poniedziałek, 19 października 2015

MARSJANIN, Andy Weir






Tytuł: Marsjanin (ang. The Martian)
Autor: Andy Weir
Data tego wyd.: 2011 (PL: listopad 2014)
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 384

Dwa słowa: amerykański kosmos







Grawitacja jest tym filmem, który uśpił mnie zanim zdążyłam powiedzieć: "Ojej, podróże w kosmos są takie fascynujące", dziesiątka produkcji o nieznanych tytułach sprawiła, że dziecięce zainteresowanie Wszechświatem minęło szybko i bezboleśnie. Nawet nie próbowałam zainteresować się Interstellarem i nie wiem, czy w międzyczasie pojawił się inny film lub serial mówiący o astronautach. Serio, to nie jest temat, który sprawia, że z podniecenia świecą mi się oczy. Może dlatego postanowiłam sięgnąć po książkę. Bo książki są mi bliższe i jeśli coś może mnie przekonać do danego motywu, to tylko literatura. No i stało się - koniecznie chcę obejrzeć Marsjanina. Na podstawie TAKIEJ książki musiał powstać dobry film.

Andy Weir stworzył opowieść o Marku Watneyu, kosmonaucie, który wszedł w skład masjańskiej ekspedycji Ares 3. Mark był jedną z osób odpowiedzialnych za zbadanie Czerwonej Planety. Pracę grupy przerwała burza piaskowa, w wyniku której ekspedycja musiała się ewakuować. Akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy Mark Watney, uznany przez swoich kolegów za zmarłego, budzi się - ranny, ale nadal żywy - jakiś czas po ich odlocie. Jest sam. Sam na Marsie. Nikt nie będzie go szukał, nikt nie wyśle po niego ekspedycji ratunkowej, nikt nie będzie próbował się z nim porozumieć, by dodać mu otuchy i wyjaśnić, co powinien zrobić, by przetrwać. Mark musi zadbać o swoje życie sam - w pierwszej kolejności znaleźć sposób na powiększenie zapasów wody i jedzenia. Rozpoczyna się walka z czasem, trudnymi warunkami oraz nauką. Całe szczęście Mark Watney doskonale rozumie pojęcie "ironii" i operuje nią na równi z losem.
Tak więc sytuacja wygląda następująco. Utknąłem na Marsie. Nie mam jak uzyskać połączenia z Hermesem ani Ziemią. Wszyscy myślą, że umarłem. Jestem w Habie zaprogramowanym na przetrwanie trzydziestu jeden dni.
Jeśli oksygenator się zepsuje, uduszę się. Jeśli system odzyskiwania wody się zepsuje, umrę z pragnienia. Jeśli zostanie naruszona hermetyczność Habu, mniej więcej eksploduję. Jeśli żadna z tych rzeczy się nie wydarzy, w końcu skończy mi się jedzenie i umrę z głodu.
Mam przesrane.
Mogę skomentować? Mogę? A więc: nie dość, że pachnie Ameryką na kilometr, nie dość, że herosi i kosmos, to jeszcze dowcip i ironia. Lubię! O, lubię bardzo, ponieważ opowieści takie jak ta pochłania się jednego dnia, oblizując usta, a po zamknięciu powieści biorąc w płuca potężny oddech czytelniczego zadowolenia. Nie wiem, jak czuje się kosmonauta przebywający kilka lat w ekstremalnych warunkach po powrocie na bezpieczną, uroczą i całkiem zwyczajną Ziemię, ale mam wrażenie, że może to być naprawdę dobre uczucie. Satysfakcjonujące poczucie dobrze spełnionego obowiązku, radość płynąca z tradycyjnego prysznica, tradycyjnego jedzenia i tradycyjnego składu powietrza. Czytając tę powieść czułam taką satysfakcję. Po różnego typu ekstremalnych, niebezpiecznych, niepewnych przeżyciach książkowych właśnie tego mi brakowało.

