czwartek, 29 października 2015

KRÓL WRON, Szymon Krug







Tytuł: Król Wron
Autor: Szymon Krug
Data wyd.: 2015
Wydawnictwo: Fundacja MadMoth Publishing
Ilość stron: 378

Dwa słowa: przyjemność pogranicza






Założę się, że nie znacie MadMoth Publishing. Ja nie znałam i miałam do tego pełne prawo - jest to twór całkowicie nowy, powstały dzięki akcji crowfundingowej. Ekipę fundacji tworzy zaledwie parę osób, a Król Wron to ich pierwsze dziecko, wpisujące się w założenia wydawnicze MadMoth - książka lokalnego, podlaskiego autora, balansująca na granicy fantasy, horroru, dziwów, baśniowości. Moim zdaniem - propozycja całkiem udana.

Główny bohater powieści, Adam, jest bardzo zwyczajnym, nijakim trzydziestolatkiem. Stroni od ludzi, zajmuje się własnym wydawnictwem, mieszka na odludziu, kilka kilometrów za miastem. Pewnej nocy Adam wybiera złą drogę - dosłownie - i wpada wprost na Króla Wron. I nie będzie to miłe spotkanie. Pozbawiony w krwawym akcie duszy, Adam traci twardy grunt i pewność tego, co rzeczywiste, a co nie. Wokół niego zaczyna dochodzić do niepokojących zdarzeń. W końcu Adam udaje się do szpitala psychiatrycznego. Problem w tym, że nic już nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Szpital to dopiero początek grozy i niesamowitości.
Noc nie jest tak grzeczna jak dzień, czasem zjawia się, gdy jeszcze nie jesteśmy na nią w pełni gotowi. Ta należała właśnie do takich, zapadała za szybko i nie miała ochoty po prostu się przyglądać.
Tej nocy rzeczy zaczęły mówić do Adama. Każda chciała, by obdarzył ją spojrzeniem. Każda chciała się przedstawić. Najpierw po cichu, żeby go nie wybudzić; szemrały w mroku spragnione i ciekawe. Potem odrobinę głośniej, w końcu zaczęły drzeć się ze swoich miejsc, topiąc go we wrzasku.
Raczej z niewielkim entuzjazmem patrzę na książki autorów, które igrają z fantastyką, baśniowością, poetyką snu. Mam w sobie duży bagaż niepewności i wahania, który powstrzymuje przed sięganiem po tego typu książki. Jeśli fantastyka - to tylko mocna, ostra, konkretna. Nie żałuję jednak lektury Króla Wron, wręcz przeciwnie. "Pogranicze", słowo użyte w blurbie, idealnie opisuje to, co dzieje się w środku lektury. Początkowe urban fantasy zaczyna drżeć i przekształcać się niespodziewanie w coś innego, bardziej baśniowego, choć jeśli jest to jakaś baśń, to bardzo mroczna i niebezpieczna. Często w Królu Wron dochodzi do przejść - czy to z miejsca na miejsce, czy przeskoków w czasie, czy do przekształcania się jednego (jednej rzeczy, istoty, zjawiska) w drugie. Autor jednak nad nimi panuje, co przyznaję z ulgą i satysfakcją. Stworzony chaos jest przez autora okiełznany. Nawet jeśli bardzo dziki i krwawy, to czuć, że autor ma świadomość tego, co robi. I tego, co zrobi fragment dalej, nawet jeśli czytelnik niczego się nie spodziewa. Bardzo dobrze czytało mi się tę historię, głównie dzięki temu, że poetyka baśniowa została zmiksowana z urban fantasy - i niczego nie było za dużo ani za mało. Bohaterowie usatysfakcjonowali mnie, choć nie każdy z nich jest zarysowany ostro i oczywiście. Nie o oczywistości zresztą chodzi, ale o tłukące się w tyle głowy poczucie niepokoju. Nie strachu, ale niepokoju właśnie. Nieostrość lepiej od krwawych obrzędów mogła zadziałać na korzyść tego uczucia.
Dziecko, jak się ma tyle lat co ja, to już się nic nie wie, a nawet jak się coś wiedziało, to i tak się już tego nie pamięta. Świat jest taki jakim go widzisz, a że ja widzę go coraz mniej, to i on przestaje mnie zauważać.
Pogmerała widelcem w cieście, rozdziobując je na okruchy.
- Jeżeli coś widzisz, to "to" zaczyna spoglądać na ciebie - dodała, nie podnosząc wzroku znad talerza.
Szymon Krug potrafi pociągnąć narrację, nawet jeśli akcja zawiera wiele dziwów. Rzeczy niedopowiedziane realizuje w dobry sposób, który nie męczy czytelnika. Ma plan na to, co chce przekazać, śmiało i bez wahania budzi do życia bohaterów, miejsca. Zbudował własną, wewnętrzną logikę świata przedstawionego, która naprawdę mnie wciągnęła. Byłam mocno zainteresowana losami Adama i czerpałam dużo przyjemności z lektury tej książki. Chociaż autor czerpie z mocno osadzonych motywów i tropów (kruki, przechodzenie między poszczególnymi stopniami rzeczywistości itd.), akcja obfituje w nieprzewidywalne rozwiązania. Im dalej, tym więcej dzikości, tym częściej oba światy - ten związany z urban fantasy i ten, który określić można jako baśniowy, przenikają się, nachodzą na siebie. Cały czas coś się dzieje, cały czas bohaterowie do czegoś dążą, jednak nastrój i napięcie zmienia się w zależności od tego, w którym punkcie świata przedstawionego jesteśmy. Niestety jest jeden element, który pozostawia wiele do życzenia. Element, którego niedokładność dostrzegałam w miarę czytania coraz częściej. Korekta. O ile większych błędów ortograficznych się nie doszukałam, a na sporadycznie występujące w tekście powtórzenia można przymknąć oko, interpunkcja nie jest idealna. Delikatnie mówiąc:
Adam wyciągnął paralizator, przełożył go z ręki do ręki i nacisnął spust. Między diodami trzasnęła niebieska iskra. Podniósł brwi w wyrazie uznania.
- Babcia, ma ze strzałkami - powiedział Eliasz.
- Poważnie?
Gdyby nie to, mój odbiór lektury byłby o wiele lepszy. Tymczasem kilkakrotnie zatrzymałam się w trakcie czytania, żeby przeanalizować przecinki i zastanowić się nad tym, czy źle jest ze mną, czy może jednak z książką. Mimo tego po książkę sięgnąć warto. I wydaje mi się, że warto poczekać na inne projekty MadMoth Publishing. Mam nadzieję, że takowe będą.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI FUNDACJI MADMOTH PUBLISHING
Więcej o książce na stronie madmothpublishing.com

