niedziela, 31 stycznia 2016

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: AGENCI TARCZY


Marvel Agents of S.H.I.E.L.D. (2013)
gatunek: akcja, sci-fi

Akcja serialu rozpoczyna się wkrótce po ukazanej w filmie Avengers bitwie o Nowy Jork. Teraz, gdy wiedza o istnieniu superbohaterów i obcych stała się powszechna, świat stara się przywyknąć do tej całkiem nowej rzeczywistości. Do służby powraca agent Coulson. Zbiera on zespół wyspecjalizowanych agentów. Ich misją jest badanie tego, co nowe, dziwne i nieznane. (źródło: Wikipedia)

Obiektywnie i z ręką na sercu - to nie jest dobry serial. Jest w nim dużo rzeczy przeciętnych, niezamierzenie dowcipnych i irytujących. Sporo nieścisłości, nie dość polotu, by porównywać go do produkcji filmowych Marvela. A jednak to nie jest serial zły - tym razem piszę to subiektywnie, machając ręką nad głową, żeby zwrócić Waszą uwagę. To nie jest serial zły.

Najtrudniejsze w oglądaniu Agentów TARCZY (Czasem widuję tytuł w wersji: Agenci T.A.R.C.Z.Y., ale po angielsku zabawa z akronimem brzmi o wiele lepiej, więc po prostu zignoruję fakt, że ktoś z tłumaczy uparcie stawia kropki pomiędzy literami.) jest przebrnięcie przez połowę pierwszego sezonu. Około dwanaście czy czternaście odcinków otwierających serial ma tak prostą i przewidywalną konstrukcję, że można trochę przysnąć. Sprawę ratuje jedynie Phil Coulson (mój człowiek!) i jego piękna Lola, która była chyba moją ulubioną bohaterką tego sezonu (niezorientowanym polecam sprawdzić, czym Lola jest). Nie pamiętam gdzie i kiedy usłyszałam o Agentach, był to jednak czas, gdy przeżywałam poważne zauroczenie w Philu. Osoby, które chociaż raz widziały film Avengers wiedzą, że dzieje się tam z Agentem pewna rzecz, którą trudno odkręcić, chyba, że ma się bujną wyobraźnię i dysponuje (choćby wirtualnie, tylko w scenariuszu) bardzo tajną organizacją, która ma swoje bardzo tajne metody na wszystko. Być może dlatego zacisnęłam zęby i po prostu oglądałam, odcinek po odcinku, odcinek po odcinku. Aż zdarzył się cud. Gdzieś około tego dwunastego czy czternastego odcinka przydarzył się wątek, który mną wstrząsnął, sprawił, że opadła mi szczęka, a kolejny epizod włączył się sam. Tak. Najgorsza jest pierwsza połowa sezonu. Wystarczy przejść przez nią jak przez bardzo ciasny kanał rodny, by ukazali się wreszcie prawdziwi Agenci TARCZY.

Nie twierdzę, że dalej wszystko działa bez zarzutu. Wręcz przeciwnie, dalej bywa różnie. Jest to pewien problem, ponieważ wszystko teoretycznie w serialu działa: fabuła, bohaterowie, efekty specjalne, zwroty akcji, motywacje działań. Wszystko jest w jak największym porządku i wygląda całkiem nieźle, może taniej niż w filmach ze stajni Marvela, ale wystarczy uwierzyć, że taki ma być urok tego serialu. I rzeczywiście pewien urok w tej ograniczoności zasobów jest, zwłaszcza wtedy, gdy z tego samego, ale jednak całkiem innego świata, pojawia się w którymś z odcinków Lady Sif, Fury czy Maria Hill. Ślepi entuzjaści (np. ja) sikają wtedy ze szczęścia i ściskają mocno poduszkę, nie zwracając uwagi na nic innego. Przyznajcie, jest to jakiś sposób na serial. Choć jestem tego świadoma, choć widzę ten trik i kiwam głową nad tym, jak proste jest jego użycie – i tak się mu poddam, i tak kolejnym razem przeżyję dokładnie tak samo.

Wszystko wskazuje na to, że jest to serial dla ludzi, którzy z radością wyłapują nieścisłości, kiwają nad nimi głową i...oglądają dalej, z niesłabnącym podnieceniem i wyczekiwaniem. I kiedy tak podchodzisz do produkcji, to, że wszystko działa, całkowicie ci wystarczy. Tak jest w moim przypadku. Widzę więc, jasne, że niektóre odcinki dziwią i nudzą, niektóre wątki trzymają się całości szyte bardzo grubymi nićmi, a kilkoro aktorów mogłoby jednak wrócić się do szkółki. A jeśli nie do szkółki, to może chociaż przed lustro, żeby wyćwiczyć drugą minę (niech przykładem będzie agent Ward, z którym wiele rzeczy chciano zrobić, z bardzo marnym skutkiem). Widzę to wszystko, zgadzam się na to i nadal jest fanką Agentów TARCZY. Być może nie ma wielkiego widowiska, ale jest związek z wielkimi produkcjami (Phil, mój człowiek!), jest dowcip, jest urok bohaterów (Fitz-Simmons!) i - to lubię najbardziej - takie połączenie dramatu i oddechu, żeby postaci miały szansę podziałać, pozmieniać się, a odbiorca wejść w serialowy świat i pomarzyć o podobnych, dziwacznych przygodach. Podobno to właśnie dzięki widzom twórcy serialu postanowili zmienić pewne rzeczy i zróżnicować fabułę tak, by zaczęła prowadzić do czegoś większego, istotnego dla znaczenia całego uniwersum. Łatwo dostrzec, gdzie Agenci TARCZY się teraz znajdują i jakie wątki, rozpoczęte właśnie w serialu, będą odgrywały dużą rolę w filmach. Daleka jestem jednak od tego, by patrzeć na Agentów jako na ścisłą część uniwersum. Wolę chyba zostać przy zdaniu, że jest to mocno powiązana wariacja na temat, komentarz, dopowiedzenie.

Być może dlatego największą przyjemność w czasie seansów Agentów sprawia mi komentowanie wszystkich wydarzeń znajomej, która podchodzi do całej sprawy niezwykle krytycznie. Na tyle krytycznie, że być może wcale nie czyta już tego, co jej podsyłam. Serial budzi jednak we mnie ogromną ochotę, by z kimś się nim dzielić, a to chyba już coś znaczy.

czwartek, 28 stycznia 2016

#bookish: 5 KSIĄŻKOWYCH SERII, KTÓRE PRZECZYTAŁAM I UWIELBIAM (I KTÓRE PRZECZYTAM JESZCZE WIELE RAZY)

Omijam serie jak mogę, ale nie zawsze się udaje. Czasem po prostu zakochuję się w cyklu zanim jeszcze po niego dobrze (albo w ogóle) sięgnę, zanim przeczytam choćby jedno zdanie z pierwszego tomu. Choć serie omijam, mam listę najukochańszych, najwspanialszych, takich, do których chcę wrócić.

