środa, 18 listopada 2015

SWEETLAND, Michael Crummey






Tytuł: Sweetland
Autor: Michael Crummey
Data I wyd.: 2014 (PL: 11 maja 2015)
Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Ilość stron: 384

Cztery słowa: nostalgia na końcu świata







Czyhałam na tę powieść, czekałam na nią. Czasem dociera się do takich książek, których lektura skazuje nas na fascynację, miłość i zachwyt. Nie wiem, od czego się zaczyna - czy od okładki, nazwiska, wydawnictwa; może od recenzji zasłyszanych mimochodem. Są takie książki, które bierze się do ręki i z którymi ma się od tego momentu emocjonalny związek.

Osada Chance Cove na wyspie Sweetland to niewielkie miejsce na krańcu świata. Mieszka tu kilkadziesiąt osób, które po zapaści nowofundlandzkiego rybołówstwa z trudem się utrzymują. Rząd proponuje mieszkańcom opuszczenie wyspy, w zamian oferując rekompensatę finansową oraz pomoc w przeprowadzce. Jedynym warunkiem jest jednomyślna zgoda wszystkich osób zamieszkujących wyspę. Z czasem jedynym mieszkańcem, który nadal nie zgadza się na przesiedlenie, jest Moses Sweetland, emerytowany latarnik, który mimo delikatnych próśb i podrzucanych anonimowych gróźb nie chce zmienić swojego zdania. Powieść Michaela Crummeya opowiada o niewielkiej społeczności, która stoi przed życiowym wyborem, o ludzkich tragediach i roli wspomnień, a także o szalonym postanowieniu człowieka przywiązanego do swojego miejsca. 
Zobaczył, że urzędnik nadchodzi od strony wody. Jasnobrązowe spodnie, tweedowa marynarka i krawat. Ten sam jegomość, który przypłynął na ostatnie zebranie, albo identyczny jak tamten – wyglądało na to, że w Budynku Konfederacji w St. John’s mają do dyspozycji nieograniczone zasoby. Aktówkę facet niósł zupełnie tak, jakby trzymał ją w dłoni, odkąd opuścił łono matki. (…) Dostrzegł go przelotnie, gdy tamten podchodził do frontowych drzwi; usłyszał pukanie.
W miasteczku nikt nie pukał do drzwi. (…) W miasteczku również nikt nie używał frontowych drzwi.
Sięgnęłam po Sweetland w przerwie między lekturą Biesów. Potrzebowałam czegoś, co reprezentowałoby całkowicie inny klimat - dosłownie i w przenośni. Trafiłam na koniec świata, na wyspę oderwaną od kontynentu, zapomnianą, nieobecną na najważniejszych mapach; zawitałam do zamkniętej społeczności, której nic już nie może uratować, która została skazana na rozczłonkowanie i rozwianie po świecie. Otrzymałam lekturę niezwykle ciekawą, chociaż surową. Pełną ostrego dowcipu, o którym przede wszystkim można powiedzieć to, że jest bardzo życiowy: naturalny, czasem przykry lub nie na miejscu. Dostałam lekturę opartą na fantastycznej konstrukcji krajobrazu i charakterów. Klimat miasteczka na końcu świata może przytłaczać, wprowadzać nastrój klaustrofobiczny. A jednak odetchnęłam pełną piersią, czując zapach oceanu utkany przez Crummeya. Widziałam pod powiekami miejsca, o których pisał, bez problemu stworzyłam w swojej głowie wizje bohaterów. To kawał dobrej, dopracowanej i zajmującej czytelnika narracji.