poniedziałek, 26 października 2015

WYDARZENIA: 19. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie (22-25 października 2015)


Och, Kraków!

Selfie w oczekiwaniu na tramwaj 22

Szczęśliwą gębą rozpoczynam powiedzmy-że-krótkie podsumowanie krakowskich targów, które odbyły się w ostatni weekend. Pobudka przed czwartą, sześć godzin w pociągu, stresik przed spotkaniami z ludźmi, z którymi dotychczas znałam się tylko wirtualnie - to wszystko było naprawdę niewielką ceną za moc wrażeń. A wiem, że następnym razem wrażeń może być więcej!

Nie będę ukrywać, że kocham Kraków, więc chciałam nie tylko poświęcić dużo czasu na grzebanie w książkach, ale także na łażenie po mieście z moim Informatykiem. Udało się spełnić oba punkty wycieczki. 

Rynek!
Jesień!
Szkieletor!
Obrazy!
Mury!
Rynek i...
... dużo jesieni!
Komnata w McDonaldzie

Uwielbiam to miasto, uwielbiam jesień w Krakowie, uwielbiam to, że mnóstwo uliczek przypomina mi wycieczki po Polsce, które odbywałam pod czujnym okiem babci-geografki. To był idealny weekend poświęcony na łażenie, jedzenie i picie, ładowanie baterii. 


Och, Targi!

Ponieważ przeraziło mnie połączenie maratonu i targów książki postanowiłam dostać się pod halę EXPO wcześniej, ale w całości, bez korków i z pominięciem objazdów. Tramwaj, spacer przez koniec świata, a później... YEAH, JESTEŚMY W DOMU. A na pewno w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Trudno mi oceniać, które targi - krakowskie czy warszawskie - są większe, w czasie których więcej się dzieje i które są bardziej WOW. Zarówno spotkanie w Warszawie jak i Krakowie złapało mnie za serce, chociaż teraz na pewno byłam mądrzejsza, przygotowana na cuda i nastawiona na spotykanie się z ludźmi. Nadal nie jest mi po drodze ze śledzeniem pisarzy i zdobywaniem fotek oraz autografów, ale wydaje mi się, że kolejne targi będę już powoli kierowała w tę stronę. Faktem jest, że tym razem nie latałam jak głupia w te i z powrotem (no, prawie nie latałam), ale starałam się zwiedzać obie hale systematycznie i z głową. Kilka razy się zgubiłam, parę razy musiałam przejść w te i wewte w poszukiwaniu wyjścia, ale pod koniec byłam już z rozmieszczeniem strategicznych punktów za pan brat. Rada na kolejne targi: uważne prześledzenie mapki w domu, na ekranie komputera. Nie tylko wydrukowanie rozkładu sal, ale zaznaczenie sobie największych i najbardziej rozpoznawalnych punktów (empik, matras, znak etc. - zajmują najwięcej miejsca i są widoczne). No i, oczywiście, najlepiej byłoby poświęcić na targi więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza, że sobota to MA-SAK-RA jeśli chodzi o ilość odwiedzających.

Idę...
Idę...
Idę...
Tuż po godzinie 10.00

O ile od razu po wejściu hale targowe idealnie nadawały się do spacerów, dyskusji i robienia zdjęć, tak po dwunastej zaczęło brakować powietrza i...miejsca. Prawdą jest to, o czym rozmawiałam z wydawcami - jeśli ktoś sądzi, że czytelnictwo w Polsce jest beznadziejne, powinien zajrzeć na targi. Ludzie w każdym wieku, ludzie o bardzo różnych zawodach, ludzie o rozmaitych zainteresowaniach - wszyscy w jednym miejscu.

