pojęcia, żeby chcieć zapoznać się z książkami, które zainspirowały scenarzystów do stworzenia produkcji telewizyjnej. Autorka jest antropologiem klinicznym, stąd wiele elementów w jej powieściach jest zaczerpniętych z prawdziwych historii oraz realiów zawodowych. Główną bohaterką serii jest Temperance Brennan, która pomaga policji w rozwiązywaniu spraw dotyczących morderstw. 



cykl The Southern Vampire Mysteries (cykl Sookie Stackhouse), Charlaine Harris

W pewnym momencie serial Czysta krew zaczął wprowadzać mnie w niebezpieczny stan irytacji i zdegustowania. Dałam więc sobie z nim spokój, chociaż sam pomysł podoba mi się bardzo. Historia rozgrywa się po wynalezieniu przez japońskie laboratorium syntetycznej krwi, dzięki czemu ukrywające się dotąd wampiry mogły ujawnić się ludziom. Przywódcy religijni i politycy są przerażeni, ludzie dzielą się na niebezpiecznie zafascynowanych i drastycznie przekonanych o tym, że każdego wampira należy się jak najszybciej pozbyć. Główną bohaterką powieści jest Sookie, dziewczyna z sąsiedztwa, posiadaczka daru słyszenia myśli innych ludzi, która szybko i intensywnie zaplątuje się w relację z jednym z wampirów.

 

O serii książek Henniga Mankella opowiadających o życiu i pracy Kurta Wallandera wspominałam już przy innej okazji, podobnie jak o Grze o tron, dlatego nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że pomimo długiej przerwy od Kurta nadal go kocham, a Grę w końcu sobie kiedyś skompletuję w serialowych okładkach, o, to na pewno!

Jakie książki, na których podstawie powstały seriale, możecie mi polecić? A może polecicie mi same seriale? 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...