Jedną z najbardziej cennych rzeczy w powieści jest to, że historie wyspy Sweetland i Mosesa Sweetlanda przeplatają się. Niejednokrotnie nie byłam pewna, czy ważniejszy jest pojedynczy człowiek, cała grupa ludzi wyłaniająca się zza fabuły i przemyśleń Sweetlanda, czy może wyspa i miasteczko jako twory całkowicie samodzielne i mówiące własnym głosem. Surowi, konsekwentnie budowani bohaterowie pasują do równie surowej i konsekwentnej kreacji otoczenia. Wszystkie elementy współpracują ze sobą, tworząc ducha powieści, który został ze mną długo po przeczytaniu książki. To opowieść o świecie, który został zapomniany, a który jednocześnie nadal na przekór wszystkiemu w pamięci tkwi. Opowieść o grupie ludzi, która rozumie ten stan rzeczy, nawet jeśli sama decyduje się na odejście, godząc się z losem i otwierając kolejny rozdział – jaki, tego nie wiemy. I osobnym filarem powieści Sweetland jest Moses, postać przekorna, której wiele słów musiałam zaznaczyć, chociaż nigdy wcześniej nie kreśliłam po książkach. Tu ołówek sam pojawił się w mojej ręce, a ja podkreślałam i przekleństwa, i elementy czarnego humoru, i – w końcu – niezwykle chłodne wnioski dotyczące życia. Jeśli jakiś człowiek ma się nazywać tak, jak nowofundlandzka wyspa, to tylko Moses. Jeśli jakaś osamotniona, wypchnięta z myśli ludzi wyspa ma nosić czyjeś nazwisko, musi to być nazwisko Sweetlanda.

Jest to historia na wskroś realistyczna, nostalgiczna, w miarę zbliżania się do końca coraz bardziej niepokojąca. Historia, którą można dopisać do listy powieści opowiadających o małych ojczyznach - ale mówi o wiele więcej poza to. Trudno nie zatęsknić za własnym miejscem po przeczytaniu tej książki. Pobudza do refleksji, rozkochuje czytelnika we wzburzonym oceanie, niegościnnej plaży, w poczuciu pustki i oderwania. Crummey stworzył bohatera, którego chciałam zrozumieć i którego losy chciałam śledzić, nawet jeśli bez problemu mogłabym wytknąć momenty, gdy nie miał racji, gdy zachował się podle lub źle; momenty, kiedy tracił głowę. Nie można zlekceważyć tej historii, ponieważ poza pierwszą warstwą opowiadającą o schyłku świata znajduje się wiele innych, równie smacznych i nurtujących elementów. To historia opowiedziana w sposób prosty, bez oceny, perorowania i nadmiernych komplikacji. Nie ma w niej wątków sensacyjnych, nawet jeśli retrospekcje rozciągnięte na całą długość książki przybliżają niepokojącą historię zagubionej na morzu szalupy ratunkowej. Sweetland to powieść opowiadająca o ludziach, o życiu takim, jakie jest.

Nie potrafię wyrazić tego, jak dobrze czytało mi się tę książkę, jak bardzo chciałam ją skończyć i jak bardzo nie chciałam, żeby do tego doszło. Bywałam przy niej rozbawiona, bywałam poruszona. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać i nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że jest to dobra, świetnie napisana, bardzo przemyślana opowieść. Chcę poznać inne utwory tego autora. Po lekturze powieści Sweetland moje wymagania co do innych tekstów Michaela Crummeya są wysokie.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

5 komentarzy:

  1. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie, jest taka... introwertyczna, melancholijna, ale wspaniała. Coś niesamowitego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka już przeczytana i czeka w kolejce do recenzji. Ale już mogę napisać, że po prostu mnie zachwyciła, szczególnie druga połowa, gdzie nie wiadomo było, co jest szaleństwa, a co rzeczywistością... <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna, czy na końcu jest rzeczywistość, szaleństwo, czy może już śmierć.

      Usuń
  3. Fajnie, że wywołuje tyle emocji. Przyznam, że książka mnie zainteresowała. Zapisuję sobie na listę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam na oku tę książkę. Recenzja jest jak najbardziej zachęcająca, więc tym bardziej będę próbowała ją dorwać... :P Poza dobrze zapowiadającą się lekturą, mnie przyciąga też miejsce akcji – z Nową Fundlandią w książce jeszcze się nie spotkałam, a lubię chociaż w ten sposób odkrywać nowe miejsca. :) No i jeszcze ta okładka – jest dosyć prosta, ale na mnie robi wrażenie. Ten domek ma coś w sobie (przypomina mi nieco domki w Norwegii), ale chyba właśnie o to chodziło. :) Cieszę się, że to taka dobra książka i mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...