Wydawnictwo ZNAK
Moondrive
Moondrive
Media Rodzina
Litwa - Gość Honorowy Targów
Matras
Maszyna z książkami <3
Po godzinie 12.00
Po godzinie 12.00

Swoje pierwsze kroki skierowałam do stoiska Wydawnictwa Otwarte, ponieważ doszły mnie słuchy, że wydawnictwo rozdaje książkę za zapisy do newsletterów. Plotki okazały się prawdą, na dodatek udało mi się chwilkę porozmawiać z panem odpowiedzialnym za stoisko, który dał mi do rąk Facecje, wiedząc doskonale, że książka raz przejrzana musi zostać kupiona. (Jest po prostu świetna, świetna!). Następnie swoje kroki skierowałam do Wydawnictwa MG i tutaj miałam okazję spotkać się z panią Dorotą, która w rzeczywistości okazała się być jeszcze bardziej urocza, kochana i pełna pasji niż w mailach. Czekałam na to spotkanie i cieszę się, że do niego doszło, bo jest to jedna z tych chwil, których na pewno nie zapomnę. Razem z przedstawicielem Wydawnictwa Literackiego podyskutowaliśmy o targach, czytelnictwie i braku podobnej imprezy w Poznaniu (Wielkopolska jest czytelniczo niedopieszczona, ot co!). Pani Doroto, jeśli kiedyś przypadkiem zerknie Pani na ten post - pozdrawiam i trzymam kciuki za dalszy rozwój wydawnictwa!

Starałam się zaglądać częściej do tych małych niż do tych wielkich, dlatego odwiedziłam stoisko Wydawnictwa Wiatr od Morza i mogłam powtórzyć to, w czym upewniłam się od warszawskich targów - pan Michał robi kawał świetnej roboty i oby działo się tak dalej. Dzięki uprzejmości wydawnictwa otrzymałam egzemplarz recenzencki powieści Sweetland i nie wiem, czy udało mi się wyrazić to, jak bardzo chciałam przeczytać tę książkę i jak bardzo cieszę się z tego, że będę miała okazję to zrobić.

Równie dobrze wspominam Wydawnictwo MUZA, gdzie poznałam człowieka odpowiedzialnego za snapchata wydawnictwa. Zatrzymałam się też na chwilkę przy Wydawnictwie Kobiecym, bo jestem ciekawa, co ciekawego zmaluje ten nowy twór.

Oczywiście nie mogłam ominąć stoiska pani Krystyny Zimnal. I, uwierzcie, prawie padłam na zawał, kiedy okazało się, że pani Krystyna kojarzy Po Książkach Mam Kaca. WOW!

Poza tym zrobiłam z siebie głupola przed Sylwią Chutnik, ponieważ tuż przed tym, jak pisarka schodziła ze swojego autografowego stanowiska, napisał do mnie przyjaciel z prośbą o kupno najnowszej powieści pani Sylwii oraz zdobycie podpisu. Okej, stwierdziłam, że może mi się uda. Najpierw przeciskałam się przed pół hali do stoiska wydawnictwa, później nieskładnie szczerzyłam zęby i tłumaczyłam pani Chutnik, że absolutnie potrzebuję jej podpisu, ale zupełnie nie wiem, jaki tytuł nosi jej ostatnia powieść (sic!). W końcu odstałam szybką kolejeczkę, by kupić książkę (chyba się komuś wepchnęłam, przepraszam) i dałam powieść do podpisu. Yeah!

No i oczywiście uległam urokowi pana Andrzeja Polkowskiego. Tłumacz rozdawał autografy przy stoisku Media Rodziny - w pierwszym odruchu minęłam długą kolejkę osób w różnym wieku, które chciały podpis na egzemplarzach Harry'ego Pottera. Ale kiedy PRZYPADKOWO, SERIO, wracałam tą samą drogą, okazało się, że pan Andrzej nadal siedzi w tym samym miejscu, z tą różnicą, że nie ma już żadnej kolejki. I, znów, w ekspresowym tempie kupiłam ilustrowane wydanie Pottera, wygrałam z folią zabezpieczającą tomiszcze krótką aczkolwiek zażartą walkę i...tak, zdobyłam autograf. Zdążyłam jeszcze wysapać, że od Pottera zaczęła się miłość do książek, za co pan Polkowski zrewanżował się uwagą, że w najnowszym wydaniu jest sporo poprawek.

Podsumowując: uwielbiam rozmowy z wydawcami, chociaż do kilku nie podeszłam, bo...się wstydziłam. Nie jestem najlepsza w rozmowach z pisarzami, ale będę to ćwiczyć, bo...to świetna zabawa.


Och, blogerzy!