Idąc za ciosem dwóch poprzednich wpisów o seriach (tego i tego) postanowiłam zrobić zestawienie pięciu serii, które przeczytałam i uwielbiam.


  

Harry Potter, J.K. Rowling
1. Harry Potter i Kamień Filozoficzny
2. Harry Potter i Komnata Tajemnic
3. Harry Potter i Więzień Azkabanu
4. Harry Potter i Czara Ognia
5. Harry Potter i Zakon Feniksa
6. Harry Potter i Książkę Półkrwi
7. Harry Potter i Insygnia Śmierci

Czy naprawdę muszę komentować tę książkową serię? Naprawdę? Jestem pokoleniem wychowanym na Potterze i jestem z tego dumna! Hufflepuff górą!


  

Saga o wiedźminie, Andrzej Sapkowski
1. Ostatnie życzenie (zbiór opowiadań)
2. Miecz przeznaczenia (zbiór opowiadań)
3. Krew elfów
4. Czas pogardy
5. Chrzest ognia
6. Wieża Jaskółki
7. Pani Jeziora
8. Sezon burz (rozgrywa się w świecie wiedźmińskim)

Książki Andrzeja Sapkowskiego po raz pierwszy poznałam w gimnazjum. Był to idealny czas na krwawe, pełne soczystego dowcipu i erotyzmu powieści. Mówię serio. Zakochałam się od pierwszego przeczytania, przy okazji nauczyłam kilku świetnych przekleństw i zrozumiałam, że prawdziwy talent jest wtedy, kiedy sceny walki mrożą krew w żyłach, a sceny erotyczne nie popadają w kicz i taniość. Chylę głowę przed Sapkowskim, bo wielkim pisarzem jest.


  

Igrzyska śmierci, Suzanne Collins
1. Igrzyska śmierci
2. W pierścieniu ognia
3. Kosogłos

Znów powieści anglojęzyczne, znów nikogo nie zdziwię. Igrzyska śmierci pojawiły się w bardzo dobrym momencie - jak wcześniej Harry Potter. Jeśli ktoś nie czytał Orwella, może zacząć od Collins, która w powieściach przeznaczonych (głównie) dla młodzieży przedstawiła smutną, ale niezwykle prawdziwą wizję antyutopii. Ale prędzej czy później - sięgnijcie po Orwella.


  

Cykl o Tomku Wilmowskim, Alfred Szklarski
1. Tomek w krainie kangurów
2. Tomek na Czarnym Lądzie
3. Tomek na wojennej ścieżce 
3. Tomek na tropach Yeti 
4. Tajemnicza wyprawa Tomka 
5. Tomek wśród łowców głów
6. Tomek u źródeł Amazonki
7. Tomek w Gran Chaco
8. Tomek w grobowcach faraonów

Tomek Wilmowski pojawił się w moim życiu, gdy byłam w szkole podstawowej. Ostre przeziębienie uziemiło mnie w domu, a tato - w czasach młodości zapalony czytelnik - podstępnie wypożyczył z biblioteki książki, które sam kochał jako dzieciak. Strzał w dziesiątkę.

 
  

Kwartet Dawcy, Lois Lowry
1. Dawca
2. Skrawki błękitu
3. Posłaniec
4. Syn

Na koniec rzecz niezwykle...subtelna. Niepozbawiona opisów walki o przetrwanie, ciężkiej pracy i mrocznych sił, ale jednak seria, która ma w sobie pewną nutkę refleksyjności. Fantastyczne okładki, niebanalny świat. Za kilka lat będę chciała się przekonać, czy Kwartet Dawcy wciąż działa na mnie tak samo.

Jakie książkowe serie są ważne dla Was? Jakie możecie mi polecić?
Czekam na Wasze komentarze!

wtorek, 26 stycznia 2016

DZIEWCZYNA Z PORTRETU, David Ebershoff






Tytuł: Dziewczyna z portretu (The Danish Girl)
Autor: David Ebershoff
Data I wyd.: 2000 (PL: styczeń 2016)
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ilość stron: 384

Dwa słowa: niezwykle autentyczna







W tym roku z większą uwagą niż kiedykolwiek wcześniej śledzę oscarowe nominacje. To właśnie z tego powodu zainteresowałam się Dziewczyną z portretu, na podstawie której powstał scenariusz do filmu o tym samym tytule. I choć Dziewczyna nie jest nominowana w kategorii scenariusza adaptowanego (tu nominowane są, między innymi, Marsjanin, Brooklyn i Pokój), film zebrał nominacje za aktora, aktorkę drugoplanową, scenografię i kostiumy. Po lekturze powieści nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, w jaki sposób Eddie Redmayne poradził sobie z rolą transgenderowej kobiety.

Historia Dziewczyny z portretu inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami z życia dwojga duńskich artystów: Einara i Gerdy Wegenerów. Einar jest jedną z pierwszych osób, które przeszły udokumentowaną chirurgiczną korektę płci, po której zmienił imię na Lili Elbe. Wcześniej Lili przeżyła wiele lat jako Einar Wegner, zajmując się pracą artystyczną i przebywając w związku małżeńskim z Gerdą, także malarką. W powieści to Greta Wegner proponuje mężowi, by ten założył damski strój na potrzeby dokończenia przez nią jednego z zamówionych portretów. Artystyczny żart zmienia życie pary. Einar odkrywa w sobie pragnienie, które dotąd dotąd skutecznie ogłuszał i ignorował. Czuje, że żyje w nim kobieta.

