sobota, 16 stycznia 2016

Nie samą książką człowiek żyje. Filmy: MARSJANIN


The Martian (2015)
reż. Ridley Scott
gatunek: akcja, sci-fi

[ekranizacja tej książki]

Po nieudanej ekspedycji Mark zostaje sam na Marsie. Mimo znikomych zapasów oraz zerwanej łączności z dowództwem mężczyzna stara się przetrwać w trudnych warunkach. (źródło: filmweb.pl)

Już w połowie filmu zdałam sobie sprawę z tego, że wiem, co jest głównym problemem, a co największą zaletą Marsjanina. Głównym problemem filmu jest to, że nie jest on książką. Największą zaletą - Matt Damon.

Od początku będzie to tak: jakiś czas czemu przeczytałam powieść, później długo zbierałam się do obejrzenia filmu, który nakręcono na jej podstawie. Nie, żebym nie lubiła ekranizacji i filmów inspirowanych książkami - wręcz przeciwnie, jestem zdania, że można przenosić na duży (i mały) ekran absolutnie wszystko. Problem leży we mnie. To znaczy: tak, jestem kinową ignorantką, która dużo kłapie dziobem, a filmy ogląda z doskoku, nieczęsto, wciąż o nich zapominając.

Powtórzę to, czym pozwoliłam sobie otworzyć ten niedługi tekst dotyczący moich przemyśleń o Marsjaninie. Największym problemem, największą wadą filmu jest to, że nie jest on książką. To, od czego zaczyna się akcja powieści, to, na czym budowany jest jej sukces - oddanie głosu człowiekowi, który utknął na Marsie i w ciągu najbliższych miesięcy nie złapie taksówki do domu, brawurowe prowadzenie narracji z perspektywy człowieka, który wie, w jak wielkie gówno wdepnął i zdaje sobie sprawę z tego, że gorzej, serio, nie może już być, bo jest pierwszym gościem, który utknął na Marsie, pierwszym, który przebywa tu tak długo, pierwszym, który sadzi tu ziemniaki, słucha disco, ogląda stare filmy, załamuje się i cieszy, mówi głupie żarty, nazywa przestrzeń wokół siebie; pierwszym, który ma tak bardzo przesrane - to wszystko wydało mi się przysypane piachem, całkiem zresztą zgrabnie zrobionym. Scenografia cacy, dobór muzyki również, zwłaszcza dla ucha kogoś, kto kilkanaście razy w trakcie czytania powieści łapał się na szerokim uśmiechu wywołanym jękami i żalami Marka Watneya (chwała muzyce disco!). Humor, ironia, porażająca energia i śmiałość głównego bohatera gdzieś mi przez pierwszą część filmu przepadły, gdzieś się zawieruszyły. Rozumiem, że tak musiało się stać, bo wybór był prosty - albo stworzyć film z jednym aktorem i pokazać bardzo dużo ciętego humoru niemal bez akcji, albo zrobić z Marsjanina dobre sci-fi, pokazując kulisy NASA, misji ratunkowej. Hej, zrobili wszystko, co mogli, żeby z tego filmu wyszła naprawdę śmiała, dowcipna, a jednocześnie elektryzująca i emocjonująca rzecz.

I tutaj czas na drugie spostrzeżenie. Najlepszym punktem Marsjanina jest to, że gra w nim Matt Damon. Już sama jego twarz, nawet pozbawiona wyrazu, jest najlepszym, co mogło spotkać tę produkcję. A wyrazów i emocji jest na niej dużo, bo Damon potrafił ożywić Watneya dokładnie w ten sposób, w jaki został on zbudowany na kartach powieści. Jest więc ironia, jest żart, jest dramat, jest strach, jest wzruszenie, niepewność, załamanie. Kiedy film się rozkręcił i Matt dostał wreszcie odpowiednią ilość czasu antenowego, poczułam, że jesteśmy w domu. Jasne, to nie jest książka, ale, hej!, mamy Matta Damona, więc wszystko jest tak, jak być powinno. Czy jestem nazbyt entuzjastyczna? Tak. Ale ponieważ jestem tego świadoma, nie będę zmieniać swojego zdania i doszukiwać się wad. Nawet zmiana zakończenia (nazwę ją plastyczną, a osoby, które czytały książkę i oglądały film powinny się w tej chwili uśmiechnąć ze zrozumieniem, bo to mój drobny dowcip) nie raziła tak, jak mogłaby razić.