Jadąc na targi do Krakowa myślałam także o tym, że chcę spotkać się z tymi, którzy robią to, co ja - piszą blogi. Oczywiście (da-a!) zawstydziłam się aury Anity z Book Reviews by Anita, oczywiście mijałam zapewne wielu blogerów, których czytam, bo zwyczajnie nie poznawałam ich twarzy. Całe szczęście nie zgubiłyśmy się z Dorotą z Przeczytanek. Wręcz przeciwnie - miałyśmy szansę porozmawiać i było mi naprawdę bardzo miło. Poza tym miałam okazję (nareszcie) zobaczyć się z Karoliną z Tanayah Czyta, a nawet z Weroniką z Przyczajonego Hasacza, która na początku trochę mnie onieśmieliła, ale później okazała się być świetną babą, o. 

Śląscy Blogerzy Książkowi naprawdę zrobili kawał dobrej roboty organizując spotkanie blogerów. Ponoć w zeszłym roku organizacja spotkania leżała - nie wiem, nie wypowiadam się, nie było mnie. Wiem za to doskonale, że jestem ZA spotkaniami blogerów, jestem ZA tym, żeby blogerów się doceniało, żeby pomagało się im rozwijać. Bo czytanie książek jest fajne i powinno się o tym dowiedzieć jak najwięcej osób. A pisanie o książkach to jeden ze sposobów kultywowania tego fantastycznego hobby. O, ale mądrze napisałam, ha!

Złota Zakładka
Złota Zakładka
Złota Zakładka
Karolina <3


Och, zakupy!

W tym miejscu chcę serdecznie, gorąco i szczerze podziękować mojemu kochanemu Informatykowi za to, że w niedzielę nosił moją niewielką, ale bardzo ciężką torbę wyładowaną książkami. Bez Ciebie Kraków nie miałby takiego uroku (i tu nie mówię już tylko o taśtaniu ciężarów).

To jeszcze nie koniec toreb
Przegląd przez zdobycze

Ostatecznie - mimo mojej niepewności - udało mi się zdobyć dość zakładek, żeby obdarować nimi wiele osób. Kupiłam pięć książek, zdobyłam za darmo cztery. Zupełnie przypadkowo wzięłam udział w akcji Książka za książkę organizowanej przez publio.pl. W zamian za książkę, która zostanie przekazana Bibliotece Narodowej, mam możliwość ściągnięcia sobie za darmo jednego ebooka - korci mnie pierwszy tom Stulecia winnych. Co sądzicie?

Stosik książek
Rzeka zakładek
Jedyny autograf... za to jaki!

Jestem usatysfakcjonowana, chociaż dzisiaj odchorowuję bieganie po Krakowie w godzinach nocnych i podróż w dusznym pociągu. Cieszę oczy stosem książek i gadżetów, wspominam spotkania. Mam dużo energii do dalszego działania!


O, rozdanie!

źródło: ksiazkawmiescie.pl

W ramach rozpamiętywania Targów Książki w Krakowie - małe rozdanie. Taką zakładkową żabę mam dla Was, czytelników mojego bloga. 

Jak stać się właścicielem zakładki? Wystarczy zostawić pod tym postem komentarz, w treści wpisując swój adres e-mail. Zwycięzcę wylosuję spośród wszystkich zgłoszeń w piątek, 30 października, o północy. 

A na facebooku drugie rozdanie - do wygrania zestaw zakładek skompletowanych z różnych stoisk w czasie targów książki. Możecie brać udział w obu rozdaniach!


Uwielbiam Was, dziękuję tym, którzy przebrnęli przez tę relację, pozdrawiam!

sobota, 24 października 2015

#bookish: 5 KSIĄŻEK, KTÓRE POLECILI MI LICEALIŚCI

W czasie moich praktyk w liceum nauczycielka opiekująca się mną podczas pracy poprowadziła z klasą humanistyczną cykl lekcji opierający się na tekstach, które uczniowie sami czytają. Zadanie było bardzo proste - każdy z członków klasy miał w domu zastanowić się nad fragmentami książek, które uwielbia, nad momentami, które go wzruszyły, poruszyły, rozśmieszyły, które - mówiąc krótko - zrobiły z nim coś, co zostało mu w pamięci. Później miał wybrać odpowiedni cytat, akapit, zdanie - i napisać je na kartce. A następnie, już w szkole, klasa losowała zebrane w ten sposób fragmenty, komentowała je, a na koniec dowiadywała się o tym, z jakiej powieści pochodzą i co może powiedzieć o nich uczeń, który je przyniósł.

W ten sposób stworzyłam listę kilku książek, po które najprawdopodobniej sama bym nie sięgnęła. Może z lenistwa, może sądząc, że to nie mój klimat, a może dlatego, że zawsze jest coś innego do czytania. Zainteresowało mnie wiele pozycji, na które w zwyczajnych warunkach spojrzałabym tylko jednym okiem. Oto one: lista 5 książek, które polecili mi licealiści.











1. Malowany człowiek, Peter V. Brett

Powieść ta to pierwsza część Cyklu Demonicznego, wydana w 2008 roku. Autor jest amerykańskim pisarzem fantasy i niejednokrotnie jego nazwisko obiło mi się o uszy. Seria opowiada o fantastycznym uniwersum, w którym każda noc budzi do życia otchłańce, niebezpieczne demony mordujące tych, którzy po zmroku nie chronią się za runicznymi tarczami.