Podchodziłam do tej książki z bardzo pozytywnymi emocjami. Z jakiegoś powodu czułam, że historia do mnie przemówi, że poruszy mnie i że będę nią zachwycona. Tak zaczynać lekturę - to dobre, a jednocześnie niezwykle ryzykowne posunięcie. Nie zawiodłam się jednak na swoich przeczuciach i podejrzeniach, co mogę napisać otwarcie. Przed rozpoczęciem książki miałam już za sobą kilkukrotne obejrzenie filmowego zwiastuna, lekturę komentarza do filmu i notatek dotyczących małżeństwa Wegnerów. Fabuła nie miała więc szansy mnie zaskoczyć - znałam zarówno początek, jak i główny motyw historii, wiedziałam też, jak się skończy. Nie jest to w zasadzie powieść, która ma na celu zaskakiwanie i ekscytowanie kolejnymi losami bohaterów. Nie czytałam jej po to, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób historia Lili się zakończyła, ale po to, żeby do końca być przy tej niezwykłej dziewczynie. A rzeczywiście psychika Lili jest rzeczą wartą poznania. Narrator wszechwiedzący umożliwia czytelnikowi wejrzenie wgłąb Einara, który zaczyna dostrzegać w sobie pewne zmiany, w końcu pożądać ich, wcielać w życie - na końcu nawet uświadamiać sobie (i odbiorcy książki), że natura, do której dorósł, zawsze w nim tkwiła. Zepchnięta na bok, przytłumiona przez społeczne wymagania oraz zasady miała w końcu szansę się obudzić, a sprzyjające warunki pozwoliły jej na to, żeby wyrosła, dojrzała, zakwitła. Dziewczyna z portretu jest dla mnie przede wszystkim szkicem o psychice. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z opisem tego, co czuje osoba, która nie widzi połączenia między swoim ciałem i psychiką, która dostrzega w sobie problem niezgodności psychiki i ciała. W którymś momencie Einar sam sięga po książki i opis jego drogi do zrozumienia siebie jest prawdziwie wzruszający. Ciekawi mnie - o czym pisałam już we wstępie - w jaki sposób problem ten zostanie uchwycony na dużym ekranie, jak medium filmu przeniesie trudną materię wewnętrznych przeżyć bohatera na konkretnego aktora, na obraz, na gest i wypowiadane kwestie.

Prawdą jest, że Dziewczyna z portretu to historia bardzo liryczna. Trudno szukać w niej zwrotów akcji, ponieważ to opowieść o sporach wewnętrznych. Nie tylko Lili, ale także Grety, żony malarza. To właściwie druga pierwszoplanowa postać i będę się tego zdania bardzo mocno trzymać. Bez Grety nie zdarzyłoby się nic, żadna decyzja nie zostałaby podjęta, brakłoby bodźca, od którego wszystko się zaczęło. Nadal nie do końca jasne są dla mnie wszystkie motywacje Grety, która nie dość, że jako pierwsza przejrzała prawdziwą naturę swojego męża, wspierała go i poprowadziła aż ku korekcie płci, ale była też w tej decyzji stanowcza, chyba bardziej niej pewna niż sama Lili. Krótkie rysy, fragmenty dotyczące przeszłości obojga bohaterów tworzą tak naprawdę nie tylko historię tytułowej Dziewczyny z portretu, ale też osobną opowieść o dziewczynie, która namalowała obraz. Jestem pod wrażeniem tego, w jak subtelny sposób udało się ubrać tę historię w słowa, w jak przejrzysty i prosty sposób przedstawiono kwestię w gruncie rzeczy dramatyczną, w tamtych czasach - akcja utworu zaczyna się w 1925 roku, w chłodnej Kopenhadze - trudną do wyobrażenia. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć samemu, wiele tropów podjąć bez zachęty autora. Sam David Ebershoff w nocie na końcu książki zaznacza: "Napisałem tę książkę, aby zagłębić się w intymną przestrzeń tego wyjątkowego małżeństwa, co byłoby niemożliwe bez domysłów, spekulacji i popuszczania wodzy fantazji. Zawarłem na tych stronach pewne ważne fakty dotyczące przemiany Lili, ale rozmaite szczegóły tej opowieści - miejsce, czas, język i życie wewnętrzne - są tworem mojej wyobraźni." Fikcja literacka pozostaje fikcją, chociaż natura problemu jest niezmiennie nurtująca. Zarówno życie Lili Elbe jak i powieść inspirowana jej losami są niezwykle aktualne. W Dziewczynie z portretu nie wszystko napisano wprost i dzięki temu historia ta jest tak interesująca, absorbująca i zwyczajnie ludzka.

Cóż tu dodać - polecam. Książkę przeczytałam z niezwykłą uwagą, powoli. To przejrzysty język, ciekawie zbudowany tekst, mądry dobór tematu i bardzo satysfakcjonująca realizacja. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak obejrzeć film. Niech historia poruszy mnie jeszcze raz.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU ZNAK LITERANOVA
Więcej o książce na stronie znak.com.pl

czwartek, 21 stycznia 2016

ODDAM KSIĄŻKĘ #2

Mam - więc dam.

Tak się złożyło, że raz na jakiś czas zdarza mi się dostać egzemplarze recenzenckie. Są to książki, które przechodzą na moją własność za napisanie recenzji (pozytywnej lub też nie, wszak bez ryzyka nie ma zabawy). Chciałabym, żebyście też mieli okazję je przeczytać i sami zadecydować, co o nich sądzicie. Mam też kilka książek, których nie kocham tak, jak powinnam i dlatego...chcę je podać dalej - stąd pozycja bonusowa na poniższej liście, pochodząca bezpośrednio z mojej biblioteczki.

Jakie książki można zdobyć w rozdaniu?



  



GWIAZDOZBIÓR, Marta Zaborowska:
Fabryką talentów, podwarszawską szkołą dla wybitnie uzdolnionych uczniów, wstrząsa informacja o śmierci jednego z wychowanków. Wkrótce zamordowani zostają kolejni uczniowie, a autopsja u każdego z nich wykazuje postępujące kalectwo, przekreślające ich drogę do sławy. W trakcie śledztwa, prowadzonego przez policyjną detektyw Julię Krawiec, do warszawskiej ASP wpływa list z rysunkami zamordowanych dzieci. Ktoś uwiecznia moment ich śmierci na swoich pracach. Julia musi odnaleźć autora rysunków zanim dojdzie do kolejnego zabójstwa. (źródło: lubimyczytac.pl)
Moją opinię przeczytacie tutaj.