Liczba nagród, do których nominowany jest Marsjanin, mówi sama za siebie. Same Oscary to nominacja za najlepszy film, najlepszego aktora, najlepszy scenariusz adaptowany, efekty specjalne, montaż dźwięku, scenografię, dźwięk. Czytałam niedawno artykuł, który analizował zarzut wobec Marsjanina, jakoby był to film dla naiwnych Amerykanów, którzy widzą świat w utopijny sposób. Czy to nie oczywiste, że założeniem tego filmu (i książki, nie zapominajmy, że to film na podstawie książki!) było stworzyć historię Robinsona Crusoe w kosmosie? I czy to nie oczywiste, że w tym tkwi największa zaleta, clue filmu? Zamiast smutnego sci-fi, które przeraziłoby odbiorcę i rozbudziło w nim niechęć do wszystkich nowinek elektronicznych, które podkreśliłoby, jak mały w obliczu kosmosu jest człowiek i jak niewiele może, rzuca się nam opowieść mówiącą o nadziei, harcie ducha, dążeniu do rozwiązania każdego problemu. Nie lubię filmów o kosmosie, bo są napęczniałe, nadmuchane, nieznośnie przesadzone i poważne. Nie lubię filmów o kosmosie, w których stroje astronautów są zawsze nieskazitelnie błyszczące, a ostatnim scenom towarzyszy patetyczna muzyka. Marsjanin to film, który z jednej strony, jasne, opowiada o sytuacji idealnej, w której ludzie zbierają się razem i robią wszystko, żeby uratować jednego człowieka, ale z drugiej - przedstawia też cienie takiego przedsięwzięcia. Jak to w życiu bywa, najbardziej wszechstronnym narzędziem jest taśma klejąca, najbardziej irytujący są ludzie mający władzę, a wszystkie wielkie zdarzenia dzieją się tylko dzięki niesubordynacji.

Niesamowicie rzeczywista scenografia, genialny Matt Damon (którego odkryłam tu jako aktora, wcześniej gdzieś mi umykał), bardzo dobra muzyka - ten film może i nie jest książką, ale to nic nie szkodzi. To wciągające i dowcipne kino, bardzo sumiennie zrobione.

12 komentarzy:

  1. Akurat przedwczoraj oglądałam "Marsjanina" :) Film bardzo mi się spodobał, choć nie tak, jak książka, ale jest tak, jak napisałaś - wciągająco i dowcipnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Marsjanina" obejrzałam jakieś 2 tygodnie temu. Też nie lubię filmów o kosmosie i ten niestety jakoś noe zmienił mojego nastawienia. Pewnie dla wielu osób wygłoszę herezję, ale mnie "Marsjanin" potwornie znudził. Nie uratował go nawet ironiczny Mark Watney i muzyka disco. Bo gość był dla mnie jakiś taki sztuczny, trochę zbyt zapatrzony w siebie i swoje umiejętności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam książkę. Serio. Bo wtedy poczujesz Watneya i jego stosunek do Marsa. :)

      Usuń
  3. Film jest dobry, powieść jest dobra - idealny duet. Weir miał dobry pomysł, by w taką tematykę i ilość informacji wprowadzić humor. Teoretycznie to dwa odmienne światy, ale w praktyce wypaliło. Film trochę inaczej przełożył humor, ale też zachował usposobienie Marka. Na szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo żałuję, że jeszcze książki nie czytałam - ale na "Marsjanina" wybrałam się do kina i szalenie mi się podobał, niesamowicie się ubawiłam i do tej pory dobrze wspominam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Książką jestem zachwycona, a film mam w planach. Na pewno go obejrzę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakiś czas temu oglądałem Marsjanina i muszę przyznać, że czuję lekki niedosyt. Niby film mi się podobał, jednak było to tylko zwykłe "kino rozrywkowe", a ja oczekiwałem czegoś więcej. Mam nadzieję, że książka (za którą zabieram się od pół roku) mi to wynagrodzi :D
    Pozdrawiam :)
    http://mybooktown.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Książki nie czytałam, a film mam i mam ochotę obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  8. Książka była świetna, a film również mi się podobał :) Matt Damon odwalił kawał dobrej roboty :D

    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń
  9. Już podczas lektury książki miałam pewne przeczucia, że opowieść nie zostanie przeniesiona na ekran tak, jakbym sama tego chciała, bo po prostu by się to nie sprzedało. Dlatego też mam wielkie opory przed obejrzeniem filmu. ;p

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja siostra oglądała i była zachwycona, ja chyba wolałabym najpierw przeczytać książkę, ewentualnie później obejrzeć film

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...