Cytując lubimyczytac.pl:

Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi. Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha - jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo - nowicjuszka u starej zielarki, bardziej chyba przerażającej od krwiożerczych potworów. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego - są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?

I czy ktoś pomoże mi teraz odpowiedzieć na pytanie: dlaczego, do cholery, nie chciało mi się wcześniej zainteresować tą powieścią?!











2. Sieć. Ostatni bastion SS, Bogusław Wołoszański

Jeśli ktoś nie wie, kim jest Bogusław Wołoszański, już służę: to człowiek odpowiedzialny m.in. za telewizyjną serię "Sensacje XX wieku". Nie do końca kojarzyłam jego twarz, ale tego głosu nie da się pomylić z żadnym innym.


O czym jest Sieć?

Ostatnie dni wojny. Oficer polskiego wywiadu, Jan Tarnowski, który przez lata działał jako oficer Abwehry Martin Jorg, otrzymuje rozkaz przedostania się na Dolny Śląsk. Stamtąd napływają informacje o tajemniczych działaniach organizacji "Der Spinne” ("Pająk”), którą z rozkazu Heinricha Himmlera, szefa SS utworzył Otto Skorzeny. Do akcji przystępuje również wywiad radziecki, który ma swój cel w penetrowaniu hitlerowskiego podziemia. Co będzie najwyższą wygraną dla zwycięzcy tej walki: gigantyczne zasoby złota czy nieznana broń, a może…? 
Czterdzieści pięć lat później, w marcu 1990 roku kanadyjski naukowiec Gerald Bull, konstruktor super działa, zostaje zamordowany pięcioma strzałami w kark. Co łączy te odległe wydarzenia?

Głos Wołoszańskiego niejednokrotnie mnie usypiał, jednak fragment tej powieści naprawdę prezentował się ciekawie, więc byłabym skora do lektury.












3.  Las Zębów i Rąk, Carrie Ryan

Wydawnictwo Papierowy Księżyc ma w swojej ofercie wiele interesujących książek. Po tę powieść nie sięgnęłabym jednak ze względu na jej okładkę - nie ma w sobie nic, co mogłoby mnie zachęcić do lektury. Ha! Nieładnie, Mariko! Wszak nie wolno oceniać książki po okładce!


Znów pomocą służy lubimyczytac.pl:

W świecie Mary istnieją proste prawdy. Siostrzeństwo zawsze wie najlepiej. Strażnicy chronią i służą. Nieuświęceni nigdy nie ustąpią. Trzeba też pamiętać o siatce otaczającej wioskę. O ogrodzeniu, które chroni osadę przed Lasem Zębów i Rąk. Ale prawda staje się złudna, bowiem Mary odkrywa coś, o czym nigdy nie powinna się dowiedzieć. Sekrety Siostrzeństwa. Tajemnice Strażników. Gdy ogrodzenie zostaje sforsowane, a świat pogrąża się w chaosie, Mary zdobywa wiedzę o Nieuświęconych. Teraz musi wybrać pomiędzy mieszkańcami wioski a własną przyszłością, między tym, którego kocha, a tym, który kocha ją. Musi też stawić czoła koszmarom Lasu Zębów i Rąk. Czy może istnieć życie w świecie otoczonym przez śmierć?

Wybrany przez uczennicę cytat miał w sobie to coś. Bardzo lubię pojęcie "tego czegoś", ponieważ niczego nie tłumaczy, a zachęca. Ja poczułam się bardzo zachęcona. Jeszcze raz: nie oceniać książek po okładce! Najlepiej sięgnąć i przekonać się, co jest w środku. Obym miała taką okazję.











4. Baśniobór, Brandon Mull

Nazwa tej książki jest tak magiczna, że jedyne, o czym mogę myśleć to: pewnie mam przed sobą powieść dla dzieci. Ale, hej, co z tego? Pierwsze miejsce na liście bestsellerów dla dzieci "The New York Timesa" chyba o czymś świadczy? Pozycja ta otwiera cały cykl książek i muszę przyznać, że wszystkie okładki są tak magiczne jak ta na zdjęciu obok.


O czym jest powieść?

Kendra i Seth zostają wysłani na dwa tygodnie do dziadka. I wcale nie są zadowoleni. Na przywitanie dostają mnóstwo przestróg. Dzieci nie mają pojęcia, że ten dziwny staruszek jest strażnikiem tajemniczego Baśnioboru. W pilnowanym przez niego lesie żyją ze sobą w zgodzie zachłanne trolle, figlarne satyry, zgryźliwe czarownice, psotne chochliki i zazdrosne wróżki. Rodzeństwo, zlekceważywszy zakazy dziadka, uwalnia groźne siły zła, którym teraz trzeba stawić czoło. By uratować rodzinę, Baśniobór, a może nawet cały świat, Kendra będzie musiała zdobyć się na to, czego obawia się najbardziej...

