sobota, 27 lutego 2016

O ŚWICIE WZIĘŁAM PSA I POSZŁAM..., Kate Atkinson





Tytuł: O świcie wzięłam psa i poszłam (Started Early, Took My Dog)
Autor: Kate Atkinson
Data I wyd.: 2010 (PL: styczeń 2016)
Cykl: Jackson Brodie (tom 4)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 448

Dwa słowa: stonowanie, spowalnianie





Nie czytałam jeszcze Kate Atkinson. Nie czytałam też żadnej wcześniejszej powieści z cyklu o Jacksonie Brodie - nie przejęłam się faktem, że jest to jeden tom z wielu opowiadających o losach tej postaci. Mam już za sobą kilka serii, w których główny bohater jest swobodnym spoiwem pomiędzy różnymi historiami. I to rzeczywiście nie przeszkadza. Jak jest jednak z całością?

Leeds, lata siedemdziesiąte, na jaw wychodzą morderstwa Rozpruwacza z Yorkshire. Poznajemy posterunkową Tracy Waterhouse i jej partnera, sprawy, jakimi się zajmują. Trzydzieści pięć lat później Tracy jest na emeryturze, a Brodie trafia do niej w trakcie prywatnego śledztwa, którego się podjął. Sprawa dotyczy poszukiwania informacji o biologicznej rodzinie dorosłej już klientki, którą adoptowano w bardzo wczesnym wieku. Leeds to rodzinne strony detektywa; na miejscu okazuje się, że nic nie jest tak proste, jak miało być, a jego klientka żyje w wielkim kłamstwie.

Jak już wspomniałam, nie odczułam oporów w lekturze spowodowanych tym, że nie miałam do czynienia z innymi książkami, w których pojawia się ten bohater. Być może nie zbudowałam przez to odpowiedniego przywiązania, trudno było mi zresztą w ogóle przywiązać się do kogokolwiek w O świcie wzięłam psa i poszłam. To nie ten typ powieści, choć w pewnych chwilach mimowolnie dopinguje się pewnym bohaterom lub zastanawia, jak potoczą się ich losy. Atkinson pisze w sposób mistrzowski, bardzo sprawnie wprowadzając nie tylko akcję, ale też elementy bardziej refleksyjne, przeżycia bohaterów, ich wspomnienia, retrospekcje. Warsztatowo powieść jest na bardzo wysokim poziomie i czuć to od razu. Liczy się nie tylko objętość książki, ale także to, jak gęsto jest zbudowany środek. I tu zaczynają się schody, przynajmniej moim zdaniem. W dwóch słowach o tej pozycji ujęłam to, co jest dla mnie najsilniejszym wnioskiem po jej przeczytaniu. Jest to historia stonowana, nieustannie przecinana przez wątki poboczne, zejścia z głównej osi fabuły, dopowiedzenia, poszerzenie rysu postaci. Kupuję wszystko, co daje styl Atkinson - jej zdania, sposób opisywania pewnych scen, rysowanie bohaterów, zbieranie rożnych charakterów w jednej przestrzeni. Nie kupuję jednak tego, jak nieznośnie jest przez to spowalniana akcja. Kosztem ciekawych, ujmujących historii zostało mi odebrane przeżywanie głównego wątku fabuły. Na dłuższą metę czytało mi się tę powieść niezwykle ciężko. Wymagała ode mnie takiej ilości skupienia, takiej uwagi, że nie byłam w stanie przeczytać za jednym razem więcej niż trzydzieści, pięćdziesiąt stron. Wciąż dokładane wątki, retrospekcje, uwagi sprawiły, że - w moim odbiorze - książka stała się rzeczą trudną, nużącą.

Choć warsztatowo napisana świetnie, nie jest to moje tempo akcji. Narracja przedstawia historię sprzed lat, klimatyczny opis lat siedemdziesiątych, ówczesnych strachów, które spędzały sen z powiek mieszkańcom Leeds i okolic. Oprócz tego toczy się wątek aktualny, szukanie biologicznych rodziców klientki Brodiego, jego próby pogodzenia się z własnym życiem, odnalezienia równowagi. Dalej: bardzo rozbudowane zwyczaje i rozterki emerytowanej policjantki, która nieoczekiwanie staje się opiekunką dla dziecka. Na deser fragmenty z wiekową aktorką, której problemy z pamięcią stają się częścią bardzo przytłaczającą, chwytającą za serce. A to zaledwie pierwsze sto, sto pięćdziesiąt stron powieści - później wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, pojawia się jeszcze więcej wątków, fragmentów, zlepków zdarzeń. To jest dobra powieść: porządna, przemyślana, o bardzo dobrze osadzonej historii, przemyślanych i różnorodnych bohaterach, ciekawym sposobie prowadzenia narracji - ale nie jest to powieść, o której powiem, że mi się spodobała i jej czytanie sprawiało mi przyjemność.

