niedziela, 31 stycznia 2016

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: AGENCI TARCZY


Marvel Agents of S.H.I.E.L.D. (2013)
gatunek: akcja, sci-fi

Akcja serialu rozpoczyna się wkrótce po ukazanej w filmie Avengers bitwie o Nowy Jork. Teraz, gdy wiedza o istnieniu superbohaterów i obcych stała się powszechna, świat stara się przywyknąć do tej całkiem nowej rzeczywistości. Do służby powraca agent Coulson. Zbiera on zespół wyspecjalizowanych agentów. Ich misją jest badanie tego, co nowe, dziwne i nieznane. (źródło: Wikipedia)

Obiektywnie i z ręką na sercu - to nie jest dobry serial. Jest w nim dużo rzeczy przeciętnych, niezamierzenie dowcipnych i irytujących. Sporo nieścisłości, nie dość polotu, by porównywać go do produkcji filmowych Marvela. A jednak to nie jest serial zły - tym razem piszę to subiektywnie, machając ręką nad głową, żeby zwrócić Waszą uwagę. To nie jest serial zły.

Najtrudniejsze w oglądaniu Agentów TARCZY (Czasem widuję tytuł w wersji: Agenci T.A.R.C.Z.Y., ale po angielsku zabawa z akronimem brzmi o wiele lepiej, więc po prostu zignoruję fakt, że ktoś z tłumaczy uparcie stawia kropki pomiędzy literami.) jest przebrnięcie przez połowę pierwszego sezonu. Około dwanaście czy czternaście odcinków otwierających serial ma tak prostą i przewidywalną konstrukcję, że można trochę przysnąć. Sprawę ratuje jedynie Phil Coulson (mój człowiek!) i jego piękna Lola, która była chyba moją ulubioną bohaterką tego sezonu (niezorientowanym polecam sprawdzić, czym Lola jest). Nie pamiętam gdzie i kiedy usłyszałam o Agentach, był to jednak czas, gdy przeżywałam poważne zauroczenie w Philu. Osoby, które chociaż raz widziały film Avengers wiedzą, że dzieje się tam z Agentem pewna rzecz, którą trudno odkręcić, chyba, że ma się bujną wyobraźnię i dysponuje (choćby wirtualnie, tylko w scenariuszu) bardzo tajną organizacją, która ma swoje bardzo tajne metody na wszystko. Być może dlatego zacisnęłam zęby i po prostu oglądałam, odcinek po odcinku, odcinek po odcinku. Aż zdarzył się cud. Gdzieś około tego dwunastego czy czternastego odcinka przydarzył się wątek, który mną wstrząsnął, sprawił, że opadła mi szczęka, a kolejny epizod włączył się sam. Tak. Najgorsza jest pierwsza połowa sezonu. Wystarczy przejść przez nią jak przez bardzo ciasny kanał rodny, by ukazali się wreszcie prawdziwi Agenci TARCZY.

Nie twierdzę, że dalej wszystko działa bez zarzutu. Wręcz przeciwnie, dalej bywa różnie. Jest to pewien problem, ponieważ wszystko teoretycznie w serialu działa: fabuła, bohaterowie, efekty specjalne, zwroty akcji, motywacje działań. Wszystko jest w jak największym porządku i wygląda całkiem nieźle, może taniej niż w filmach ze stajni Marvela, ale wystarczy uwierzyć, że taki ma być urok tego serialu. I rzeczywiście pewien urok w tej ograniczoności zasobów jest, zwłaszcza wtedy, gdy z tego samego, ale jednak całkiem innego świata, pojawia się w którymś z odcinków Lady Sif, Fury czy Maria Hill. Ślepi entuzjaści (np. ja) sikają wtedy ze szczęścia i ściskają mocno poduszkę, nie zwracając uwagi na nic innego. Przyznajcie, jest to jakiś sposób na serial. Choć jestem tego świadoma, choć widzę ten trik i kiwam głową nad tym, jak proste jest jego użycie – i tak się mu poddam, i tak kolejnym razem przeżyję dokładnie tak samo.

Wszystko wskazuje na to, że jest to serial dla ludzi, którzy z radością wyłapują nieścisłości, kiwają nad nimi głową i...oglądają dalej, z niesłabnącym podnieceniem i wyczekiwaniem. I kiedy tak podchodzisz do produkcji, to, że wszystko działa, całkowicie ci wystarczy. Tak jest w moim przypadku. Widzę więc, jasne, że niektóre odcinki dziwią i nudzą, niektóre wątki trzymają się całości szyte bardzo grubymi nićmi, a kilkoro aktorów mogłoby jednak wrócić się do szkółki. A jeśli nie do szkółki, to może chociaż przed lustro, żeby wyćwiczyć drugą minę (niech przykładem będzie agent Ward, z którym wiele rzeczy chciano zrobić, z bardzo marnym skutkiem). Widzę to wszystko, zgadzam się na to i nadal jest fanką Agentów TARCZY. Być może nie ma wielkiego widowiska, ale jest związek z wielkimi produkcjami (Phil, mój człowiek!), jest dowcip, jest urok bohaterów (Fitz-Simmons!) i - to lubię najbardziej - takie połączenie dramatu i oddechu, żeby postaci miały szansę podziałać, pozmieniać się, a odbiorca wejść w serialowy świat i pomarzyć o podobnych, dziwacznych przygodach. Podobno to właśnie dzięki widzom twórcy serialu postanowili zmienić pewne rzeczy i zróżnicować fabułę tak, by zaczęła prowadzić do czegoś większego, istotnego dla znaczenia całego uniwersum. Łatwo dostrzec, gdzie Agenci TARCZY się teraz znajdują i jakie wątki, rozpoczęte właśnie w serialu, będą odgrywały dużą rolę w filmach. Daleka jestem jednak od tego, by patrzeć na Agentów jako na ścisłą część uniwersum. Wolę chyba zostać przy zdaniu, że jest to mocno powiązana wariacja na temat, komentarz, dopowiedzenie.

Być może dlatego największą przyjemność w czasie seansów Agentów sprawia mi komentowanie wszystkich wydarzeń znajomej, która podchodzi do całej sprawy niezwykle krytycznie. Na tyle krytycznie, że być może wcale nie czyta już tego, co jej podsyłam. Serial budzi jednak we mnie ogromną ochotę, by z kimś się nim dzielić, a to chyba już coś znaczy.

4 komentarze:

  1. Muszę się wreszcie wziąć za oglądanie, bo kocham Marvela miłością prawie, że bezkrytyczną ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, ale naprawdę trzeba przebrnąć przez pierwszą połowę sezonu z ufnością, że później jest lepiej.

      Usuń
    2. Potwierdzam. Po wyjściu z pierwszej połowy jest już tylko coraz lepiej.

      Usuń
  2. Oglądam już kilka takich seriali, które mają odcinki lepsze i gorsze, więc wiem jak to jest :D Chętnie się za ten wezmę (sprawdziłam Lolę, jest piękna, przygarnęłabym osobiście!), chociaż nie wiem kiedy znajdę czas, bo seriali trochę już oglądam.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...