Jeśli nie jesteście zainteresowani - rozumiem. Niektórzy w pewnym wieku wyrastają z powieści dla dzieci i młodzieży. Przyznaję, że coraz ciężej idzie mi czytanie niektórych książek, które jeszcze kilka lat temu dosłownie by mnie porwały. Ale nie spinam się, nie mówię nie. Sięgnęłabym po Baśniobór!










5. Zrób mi jakąś krzywdę, Jakub Żulczyk

Niech mi teraz ktoś powie, że młodzież nie czyta współczesnej literatury polskiej. Szach mat. A jednocześnie proszę nie przerażać się autorem, tytułem czy zawartością, bo komentarz do przedstawionego fragmentu powieści (mocnego, tyle powiem) był bardzo głęboki i dojrzały.



O czym książka?

Dawid - 25-letni student prawa - spotyka uzależnioną od gier video piętnastolatkę, zakochuje się w niej i... postanawia ją porwać. "Zrób mi jakąś krzywdę" to łamiąca serce historia drogi, w którą zaplątani są świadkowie Jehowy, polscy aktorzy porno, detektywi - paranoicy i nieletni anarchiści. 
Wznowienie debiutu Jakuba Żulczyka (ur. 1983), który wydał następnie powieści "Radio Armageddon", "Zmorojewo" i "Instytut".

Aż wstyd mi było, że po Żulczyka jeszcze nie sięgnęłam.



Co powiecie o tym zestawieniu? Chociaż teoretycznie fragmenty powieści mogły być przypadkowym wynikiem szukania jakiegokolwiek cytatu dzień wcześniej, wydaje mi się, że wcale tak nie było. Dyskusja po prezentacji każdego urywku świadczyła o tym, że - UWAGA! - młodzież w liceum czyta. Owszem, czytuje romanse, czytuje fantastykę, czytuje rzeczy, które są bardzo różne od lektur, ale... Hej, czy ostatecznie nie chodzi o to, żeby w ogóle czytać? Dajcie mi znać, za co z tej listy powinnam sięgnąć w pierwszej kolejności. No i, oczywiście, co Wy przeczytaliście i co mi polecacie.

czwartek, 22 października 2015

ZABÓJSTWO PITAGORASA, Marcos Chicot





Tytuł: Zabójstwo Pitagorasa (hiszp. El asesinato de Pitágoras)
Autor: Marcos Chicot
Data tego wyd.: 2013 (PL: wrzesień 2015)
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 704

Dwa Trzy słowa: zbrodnia i matematyka






Jeśli jest na sali ktoś, kto nie zna Twierdzenia Pitagorasa - nie ma się czego bać, nie ma się czym martwić! W szkole często nawet nie próbuje się udawać, że szczegółowa wiedza może się przydać w prawdziwym życiu. Dla niektórych jednak taka wiedza jest całym życiem. I, uwierzcie, matematyka i przygoda idą w parze. Serio, ja też nie wierzyłam!

Powieść opowiada o wydarzeniach rozgrywających się we wspólnocie pitagorejskiej w Krotonie, w roku 510 p.n.e. Pitagoras, grecki matematyk, filozof i mistyk, postanawia przekazać swoją władzę któremuś z wielkich mistrzów bractwa. Chce przez kilka kolejnych lat pomagać swojemu następcy, ucząc go największych tajemnic. W przededniu ogłoszenia tej ważnej decyzji najpoważniejszy kandydat na nowego lidera bractwa zostaje otruty. Pitagoras przeczuwa, że to dopiero początek, dlatego prosi Akenona, syna swojego przyjaciela, o pomoc. Akenon podejmuje się wyzwania, poruszony nie tylko wielkością Pitagorasa i jego wspólnoty, ale także zafascynowany Ariadną, najstarszą córką wielkiego mistrza.

Do przeczytania tej książki nie skusiła mnie jej okładka, nie skusił mnie jej opis, nie zachęciło też nazwisko autora. Choć uważam szatę graficzną za przejrzystą, a pomysł na akcję za ciekawy, to dopiero połączenie obu elementów z ilością stron sprawiło, że się zauroczyłam. Tak, jestem tą osobą, która uwielbia grube książki (i nie będę się tego wstydzić!). Przyznajcie sami, że opowieść zawierająca tajemnicze morderstwa, antyczne bractwo i matematykę (samego Pitagorasa, sic!) w oprawie siedmiuset stron robi wrażenie. To nie jest łatwa rzecz - napisać tyle stron. Przeczytać również, ale warto.

