wtorek, 19 stycznia 2016

OSTATNIA NOC W TREMORE BEACH, Mikel Santiago






Tytuł: Ostatnia noc w Tremore Beach (La última noche en Tremore Beach)
Autor: Mikel Santiago
Data wyd.: 2014 (PL: styczeń 2016)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 390

Dwa słowa: świetna książka





Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, było nazywanie Mikela Santiago "hiszpańskim Kingiem". Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy porównuje się jednego pisarza do innego - z różnym skutkiem. Tym razem potwierdzam, Santiago i King mają wiele wspólnego i czuć to w czasie lektury. Z tym jednak, że Santiago to King w wersji soft, plastycznej i mniej potwornej.

Akcja toczy się w odludnej części Irlandii, w niewielkim miasteczku. Kompozytor Peter Harper, nie mogąc się pozbierać po bolesnym rozwodzie, wynajmuje dom na odludnej plaży. Próbuje tu odnaleźć równowagę i odzyskać wiarę w swoje siły twórcze. Pewnej burzliwej nocy, ignorując złe przeczucia, wychodzi z domu i bierze udział w przyjęciu. W drodze powrotnej zostaje rażony piorunem. Przeżywa, jednak od tej pory w jego głowie pojawiają się mroczne wizje, w których giną wszystkie bliskie mu osoby. Coraz trudniej zrozumieć mu, co jest rzeczywistością, a co tylko wytworem niezwykłej mocy, którą uaktywnił piorun.

Fabuła opiera się na stosunkowo prostym i niejednokrotnie już wykorzystywanym pomyśle - samotny mężczyzna próbujący zlepić swoje życie w całość, osada na końcu świata, budząca wyobraźnię, nieskończona przestrzeń oceanu. Przez cały czas nie mogłam pozbyć się z głowy wspomnienia Ręki mistrza autorstwa - a jakże - Stephena Kinga. Sytuacja w obu utworach została przedstawiona w podobny sposób. O ile jednak King daje się ponieść swojej mocy tworzenia ponurych, mrożących krew w żyłach horrorów, powieść Santiago zamiast dreszczy i skrzywienia budziła we mnie ciągłe zainteresowanie. Nie byłam pewna, czy uznać ją tylko za thriller, czy może za thriller z elementem horroru i prawdziwej grozy. Nie było strony, która by mnie nie zaciekawiła. Pomimo tego "stosunkowo prostego" pomysłu nie mogłam oderwać się od lektury. Narracja prowadzona jest w formie pierwszoosobowej, dzięki czemu poznajemy całą historię głównego bohatera w fragmentach, przytaczanych w odpowiednich chwilach na podstawie skojarzeń czy jego podejrzeń. Poznajemy jego kłopoty, słabości, momenty, których się wstydzi lub rzeczy, których się boi; poznajemy człowieka trochę nudnawego, chociaż utalentowanego i zbierającego niegdyś wiele wyróżnień. Czułam się dobrze z tą postacią, potrafiłam zrozumieć Petera, nawet jeśli czasem mnie denerwował lub niecierpliwił. Ten pomysł na fabułę w połączeniu z narracją pierwszoosobową udał się w stu procentach - niejednokrotnie na równi z narratorem nie byłam pewna, czy to, czego doświadcza, jest prawdą, czy częścią jego wizji. I w tym tkwi cały haczyk! Przyznaję, że parę razy dałam się zwieść, do tego stopnia, że aż do ostatniej strony nie byłam pewna, w jaki sposób cała historia się zakończy, trzymała w napięciu. Ostatecznie obyło się bez wybiegu, który byłby nowatorski i szokujący, ale i tak jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą. Tropy zostawione przez autora doprowadziły mnie do dobrych podejrzeń.