Andy Weir wpadł na bardzo dobry pomysł, łącząc narrację będącą głosem Watneya piszącego dziennik z narratorem trzecioosobowym odpowiedzialnym za przybliżanie czytelnikowi akcji w Houson, m.in. działań dyrektora misji marsjańskich czy dziesiątek nerdów wpatrujących się w komputery i próbujących wymyślić logiczne rozwiązania kolejnych problemów. Na deser czytelnik ma możliwość zapoznania się z rozdziałami dotyczącymi wracającej do domu załogi nieudanej ekspedycji. Akcja rozpoczyna się w solu 6, kiedy Watney budzi się sam na obcej, odległej planecie. Następnie przytacza swoje wspomnienia dotyczące początku pracy na Marsie oraz scenariusza burzy piaskowej. To Watney i jego narracja są najważniejszą częścią powieści. Gdyby nie świetna kreacja postaci Marka Waneya, powieść leżałaby na całej linii, nie miałaby szans na popularność, nie dałaby się czytać. Byłaby kolejną historią opowiadającą o bardzo mądrych ludziach i bardzo okropnym kosmosie. Ale tak nie jest, ponieważ Andy Weir włożył w stworzenie głównego bohatera całą energię i zrobił to fantastycznie. Dzięki Markowi specjalistyczne słownictwo i skomplikowane obliczenia nie są trudnym do przebrnięcia gąszczem, ale interesującą i wciągającą częścią naukowości tego sci-fi. Watney nie stroni od żartów (i, co mi się bardzo podobało, ceni sobie czarny humor), dzięki czemu potrafi stworzyć błyskotliwą nazwę dla nowej fizycznej jednostki obliczeniowej, ale czytelnik z czułością obserwuje też rozwój jego stosunku uczuciowego do Marsa, urządzeń czy ziemniaków.
Zacząłem dzień od herbaty nic. Herbata nic jest bardzo łatwa w zaparzaniu. Najpierw nalej trochę gorącej wody, potem dodaj nic. Kilka tygodni temu eksperymentowałem z herbatą ze skórki ziemniaka. Im mniej o tym opowiem, tym lepiej.
Można zapomnieć o tym, że to zmyślony scenariusz, można zapomnieć o tym, że to w gruncie rzeczy poważna historia o człowieku uwięzionym w kosmosie. Mark to idealny bohater do tego, by porzucić go na Marsie i obserwować narastanie jego dziennika, jego wzloty i upadki, popełnianie błędów i szybkie ich naprawianie. Ale nie jest to powieść jednego bohatera. Im dalej w książkę, tym częściej narracja opowiada o ludziach na Ziemi, którzy najpierw przeżywają śmierć Marka, a później, gdy dowiadują się, że ten ocalał, próbują wymyślić, w jaki sposób można pomóc mu przetrwać. Fragmenty te ciekawiły mnie tak samo jak fragmenty z dziennika Marka. Dzięki nim wiemy więcej, a autor kilka razy w fantastyczny i niezwykle przemyślany sposób użył ich do opóźnienia ważnych wydarzeń, budował napięcie. Czytelnik nie chce w takiej chwili przerwać lektury. Wraz z rozwojem akcji otrzymujemy też mimochodem informacje o reakcjach zwyczajnych ludzi na historię Marka, np. w postaci urywków z programów telewizyjnych. Aż żal, że nie było tego więcej, chociaż w tej postaci powieść ma idealną objętość. I, nie ukrywajmy, to też jest ważne. Ilość stron, która nie przeraża czytelnika, jednocześnie dając świetną, wciągającą, pełną napięcia historię i odpowiadając na większość pytań czy potrzeb, które rodzi taka opowieść - to się ceni!

Przeczytałam tę książkę szybko, nie mogąc się od niej oderwać. To, oczywiście, prawdziwie hollywoodzka historia o walce za wszelką cenę, o walce mimo przeciwności, o walce do końca. Ale to także dowcipna opowieść o tym, że kiedy jest naprawdę źle, najczęściej w pobliżu nie ma wielkich superbohaterów, są za to zwyczajni ludzie i odrobina niebezpiecznej improwizacji. Bo skoro wszystkie logiczne argumenty i oficjalne zasady postępowania prowadzą do śmierci, należy myśleć nieszablonowo.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI KSIĘGARNI MATRAS
Więcej o książce na stronie matras.pl

5 komentarzy:

  1. Mnie się baardzo podobała. I też uważam, że w książce jest świetny humor. Dawno się tak nie uśmiałam podczas czytania książki :) A poza tym było też momentami przerażająco. Dla mnie te wszystkie terminy związane z kosmosem było odrobinę za bardzo skomplikowane, ale tak czy siak książka całościowo była jedyna w swoim rodzaju :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już jakiś czas temu usłyszałam o tej książce, a że temat kręci się wokół kosmosu moje zainteresowanie natychmiast wzrosło. Do teraz jednak nie przeczytałam tej książki, ponieważ trochę się bałam jej tematyki. Chodzi mi o ten sam wątek przetrwania, który jak sądziłam będzie głównym i całą akcję prześledzę z perspektywy tylko i wyłącznie głównego bohatera. Dzięki Tobie jednak wiem, że moje przekonanie było błędne i teraz znowu mam wielką ochotę na przeczytanie Marsjanina i aż zapiszę go sobie na lubimy czytać, aby nie zapomnieć!
    Pozdrawiam
    secretsofbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. "Marsjanin" bardzo przypadł mi do gustu, uwielbiam Watneya i o dziwo jego naukowe wywody słuchało się z przyjemnością, a obawiałam się, że mogę przez nie nie przebrnąć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czytałam tę książkę jednym tchem. Polecam. Teraz muszę koniecznie obejrzeć film.

    OdpowiedzUsuń
  5. Coś czuję, że "Marsjanin" to książka idealna dla mnie :) Uwielbiam sci-fi, ironicznych bohaterów i wszystko co związane z kosmosem :D Już wiele razy kusiło mnie, żeby pójść na film, jednak udało mi się dotrzymać złotej zasady "najpierw książka, potem film" :) Mam nadzieję, że w niedługim czasie uda mi się w końcu przeczytać "Marsjanina" :)

    Pozdrawiam :)
    http://mybooktown.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...