Zabójstwo Pitagorasa, choć uważam tę powieść za bardzo ciekawą i zawierającą wiele cennych elementów, czytało mi się niezwykle wolno. Z jednej strony przyznaję,  że akcja wciąga, interesuje, zawiera wiele zwrotów, wątki fantastycznie się splatają, a autor stworzył szereg różnorodnych postaci. Z drugiej strony - wciąż przerywałam lekturę. Nie mogłam udźwignąć tego tomu na jednym oddechu, chociaż już nie z takimi cegiełkami sobie radziłam. Wraz z kolejnymi stronami jednocześnie zaczynałam lubić bohaterów i dostrzegać, że wielu z nich ma rysy banalne, proste, typowe i bardzo przewidywalne. Akcja czasem zwalniała przez to, że tę samą sytuację różni bohaterowie rozważają ze swoich perspektyw. Jest to, oczywiście, cenne, ponieważ dzięki takiemu zabiegowi można lepiej poznać sposób myślenia postaci. Jednak cierpią na tym prędkość zdarzeń i nieoczekiwane zwroty akcji. Nie mam jednak wątpliwości - powieść sensacyjna w pitagorejskim otoczeniu ma w sobie to coś, co może czytelnika zainteresować. Nawet jeśli powieść będzie się czytało nie trzy dni, ale tydzień z hakiem.

Dobrą, wartką akcję można przeprowadzić nawet na dwustu stronach. Autor, który tworzy powieść liczącą sobie siedemset stron chce nie tyle zmusić czytelnika do maksimum skupienia w małym przeciągu czasowym, ale stara się jak najlepiej oddać realia kreowanego świata, sprawić, że czytelnik poczuje się jego częścią. Marcos Chicot nie zawsze potrafił to ze mną zrobić. Ta warstwa powieści może pozostawić wiele do życzenia tym, którzy spodziewają się silnie historycznej powieści. Oczywiście podstawą tej powieści jest historia i faktografia. Całe szczęście (całe, ponieważ nie przepadam za zbyt dużą dawką dat i nazwisk) antyk inspiruje autora do stworzenia czegoś własnego, do wykucia własnej wizji na podstawie wiedzy o starożytności. Znalazłoby się jednak kilka takich fragmentów, przy których czułam się trochę jak podczas seansu jednego z popularnych, bardzo drogich i bardzo nierzeczywistych amerykańskich (winna jest zawsze Ameryka) filmów swobodnie igrających z historią. Odniosłam wrażenie, że Chicot uznał, iż odbiorcy książki będą czerpali przyjemność z opisów brutalności. Sensacja sensacją, thriller thrillerem - a jednak pastwienie się nad główną bohaterką damską w jednej z przesadnie rozbitych na fragmenty scen pod koniec książki odjęło tej powieści duży punkt w mojej prywatnej skali. Nie było to ani potrzebne, ani artystyczne. Można było skonstruować brutalność i obrzydliwość w inny sposób, mniej przerysowany, a bardziej wstrząsający. Nie całkiem też mogę się pogodzić z mistyczno-parapsychologicznym wątkiem dotyczącym wielkich mistrzów bractwa. Uprzedzając nieprzychylne komentarze, a jednocześnie spoilerując powieść w ułamku procenta - najważniejsi mistrzowie pitagorejskiego bractwa zdają się potrafić wejść w umysł człowieka, czytając jego myśli. W powieści nie wygląda to jak prequel do X-Menów, jednak odgrywa dość dużą rolę. Na początku miałam z tym elementem ogromny problem, później nie rzucał mi się tak bardzo w oczy, chociaż nadal o nim myślę. Może o to właśnie chodziło, wszak kto wie, co może zrobić z człowiekiem głęboka, długoletnia medytacja?

Na osobny fragment zasługuje wątek miłosny w powieści. I nie piszę tego z zamiarem pochwały, ale ze smutnym wnioskiem: trudno jest rozpisać naprawdę dobry, wciągający, niebanalny, świeży wątek miłosny. W Zabójstwie Pitagorasa romans odgrywa swoją rolę - nie jest wciśnięty tylko na siłę. Nie poruszyła mnie jednak ta miłość, nie dopingowałam jej, ale też nie krzywiłam się przez nią. Wątek miłosny występuje, ot. Na pewno obojgu bohaterom biorącym w nim udział dodaje wiele do charakterów, choć to nadal - moim zdaniem - za mało.

Chociaż moja opinia może wydać się niejednolita, Zabójstwo Pitagorasa jest powieścią, którą mogę polecić. I będę to robić, z zastrzeżeniem, że to siedemset stron rzeczywiście czuć i nie byłam ich w stanie lekko i przyjemnie przeskoczyć, zatapiając się bez końca w fabule. Intryga jest zawiła, opisy ciekawe, wątek pitagorejski wykorzystany w takim stopniu, by nie zanudzić czytelnika i nie sprawić, że matematyka będzie się mu śniła po nocach. Nie jestem zachwycona tą powieścią, ale uznaję ją za całkiem niezłą propozycję. Na tyle dobrą, że chętnie sięgnęłabym po inny utwór tego autora.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MUZA
Więcej o książce na stronie muza.com.pl

wtorek, 20 października 2015

#bookish: 5 ZAGRANICZNYCH KSIĄŻKOWYCH PUDEŁEK SUBSKRYPCYJNYCH

Zamówiłam EpikBoxa. Dostałam EpikBoxa. Epicko jest w pewnej części. Dość dużej, żebym chciała zamówić kolejną paczkę. Czym EpikBox jest? Cytując stronę sklepu: "EpikBox jest kwartalnym pudełkiem subskrypcyjnym." Oznacza to, że co trzy miesiące osoby, które wykupiły pudełko otrzymują paczkę zawierającą książkę z nurtu YoungAdult (wybraną z nowości z ostatnich 36 dni) oraz od trzech do pięciu gadżetów książkowych.