CHCĘ WSZYSTKO, Charlotte Brontë, Dorota Combrzyńska-Nogala:
W 1840 roku Charlotte Brontë rozpoczęła pisanie pełnej namiętności opowieści o panu Ashworth, niezwykle krewkim dżentelmenie, potrafiącym w ciągu kilku lat stracić i odzyskać fortunę. Po śmierci ukochanej żony pozostaje mu córka wychowywana na pensji. W momencie, kiedy dziewczyna wraca do domu opowieść Brontë urywa się i… po latach Dorota Combrzyńska-Nogala tworzy jej dalszą część. Chcę wszystko zaczyna się oryginalnym tekstem, potem współczesna autorka snuje swoją wersję losów młodych bohaterek, splatając je ze sobą w dynamicznej, osadzonej w wiktoriańskiej dekoracji akcji. Powstała znakomita powieść o przyjaźni, miłości, toksycznych więzach rodzinnych i silnych, walczących o szczęście i niezależność kobietach. (źródło: lubimyczytac.pl)
Moją opinię przeczytacie tutaj

CUDOWNE TU I TERAZ, Tim Tharp:
Sutter Keely to rozrywkowy gość, w szkole daleko mu do orła i nie planuje studiów. Pewnego ranka po nocnej balandze Sutter budzi się na obcym trawniku i poznaje Aimee. Aimee nie wie, o co chodzi w życiu. Aimee to towarzyska porażka. Aimee potrzebuje pomocy, więc bohaterski Sutterman podejmuje wyzwanie. Ma plan: pokaże jej, na czym polega dobra zabawa i puści ją wolno, gdy będzie gotowa żyć pełnią życia. Jednak okazuje się, że Aimee to dziewczyna inna niż wszystkie, które poznał do tej pory. Nie wiedząc kiedy i jak, Sutter zakochuje się po uszy. Do tego czuje, że po raz pierwszy w życiu ma wpływ na kogoś innego – może mu pomóc, ale może też go zniszczyć. (źródło: lubimyczytac.pl)


  



JAK ZDOBYĆ KSIĄŻKĘ?

Pozostaw pod tym postem komentarz.

W treści podaj: 
- swój adres e-mail,
- ulubiony cytat pochodzący z książki lub mówiący o książkach,
- tytuł jednej pozycji, którą chcesz otrzymać

Rozdanie zakończy się 31 stycznia. Będzie mi bardzo miło, jeśli dodasz mojego bloga do obserwowanych. Zapraszam także na facebooka Po Książkach Mam Kaca.

Powodzenia!

wtorek, 19 stycznia 2016

OSTATNIA NOC W TREMORE BEACH, Mikel Santiago






Tytuł: Ostatnia noc w Tremore Beach (La última noche en Tremore Beach)
Autor: Mikel Santiago
Data wyd.: 2014 (PL: styczeń 2016)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 390

Dwa słowa: świetna książka





Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, było nazywanie Mikela Santiago "hiszpańskim Kingiem". Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy porównuje się jednego pisarza do innego - z różnym skutkiem. Tym razem potwierdzam, Santiago i King mają wiele wspólnego i czuć to w czasie lektury. Z tym jednak, że Santiago to King w wersji soft, plastycznej i mniej potwornej.

Akcja toczy się w odludnej części Irlandii, w niewielkim miasteczku. Kompozytor Peter Harper, nie mogąc się pozbierać po bolesnym rozwodzie, wynajmuje dom na odludnej plaży. Próbuje tu odnaleźć równowagę i odzyskać wiarę w swoje siły twórcze. Pewnej burzliwej nocy, ignorując złe przeczucia, wychodzi z domu i bierze udział w przyjęciu. W drodze powrotnej zostaje rażony piorunem. Przeżywa, jednak od tej pory w jego głowie pojawiają się mroczne wizje, w których giną wszystkie bliskie mu osoby. Coraz trudniej zrozumieć mu, co jest rzeczywistością, a co tylko wytworem niezwykłej mocy, którą uaktywnił piorun.

Fabuła opiera się na stosunkowo prostym i niejednokrotnie już wykorzystywanym pomyśle - samotny mężczyzna próbujący zlepić swoje życie w całość, osada na końcu świata, budząca wyobraźnię, nieskończona przestrzeń oceanu. Przez cały czas nie mogłam pozbyć się z głowy wspomnienia Ręki mistrza autorstwa - a jakże - Stephena Kinga. Sytuacja w obu utworach została przedstawiona w podobny sposób. O ile jednak King daje się ponieść swojej mocy tworzenia ponurych, mrożących krew w żyłach horrorów, powieść Santiago zamiast dreszczy i skrzywienia budziła we mnie ciągłe zainteresowanie. Nie byłam pewna, czy uznać ją tylko za thriller, czy może za thriller z elementem horroru i prawdziwej grozy. Nie było strony, która by mnie nie zaciekawiła. Pomimo tego "stosunkowo prostego" pomysłu nie mogłam oderwać się od lektury. Narracja prowadzona jest w formie pierwszoosobowej, dzięki czemu poznajemy całą historię głównego bohatera w fragmentach, przytaczanych w odpowiednich chwilach na podstawie skojarzeń czy jego podejrzeń. Poznajemy jego kłopoty, słabości, momenty, których się wstydzi lub rzeczy, których się boi; poznajemy człowieka trochę nudnawego, chociaż utalentowanego i zbierającego niegdyś wiele wyróżnień. Czułam się dobrze z tą postacią, potrafiłam zrozumieć Petera, nawet jeśli czasem mnie denerwował lub niecierpliwił. Ten pomysł na fabułę w połączeniu z narracją pierwszoosobową udał się w stu procentach - niejednokrotnie na równi z narratorem nie byłam pewna, czy to, czego doświadcza, jest prawdą, czy częścią jego wizji. I w tym tkwi cały haczyk! Przyznaję, że parę razy dałam się zwieść, do tego stopnia, że aż do ostatniej strony nie byłam pewna, w jaki sposób cała historia się zakończy, trzymała w napięciu. Ostatecznie obyło się bez wybiegu, który byłby nowatorski i szokujący, ale i tak jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą. Tropy zostawione przez autora doprowadziły mnie do dobrych podejrzeń.

Santiago w fantastyczny sposób zbudował gradację napięcia, budząc we mnie szczere zainteresowanie losami bohaterów - nie tylko głównego, ale też drugoplanowych. Są to bohaterowie zwyczajni, tak jak zwyczajne i nudnawe jest irlandzkie miasteczko, w którym się znajdują. Jednocześnie jednak każdy z bohaterów jest innych, a ich mroczne sekrety, które w końcu odkrywa Peter, są niezwykle autentyczne i prawdopodobne. Być może właśnie to stanowi największą różnicę między Mikelem Santiago a Stephenem Kingiem - strach towarzyszący mi podczas czytania książek Kinga jest irracjonalny, pojawia się i mija szybko, podczas gdy ten wywołany podczas czytania Ostatniej nocy w Tremore Beach stanowił bardziej przejaw ciągnącego się przez większość lektury niepokoju. Odnoszę wrażenie, że jest to powieść porządnie przemyślana, zaplanowana i zrealizowana zgodnie z planem. Nie dostrzegam rzeczy, które są niepotrzebne lub sztuczne, nawet jeśli narracja pierwszoosobowa sama tworzy sobie wady, choćby w postaci bardzo jednowymiarowego spojrzenia na fakty. W tej historii wada zamienia się w zaletę, ponieważ największym wrogiem bohatera jest to, że nikt nie może potwierdzić jego wizji, zaświadczyć o jego logice - ani inni bohaterowie, ani czytelnik. Ostatnia noc w Tremore Beach to dobry thriller z elementem horroru i chyba odrobiną powieści obyczajowej.