Santiago w fantastyczny sposób zbudował gradację napięcia, budząc we mnie szczere zainteresowanie losami bohaterów - nie tylko głównego, ale też drugoplanowych. Są to bohaterowie zwyczajni, tak jak zwyczajne i nudnawe jest irlandzkie miasteczko, w którym się znajdują. Jednocześnie jednak każdy z bohaterów jest innych, a ich mroczne sekrety, które w końcu odkrywa Peter, są niezwykle autentyczne i prawdopodobne. Być może właśnie to stanowi największą różnicę między Mikelem Santiago a Stephenem Kingiem - strach towarzyszący mi podczas czytania książek Kinga jest irracjonalny, pojawia się i mija szybko, podczas gdy ten wywołany podczas czytania Ostatniej nocy w Tremore Beach stanowił bardziej przejaw ciągnącego się przez większość lektury niepokoju. Odnoszę wrażenie, że jest to powieść porządnie przemyślana, zaplanowana i zrealizowana zgodnie z planem. Nie dostrzegam rzeczy, które są niepotrzebne lub sztuczne, nawet jeśli narracja pierwszoosobowa sama tworzy sobie wady, choćby w postaci bardzo jednowymiarowego spojrzenia na fakty. W tej historii wada zamienia się w zaletę, ponieważ największym wrogiem bohatera jest to, że nikt nie może potwierdzić jego wizji, zaświadczyć o jego logice - ani inni bohaterowie, ani czytelnik. Ostatnia noc w Tremore Beach to dobry thriller z elementem horroru i chyba odrobiną powieści obyczajowej.

Książka dała mi to, czego chciałam. Być może to trzymanie się konwencji i znanych motywów ktoś uzna za wadę, jednak mnie powieść Santiago przyciągnęła do siebie na dwa długie i bardzo satysfakcjonujące wieczory. Cieszę się, że miałam ją okazję przeczytać i bardzo życzę sobie tego, żeby jeszcze kiedyś mieć do czynienia z tym pisarzem. Akcja, niemal parapsychologiczna tajemnica, odrobina prywatnych problemów i duża doza uprawdopodobnienia - to chce się czytać.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZARNA OWCA
Więcej o książce na stronie czarnaowca.pl

7 komentarzy:

  1. Lubię książki z narracją pierwszoosobową. ♥
    Ostatnio odchodzę trochę od fantastyki i sięgam po kryminały, choć coś mocniejszego (thriller czy horror) również za mną chodzą. :D
    Więc chyba się skuszę. :D Czuję się przekonana. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam szczerze, że brzmi kusząco. Może powinnam się skusić? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę się obawiam tych wszelkich porównać: drugi King, kolejna Rowling i tak dalej. Przez to łatwo się rozczarować. Skoro książka jest tak dobra, będę ją miała na uwadze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeżeli King - to nie dla mnie . A dużo tutaj takich porównań. Zatem nie wiem, czy się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wstyd się przyznać, ale Kinga czytałam jedynie "Joyland" i na razie miałam okazję ocenić geniusz jego stylu, ale niewiele tam było mroczności i raczej przyjęłam ją jak obyczajówkę. Dlatego nie będę miała porównania do jego umiejętności przestraszenia czytelnika.
    Przyznam, że bać się raczej nie lubię, ale taki klimat niepokoju, powoli budowany przez autora zdecydowanie mnie zaintrygował :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na mnie niestety porównanie do Kinga działa jak płachta na byka. Po pierwsze, nie cierpię Kinga, po drugi uważam, że to tani i słaby chwyt marketingowy, zupełna amatorszczyzna. Jest jedna rzecz która mnie w tej książce pociąga, to miejsce akcji czyli Irlandia <3 Cała reszta nie jest dla mnie, więc po książkę, mimo dosyć pochlebnych opinii nie sięgnę. Jest multum nowości wydawniczych które zdecydowanie są ciekawsze.

    OdpowiedzUsuń
  7. Skoro jest to taki King w wersji soft, to może się skuszę. Tak w ramach wyjścia z mojej strefy komfortu :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...