Streszczając:

0. EPIKBOX

STRONA WWW: epikbox.pl
ZAWARTOŚĆ: książka + od 3 do 5 książkowych akcesoriów
NURT: YoungAdult
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 47 zł + wysyłka (od 9,65 zł)
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: tak (cena na terenie UE: 34,60 zł)
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co 3 miesiące
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: Professional (październik), SuperPower (lipiec)
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:

box październikowy - zdjęcie własne
box lipcowy - źródło: epikbox.pl

Nie jest to jednak pomysł polski.

Ponieważ właściwie wszędzie można znaleźć recenzje najnowszego, październikowego EpikBoxa, postanowiłam, że przybliżę Wam (i sobie też, w sumie) zagraniczne pudełka tego typu.

1. OWLCRATE

STRONA WWW: owlcrate.com
ZAWARTOŚĆ: książka + od 3 do 5 książkowych akcesoriów
NURT: YoungAdult
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 27,99$-29,99$ (w zależności od długości subskrypcji) + wysyłka
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: tak (19,9$)
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co miesiąc
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: Leading Ladies (wrzesień), Mystery (Sierpień)
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:

box wrześniowy - źródło: owlcrate.com
bok sierpniowy - źródło: owlcrate,com

2. BOOK RIOT

STRONA WWW: quarterly.co/products/book-riot
ZAWARTOŚĆ: jedna lub dwie książki + akcesoria związane z książką i kulturą
NURT: -
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 50$ + wysyłka
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: tak (cena: ?)
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co 3 miesiące
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: -
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:

box lipcowy - źródło: quarterly.co
box marcowy - źródło: quarterly.co

3. THE BOOK(ISH) BOX

STRONA WWW: thebookishbox.com
ZAWARTOŚĆ: koszulka z Appraising Pages Shop + od 3 do 5 kobiecych akcesoriów związanych z domem, urodą i modą
NURT: -
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 50$ + wysyłka
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: tak (cena: ?)
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co 3 miesiące
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: -
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:


wrześniowy box - źrodło: instagram.com/appraisingpages
sierpniowy box - źrodło: instagram.com/appraisingpages

4. UPPERCASE BOX

STRONA WWW: uppercasebox.com
ZAWARTOŚĆ: książka w twardej oprawie + autograf autora + do dwóch książkowych akcesoriów
NURT: YoungAdult
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 17-29$ (w zależności od zawartości subskrypcji) + wysyłka
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: nie
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co miesiąc
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: -
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:


wrześniowy box - źródło: uppercasebox.com
sierpniowy box - źródło: uppercasebox.com
5. LIT CUBE

STRONA WWW: lit-cube.com
ZAWARTOŚĆ:  jedna lub dwie książki + akcesoria związane z książką i kulturą
UWAGI: istnieje też Lit Cube Junior, czyli subskrypcja boxów dla dzieci w wieku 7-12
NURT: -
CENA ZA JEDNEGO BOXA: 29,99$ + wysyłka
WYSYŁKA ZA GRANICĘ: nie
CZĘSTOTLIWOŚĆ: co miesiąc
PRZYKŁADOWE TEMATY BOXÓW: Immortal Kiss (listopad), Supernatural, Idjits (październik), We Were Never Be Royals (wrzesień), Home Sweet Oz (sierpień)
PRZYKŁADOWA ZAWARTOŚĆ:


wrześniowy box - źródło: hellosubscription.com
sierpniowy box - źródło: hellosubscription.com
Oczywiście pięć boxów to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Przeglądając zdjęcia zagranicznych boxów dochodzę do dwóch wniosków. Pierwszy: polski EpikBox - jak na pierwsze pudełko tego typu - ma naprawdę dobry poziom. Drugi: należałoby jak najszybciej wprowadzić do Polski kolejną tego typu subskrypcję, koniecznie z innego nurtu niż YoungAdult. Możliwości jest wszak wiele, a nie wszystkie boxy dotyczące kultury opierają się na oferowaniu fizycznej książki. Istnieje sporo pudełek dotyczących kosmetyków lub żywności - czas zadbać nie tylko o wygląd i zdrowie, ale także o stan umysłu (hoho, zabrzmiało epicko). Przyznaję - idea pudełek subskrypcyjnych przemawia do mnie i bardzo mi się podoba. To okazja do tego, żeby poznać nowe książki, których sama nie kupiłabym nawet pomimo zainteresowania daną tematyką, np. fantastyką, a jednocześnie odrobina dziecięcej zabawy, jak przy odpakowywaniu świątecznych prezentów (nawet mimo spoilerów na instagramie, a tfu, okropne chwalipięty!).

Dlatego wiem, że zamówię kolejnego EpikBoxa. Chyba, że niespodziewanie pojawi się nowy książkowy box. Wtedy będę miała problem, który wybrać. Ale takie problemy to przyjemność.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...