Książka dała mi to, czego chciałam. Być może to trzymanie się konwencji i znanych motywów ktoś uzna za wadę, jednak mnie powieść Santiago przyciągnęła do siebie na dwa długie i bardzo satysfakcjonujące wieczory. Cieszę się, że miałam ją okazję przeczytać i bardzo życzę sobie tego, żeby jeszcze kiedyś mieć do czynienia z tym pisarzem. Akcja, niemal parapsychologiczna tajemnica, odrobina prywatnych problemów i duża doza uprawdopodobnienia - to chce się czytać.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZARNA OWCA
Więcej o książce na stronie czarnaowca.pl

sobota, 16 stycznia 2016

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: MARSJANIN


The Martian (2015)
reż. Ridley Scott
gatunek: akcja, sci-fi

[ekranizacja tej książki]

Po nieudanej ekspedycji Mark zostaje sam na Marsie. Mimo znikomych zapasów oraz zerwanej łączności z dowództwem mężczyzna stara się przetrwać w trudnych warunkach. (źródło: filmweb.pl)

Już w połowie filmu zdałam sobie sprawę z tego, że wiem, co jest głównym problemem, a co największą zaletą Marsjanina. Głównym problemem filmu jest to, że nie jest on książką. Największą zaletą - Matt Damon.

Od początku będzie to tak: jakiś czas czemu przeczytałam powieść, później długo zbierałam się do obejrzenia filmu, który nakręcono na jej podstawie. Nie, żebym nie lubiła ekranizacji i filmów inspirowanych książkami - wręcz przeciwnie, jestem zdania, że można przenosić na duży (i mały) ekran absolutnie wszystko. Problem leży we mnie. To znaczy: tak, jestem kinową ignorantką, która dużo kłapie dziobem, a filmy ogląda z doskoku, nieczęsto, wciąż o nich zapominając.

Powtórzę to, czym pozwoliłam sobie otworzyć ten niedługi tekst dotyczący moich przemyśleń o Marsjaninie. Największym problemem, największą wadą filmu jest to, że nie jest on książką. To, od czego zaczyna się akcja powieści, to, na czym budowany jest jej sukces - oddanie głosu człowiekowi, który utknął na Marsie i w ciągu najbliższych miesięcy nie złapie taksówki do domu, brawurowe prowadzenie narracji z perspektywy człowieka, który wie, w jak wielkie gówno wdepnął i zdaje sobie sprawę z tego, że gorzej, serio, nie może już być, bo jest pierwszym gościem, który utknął na Marsie, pierwszym, który przebywa tu tak długo, pierwszym, który sadzi tu ziemniaki, słucha disco, ogląda stare filmy, załamuje się i cieszy, mówi głupie żarty, nazywa przestrzeń wokół siebie; pierwszym, który ma tak bardzo przesrane - to wszystko wydało mi się przysypane piachem, całkiem zresztą zgrabnie zrobionym. Scenografia cacy, dobór muzyki również, zwłaszcza dla ucha kogoś, kto kilkanaście razy w trakcie czytania powieści łapał się na szerokim uśmiechu wywołanym jękami i żalami Marka Watneya (chwała muzyce disco!). Humor, ironia, porażająca energia i śmiałość głównego bohatera gdzieś mi przez pierwszą część filmu przepadły, gdzieś się zawieruszyły. Rozumiem, że tak musiało się stać, bo wybór był prosty - albo stworzyć film z jednym aktorem i pokazać bardzo dużo ciętego humoru niemal bez akcji, albo zrobić z Marsjanina dobre sci-fi, pokazując kulisy NASA, misji ratunkowej. Hej, zrobili wszystko, co mogli, żeby z tego filmu wyszła naprawdę śmiała, dowcipna, a jednocześnie elektryzująca i emocjonująca rzecz.

I tutaj czas na drugie spostrzeżenie. Najlepszym punktem Marsjanina jest to, że gra w nim Matt Damon. Już sama jego twarz, nawet pozbawiona wyrazu, jest najlepszym, co mogło spotkać tę produkcję. A wyrazów i emocji jest na niej dużo, bo Damon potrafił ożywić Watneya dokładnie w ten sposób, w jaki został on zbudowany na kartach powieści. Jest więc ironia, jest żart, jest dramat, jest strach, jest wzruszenie, niepewność, załamanie. Kiedy film się rozkręcił i Matt dostał wreszcie odpowiednią ilość czasu antenowego, poczułam, że jesteśmy w domu. Jasne, to nie jest książka, ale, hej!, mamy Matta Damona, więc wszystko jest tak, jak być powinno. Czy jestem nazbyt entuzjastyczna? Tak. Ale ponieważ jestem tego świadoma, nie będę zmieniać swojego zdania i doszukiwać się wad. Nawet zmiana zakończenia (nazwę ją plastyczną, a osoby, które czytały książkę i oglądały film powinny się w tej chwili uśmiechnąć ze zrozumieniem, bo to mój drobny dowcip) nie raziła tak, jak mogłaby razić.

Liczba nagród, do których nominowany jest Marsjanin, mówi sama za siebie. Same Oscary to nominacja za najlepszy film, najlepszego aktora, najlepszy scenariusz adaptowany, efekty specjalne, montaż dźwięku, scenografię, dźwięk. Czytałam niedawno artykuł, który analizował zarzut wobec Marsjanina, jakoby był to film dla naiwnych Amerykanów, którzy widzą świat w utopijny sposób. Czy to nie oczywiste, że założeniem tego filmu (i książki, nie zapominajmy, że to film na podstawie książki!) było stworzyć historię Robinsona Crusoe w kosmosie? I czy to nie oczywiste, że w tym tkwi największa zaleta, clue filmu? Zamiast smutnego sci-fi, które przeraziłoby odbiorcę i rozbudziło w nim niechęć do wszystkich nowinek elektronicznych, które podkreśliłoby, jak mały w obliczu kosmosu jest człowiek i jak niewiele może, rzuca się nam opowieść mówiącą o nadziei, harcie ducha, dążeniu do rozwiązania każdego problemu. Nie lubię filmów o kosmosie, bo są napęczniałe, nadmuchane, nieznośnie przesadzone i poważne. Nie lubię filmów o kosmosie, w których stroje astronautów są zawsze nieskazitelnie błyszczące, a ostatnim scenom towarzyszy patetyczna muzyka. Marsjanin to film, który z jednej strony, jasne, opowiada o sytuacji idealnej, w której ludzie zbierają się razem i robią wszystko, żeby uratować jednego człowieka, ale z drugiej - przedstawia też cienie takiego przedsięwzięcia. Jak to w życiu bywa, najbardziej wszechstronnym narzędziem jest taśma klejąca, najbardziej irytujący są ludzie mający władzę, a wszystkie wielkie zdarzenia dzieją się tylko dzięki niesubordynacji.

Niesamowicie rzeczywista scenografia, genialny Matt Damon (którego odkryłam tu jako aktora, wcześniej gdzieś mi umykał), bardzo dobra muzyka - ten film może i nie jest książką, ale to nic nie szkodzi. To wciągające i dowcipne kino, bardzo sumiennie zrobione.

środa, 13 stycznia 2016

#bookish: 6 KSIĄŻKOWYCH SERII, PO KTÓRE CHCIAŁABYM (W KOŃCU) SIĘGNĄĆ

Omijam serie jak mogę, ale nie zawsze się udaje. Czasem po prostu zakochuję się w cyklu zanim jeszcze po niego dobrze (albo w ogóle) sięgnę, zanim przeczytam choćby jedno zdanie z pierwszego tomu. Choć serie omijam, mam listę takich, które chciałabym przepracować.

Idąc za ciosem tego wpisu postanowiłam przypomnieć sobie wszystkie serie, po które chciałabym (W KOŃCU) sięgnąć.

  

Akademia wampirów, Richelle Mead
1. Akademia wampirów
2. W szponach mrozu
3. Pocałunek cienia
4. Przysięga krwi
5. W mocy ducha
6. Ostatnie poświęcenie

Powieści z Herkulesem Poirotem, Agatha Christie
ponad 30 książek Christie

Seria niefortunnych zdarzeń, Lemony Snicket (Daniel Handler)
1. Przykry początek (The Bad Beginning)
2. Gabinet gadów (The Reptile Room)
3. Ogromne okno (The Wide Window)
4. Tartak tortur (The Miserable Mill)
5. Akademia antypatii (The Austere Academy)
6. Winda widmo (The Ersatz Elevator)
7. Wredna wioska (The Vile Village)
8. Szkodliwy szpital (The Hostile Hospital)
9. Krwiożerczy karnawał (The Carnivorous Carnival)
10. Zjezdne zbocze (The Slippery Slope)
11. Groźna grota (The Grim Grotto)
12. Przedostatnia pułapka (The Penultimate Peril)
13. Koniec Końców (The End)

Tak się ładnie składa, że trzy zagraniczne serie, o których intensywnie myślę, to jedna rzecz dla dzieci, jedna dla młodzieży i jedna dla dorosłych. Przy Serii niefortunnych zdarzeń dopisałam angielskie tytuły, ponieważ te książki chcę przeczytać w oryginale - nie ma chyba lepszej rzeczy do szlifowania języka jak porywająca lektura. Do książek Richelle Mead przekonał mnie film Akademia wampirów - ot, po prostu. A dlaczego  Herkules? Ojej, czy muszę to w ogóle tłumaczyć?

  

Odrodzone królestwo, Elżbieta Cherezińska
1. Korona śniegu i krwi
2. Niewidzialna korona

Lipowo, Katarzyna Puzyńska
1. Motylek
2. Więcej czerwieni
3. Trzydziesta pierwsza
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

Pan Lodowego Ogrodu, Jarosław Grzędowicz
Tomy I-IV (bez osobnych tytułów)

Korona śniegu i krwi stoi na mojej półce od tak dawna, że wstyd pisać cokolwiek więcej. Nie czytać Katarzyny Puzyńskiej to już prawie grzech śmiertelny, a Pana Lodowego Ogrodu polecało mi już tyle osób, że głowa mała! Trochę historii, odrobina krwi, dużo dobrej fantastyki - tak, znów każda z serii ma do zaoferowania coś niezwykłego. I znów biję się w piersi i żałuję, żałuję, bardzo żałuję.

Czy to koniec? Jasne, że nie! Kiedyś powinien przyjść czas na Niezgodną autorstwa Roth, na pełne odświeżenie przygód Holmesa (którego nie umieszczam ani na liście serii do dokończenia, ani na liście serii, po które muszę sięgnąć po raz pierwszy, bo znajduje się on gdzieś w połowie), na wakacyjne czytanie Pretty Little Lies i serii o Sooki Stackhouse. Ale to kiedyś, kiedyś. Nie wszystko na raz!

A po jakie cykle Wy chcielibyście (W KOŃCU) sięgnąć?

poniedziałek, 11 stycznia 2016

#blogerzy: OD JAKIEJ KSIĄŻKI ZACZĘŁA SIĘ TWOJA MIŁOŚĆ DO CZYTANIA?

W mojej głowie pojawił się nieśmiały pomysł, żeby zacząć zadawać blogerom książkowym pytania… o książki. Wszystkich nas łączy to, że czytamy, ale każda z naszych historii, każde z naszych książkowych doświadczeń jest inne.

..................................................................................................................................................

Od Harry'ego Pottera. Wcześniej niechętnie czytałam książki, były to głównie lektury. Czułam się zmuszana, by je skończyć. Nawet jeśli były ciekawe, nie czułam tej radości z czytania. A potem w moje ręce trafił Potter i przepadłam.

Historia mojej miłości do czytania zawiera się w trzech etapach. Po raz pierwszy rozkręciła ją seria o Harrym Potterze, którą dosłownie połknęłam i czytałam z pasją przez kilka miesięcy. Potem pochłonęły mnie lektury szkolne i studenckie, więc beletrystyka przeszła w zapomnienie aż do momentu, gdy przyjaciółka podsunęła mi Zmierzch. Saga Meyer rozbudziła mój głód na fantastykę i wampiropodobne twory, a potem poszłam do pracy i czytanie znów się skończyło. Po raz trzeci moja pasję roznieciło Pięćdziesiąt twarzy Greya i od tej pory czytam już nałogowo. Za każdym razem potrzebowałam książki-klucza, która wywołałaby głód czytania, ale to Grey przyczynił się do założenia bloga i choć dziś jestem daleka od wygłaszania peanów na cześć twórczości pani James, nadal mam sentyment do Szarego. A czytam zupełnie inne książki 

Moja przygoda z książkami zaczęła się od klasyki poezji polskiej dla dzieci, czyli od Tuwima i Brzechwy. Miałam wiele wydań książek tych autorów. Dużym sentymentem darzę Bajki-Samograjki Brzechwy. To taka książeczka z wierszowaną wersją najbardziej znanych baśni, takich jak Czerwony Kapturek czy Kot w butach. Cudo. Niedawno znalazłam ją na wyprzedaży w bibliotece. Kupiłam ją bez wahania. Miłość do książek rozbudziły we mnie jednak książki nienarzucone mi przez nikogo. Taką przełomową książką była chyba Pulpecja Małgorzaty Musierowicz, którą przeczytałam w czwartej albo piątej klasie podstawówki. Z rodziną Borejków jestem czytelniczo związana do dziś i kupuję każdy tom Jeżycjady, mimo że styl autorki już nie przemawia do mnie tak bardzo jak kilkanaście lat temu. Cała seria stoi na honorowym miejscu w mojej biblioteczce razem z serią o Ani z Zielonego Wzgórza.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo musiałabym się cofnąć do czasów niemowlęctwa. Ale taka prawdziwa miłość, świadoma, zaczęła się chyba od Małego Księcia i Ani z Zielonego Wzgórza.

W sumie nie pamiętam, od jakiej książki zaczęła się moja miłość do czytania. Kochałam czytać już jako małe dziecko. Pamiętam jednak, przez jaką powieść - a raczej serię - zapałałam miłością do fantastyki, jeszcze będąc w szkole podstawowej. Była to Akademia wampirów R. Mead. Teraz uznałabym to bardziej za paranormal romance, ale wtedy... Takim oto sposobem zakochałam się całkowicie w istotach fantastycznych i mogę powiedzieć, że chyba nie ma gatunku, którego nie byłabym w stanie przeczytać

Wojtek, recenzjewojtka.blogspot.com
Miłość do książek zaczęła buzować w moich żyłach od lektury dzieła J. K. Rowling, które otworzyło mi okno na literacki świat i tym samym nadało inny tor mojemu losowi, popychając mnie w stronę recenzowania książek i fascynowania się różnymi tomami. Dobrze wszystkim znany Harry Potter kompletnie mnie zafascynował, była to pierwsza powieść, którą po prostu chłonąłem, pożerałem i jednocześnie mój apetyt na czytanie wciąż rósł. Cała seria przygód młodego czarodzieja była dla mnie niesamowitym zwrotem akcji, gdyż zawsze uważałem, że czytanie to nuda i niechętnie zabierałem się do każdej lektury. Tak więc moja miłość do książek zaczęła się zaledwie 5 lat temu i wciąż trwa.

Karolina, tanayahczyta.wordpress.com
Wbrew pozorom to pytanie wcale nie jest łatwe, bowiem moja przygoda z czytaniem zaczęła się bardzo wcześnie. Odkąd sięgam pamięcią, książki były obecne w moim życiu, a to za sprawą rodziców. Wypadałoby im podziękować, więc: mamo, tato, dziękuję! Dość szybko zaczęłam czytać sama (jeszcze zanim zaczęłam chodzić do podstawówki, miałam chyba 6 lat), ale nie pamiętam dokładnie moich pierwszych lektur. Podobno, gdy byłam całkiem malutka i jeszcze nie składałam sama liter, byłam zafiksowana na punkcie wiersza Baj Katarzyny Iłłakowiczówny. Pamiętam też, że uwielbiałam wszelkie baśnie. Szczerze mówiąc, uwielbiam je do dzisiaj! Kolejnym takim odkryciem była Ania z Zielonego Wzgórza. Była to pierwsza lektura szkolna, która bardzo mi się spodobała i pozwoliła odkryć, że także lektury obowiązkowe mogą być fajne – i to chyba na nią bym jednak postawiła w tym pytaniu.

Krzysztof, czytalski.pl
W moim przypadku zaczęło się raczej od serii o przygodach Tomka Wilmowskiego autorstwa Alfreda Szklarskiego.

Paula, ruderude-czyta.blogspot.com
Zacznę od tego, że w szkole nienawidziłam czytania książek – ciągłe wymuszanie znajomości kolejnych lektur (zarówno przez nauczycieli, jak i rodziców) doprowadziło mnie do czystej nienawiści wszelkich czytadeł. Moja miłość do czytania narodziła się dopiero około 4 lat temu, za sprawą książki Harlana Cobena Schronienie. To była pierwsza książka, którą kupiłam w cenie katalogowej, w wydaniu z twardą oprawą i w tej normalnej wielkości (jeżeli już kupowałam jakąś książkę z przeznaczeniem dla mnie – była to wersja pocket, dorwana na promocji), chociaż nawet nie czytałam opinii na jej temat, więc też nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. A jednak to była miłość od pierwszego wejrzenia i od pierwszej strony. Do tej pory mam straszny sentyment do tej książki i zajmuje wyjątkowe miejsce w mojej (teraz już obszernej) biblioteczce i często do niej wracam.

Justyna, ksiazkomiloscimoja.blogspot.com
Moja przygoda z czytaniem zaczęła się od książki Dzieci Warszawy i było to mniej więcej w piątej klasie szkoły podstawowej. Odnalazłam się w tej lekturze, pokochałam tematykę, czytałam wszystko, co związane z historią II wojny światowej, a przede wszystkim z holocaustem. Mam też na swoim koncie sporo pozycji z dziedziny literatury uzależnień. Przez długi czas byłam zamknięta na inne gatunki, czytałam tylko to z wyżej wymienionych. Jednak teraz otworzyłam się na inny świat, poczułam magię książek fantasy, urok lektur romantycznych i wrażliwość literatury pięknej. Czytam więc praktycznie wszystko i czerpię z tego ogromną radość.

Marta, martamrowiec.pl
Pierwszą taką książką były Dzieci z Bullerbyn, książka która na długo utkwiła mi w pamięci. Tak na serio w czytaniu zakochałam się za sprawą Przeminęło z wiatrem. Pamiętam, że zarwałam noc dla tej książki i wprost nie mogłam się oderwać. Bardzo przeżywam losy Scarlett, która w swojej prostocie, naiwności i uparciu powodowała wybuchy śmiechu, ale też doprowadzała do łez. To piękna i emocjonalna powieść o różnych obliczach miłości, o dążeniu do celów, łamaniu stereotypów i utartych konwenansów. W tym roku w ramach akcji czytelniczej na mojej stronie (W 2016 roku czytam lektury szkolne i klasykę) planują sobie odświeżyć ten niezapomniany klasyk. Mam nadzieję, że będą towarzyszyć mi równie silne emocje jak kilka lat temu.

Natalia, ksiazkowe.pl
Lassie, wróć Erica Knighta. Może przez to, że zawsze kochałam psy. Może przez niezwykłe piękno tej opowieści. Po prostu.

Książki zaczęłam czytać nałogowo 3 lata temu. Kiedy szłam do gimnazjum nienawidziłam książek, a czytanie bardzo mnie nudziło. Jednak potem coś się zmieniło. Pewnego dnia odwiedzając dziewczynę, z którą chodziłam do klasy (teraz jest moją najlepszą przyjaciółką) zobaczyłam na jej półce Igrzyska Śmierci. Skojarzyłam to z filmem i uznałam, że skoro oglądałam ekranizację to nie muszę czytać pierwszej części i tak właśnie pożyczyłam od niej tom drugi, czyli W pierścieniu ognia. Potem się pokazało, że niektórych rzeczy nie kojarzę i kiedy następnym razem u niej byłam szybko podmieniłam książki będąc pewną, że nie zauważy (zauważyła, przyznała mi się do tego potem). I wtedy przepadłam całkowicie. Dzięki pani Collins pokochałam czytanie i mogę powiedzieć, że jest ona Autorką Mojego Życia.

Marika
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia zapomniałam o zadaniu domowym. Byłam wtedy w czwartej klasie szkoły podstawowej i jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebym nie zrobiła któregoś z ćwiczeń zleconych przez nauczycieli. Tym razem jednak zapomniałam, a zadanie było bardzo proste: należało przeczytać kilka wybranych baśni Andersena. Nie zrobiłam tego, nie zaliczyłam kartkówki sprawdzającej znajomość lektury. Dostałam swoją pierwszą jedynkę i bardzo to przeżyłam. Łzy, panika, zawód, strach przed tym, jak zareagują rodzice. Nie obyło się bez porządnej bury. Od tamtego czasu nigdy nie zapominałam o rzeczach, które należy przeczytać. Zaczęłam odwiedzać bibliotekę – często, coraz częściej. Pewnego dnia (nie pamiętam już dokładnie, dlaczego wtedy, czy ktoś dał mi tę książkę, czy może sama ją znalazłam) wróciłam do domu z pierwszym tomem Harry’ego Pottera. Przepadłam.

..................................................................................................................................................

A od czego zaczęła się Twoja miłość do czytania?

niedziela, 10 stycznia 2016

#bookish: 7 KSIĄŻKOWYCH SERII, KTÓRE ZACZĘŁAM CZYTAĆ (I CZYTAM NADAL)

Omijam serie jak mogę, ale nie zawsze się udaje. Cykle i serie książkowe często niosą za sobą ogromny ładunek emocjonalny, czytelnicze przywiązanie, z którego trudno się później wyleczyć. Gdy jakiś cykl zaczynam - dążę do zakończenia z całych sił, ale...cóż, to także nie zawsze się udaje. Z różnych powodów: lenistwa, zagapienia się, nadmiaru innych książek...

Zainspirowana tym postem Agi z czytambolubie.com oraz tym wpisem Karoliny z tanayahczyta.wordpress.com postanowiłam przypomnieć sobie wszystkie serie, które rozpoczęłam, a których nie udało mi się skończyć.

Punkty pogrubione to pozycje przeczytane.

  

  


Kuzynki, Andrzej Pilipiuk
1. Kuzynki
2. Księżniczka
3. Dziedziczki
4. Zaginiona

Cztery żywioły Saszy Załuskiej, Katarzyna Bonda
1. Pochłaniacz
2. Okularnik
3. Lampiony
4. Czerwony pająk

Kurt Wallander, Henning Mankell
1. Morderca bez twarzy
2. Psy z Rygi
3. Biała lwica
4. Mężczyzna, który się uśmiechał
5. Fałszywy trop
6. Piąta kobieta
7. O krok
8. Zapora
9. Niespokojny człowiek
10. Ręka
11. zbiór opowiadań Piramida
12. Zanim nadejdzie mróz (tu główną bohaterką jest córka komisarza)

Joanna Chyłka, Remigiusz Mróz
1. Kasacja
2. Zaginięcie
3. Rewizja

Kroniki Drugiego Kręgu, Ewa Białołęcka
1. Tkacz iluzji
2. Naznaczeni błękitem
3. Kamień na szczycie
4. Piołun i miód
5. Czas złych baśni

Matt Hidalf, Christophe Mauri
1. Błyskawica Widmo
2. Klątwa Cierni
3. Bitwa o świcie
4. Ostatnia rozgrywka

Świat Dysku, Terry Pratchett
1. Kolor magii
2. Blask fantastyczny - jestem w trakcie lektury
3. Równoumagicznienie
4. Mort
5. Czarodzicielstwo
6. Trzy wiedźmy
7. Piramidy
8. Straż! Straż!
9. Eryk
10. Ruchome obrazki
11. Kosiarz
12. Wyprawa czarownic
13. Pomniejsze bóstwa
14. Panowie i damy
15. Zbrojni
16. Muzyka duszy
17. Ciekawe czasy
18. Maskarada
19. Na glinianych nogach
20. Wiedźmikołaj
21. Bogowie, honor, Ankh-Morpork
22. Ostatni kontynent
23. Carpe Jugulum
24. Piąty elefant
25. Prawda
26. Złodziej czasu
27. Ostatni bohater
28. Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie
29. Straż nocna
30. Wolni Ciut Ludzie
31. Potworny regiment
32. Kapelusz pełen nieba
33. Piekło pocztowe
34. Łups!
35. Zimistrz
36. Świat finansjery
37. Niewidoczni Akademicy
38. W północ się odzieję
39. Niuch
40. Para w ruch


Nie jest tego dużo. Odrzuciłam całkowicie rzeczy, których nie chcę kontynuować. Te książki, o których sobie nie przypomniałam, najwidoczniej nie były aż tak dobre, by je czytać. W tej chwili skupiam się na Świecie Dysku Pratchetta, po który świeżo sięgnęłam, więc nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Na swoje przeczytanie najdłużej czekają Białołęcka i Pilipiuk.

Co teraz? Cóż, teraz trzeba po prostu...czytać! A dla przypomnienia złożę listę serii, po które chciałabym sięgnąć oraz tych, które przeczytałam w całości, uwielbiam i do których chcę wrócić. Dobry plan?

No i jakie serie Wy męczycie? 

piątek, 8 stycznia 2016

ROK TEMU W STYCZNIU...

...czyli niezwykle wybiórcze i całkowicie pozbawione komentarza zestawienie okładek, które ukazały się w styczniu 2015.

  

  

  

  

 

  

  

   

Które pozycje czytaliście? Które polecacie? A może przeoczyłam jakąś ważną premierę ze stycznia 2015?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...