Nie czytałam wcześniej Kate Atkinson, ale wierzę, że jeszcze kiedyś, widząc jej nazwisko, sięgnę po jakiś tytuł. Z wahaniem i świadomością, że problemy z O świcie wzięłam psa i poszłam... mogą się powtórzyć, ale wydaje mi się, że jest to autorka, której można zaufać i do której można - mimo wszystko - wrócić. Cieszę się, że miałam okazję sięgnąć po tę powieść. Spróbujcie sami.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZARNA OWCA
Więcej o książce na stronie czarnaowca.pl

czwartek, 25 lutego 2016

MAGONIA, Maria Dahvana Headley






Tytuł: Magonia (Magonia)
Autor: Maria Dahvana Headley
Data I wyd.: 2015 (PL: luty 2016)
Cykl: Magonia (tom 1)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 320

Dwa słowa: przesiąknięta niezwykłością





Magonia jest debiutancką powieścią Marii Dahvany Headley. Gdyby nie ta informacja zawarta na egzemplarzu książki, trudno byłoby mi w to uwierzyć. Niech apetyt wzmocni też fakt, że autorka inspiracje do swojej opowieści czerpie z legend i podań sięgających nawet IX wieku n.e.. Legend o podniebnych żeglarzach, piratach chowających się w chmurach, kradnących ziemskie plony.

Aza Ray Boyle cierpi na niespotykaną dotychczas chorobę płuc. Lekarze już kilka razy nie dawali jej szans na przetrwanie, jednak jakimś cudem Aza przeżyła piętnaście lat - jej szesnaste urodziny mają odbyć się za kilka dni. Kiedy zauważa na niebie statek, dla wszystkich jest jasne, że to skutek uboczny zażywania leków. Aza słyszy jednak głos wzywający ją ze statku, głos, który trudno jej zignorować. Jedyną osobą, która jej wierzy jest Jason, jej najlepszy przyjaciel, z którym zaczyna łączyć ją coś więcej, choć żadne nie jest tego w pełni świadome. Pewnego dnia Aza umiera. Umiera dla naszego świata, żeby znaleźć się w całkowicie innym, w świecie podniebnych statków i ludzi-ptaków, pieśni, które potrafią czynić niezwykłe rzeczy. Aza przenosi się do Magonii, miejsca, w którym wreszcie może zaczerpnąć głęboki oddech, miejsca, w którym posiada potężną moc. Odkrywa, że nad jej światem wisi wizja wojny pomiędzy Magonią a Ziemią.

Aż trudno mi wybrać tę rzecz, od której powinnam zacząć pisanie kilku słów o tej powieści. Zacznę więc może od tego, co jest dla mnie oczywiste, co było oczywiste już po przeczytaniu kilku jej stron - to historia na wskroś przesiąknięta niesamowitością. Niesamowitością, a nie fantastyką, choć być może granica jest płynna. W istocie to jest chyba wyznacznikiem tej książki i to jest dla mnie najbardziej niezwykle - mam opory przed odbieraniem jej w taki sposób, w jaki odbieram inne historie dla młodzieży, historie tworzące nowe światy, własną mitologię. W tym przypadku czuję, że to coś więcej, widzę płynne granice i cieszę się bardziej niż z czegokolwiek innego, że właśnie w taki sposób autorka uplotła tę opowieść. I nie jest to wyrażenie przypadkowe, ponieważ nie widzę tu budowania, stawiania opowieści, robienia z nią dobrej, ale trudnej roboty, żeby wszystko grało i mechanizm działał. Magonia to zgrabna plecionka, nietypowy koncept, pomysł, który połączono ze szkieletem fabuły typowej dla powieści dla młodzieży. Jest więc nastolatka, która mierzy się z trudnymi problemami, wykraczającymi poza jej wiek, poza to, czym naprawdę powinna się interesować. Jest więc przyjaciel, tak samo niezwykły jak ona. Opiekują się sobą nawzajem, ponieważ każde z nich różni się od typowej grupy nastolatków. Ich problemy, marzenia, myśli są inne. Ujęła mnie więź, która jest między nimi - nie prosty romans, ale bardzo dojrzała i rozbudowująca się relacja. Jest też wątek rodziny, choroby, jest - w końcu - główny cel powieści, czyli niezwykła kraina, Magonia. Odwoływanie się do podań, legend i dawnych komentarzy sprawiło, że tym łatwiej weszłam w ten całkowicie nowy świat. Jest trochę baśniowy, choć jednocześnie nie miałam oporów, żeby uznać go za jak najbardziej prawdopodobny dla świata przedstawionego.

Już w czasie lektury przyszło mi do głowy, że to proza pisana stylem dla młodzieży, ale jednocześnie przemycająca wiele symboli, takich jednak, które przemawiają do wyobraźni, niezależnie od tego, czy czytać tę historię będzie zamierzony odbiorca literatury młodzieżowej, czy może ktoś odrobinę starszy. Nie mogłam się oderwać od tej powieści, wchodząc w nią coraz głębiej i głębiej. Dużo rzeczy pozostaje niedopowiedzianych, zaledwie zarysowanych, w taki sposób, że właściwie można je podczas lektury przegapić - ale nie jest to błąd, nie jest to niedopatrzenie, ale celowy zabieg pozostawiający ogromne pole kolejnym tomom. Jednocześnie, co jest dla mnie zaskakujące (choć czułam coś podobnego przy Dawcy autorstwa Lois Lowry), Magonia może funkcjonować jako osobna książka, całkowicie samodzielna historia. Fabuła mogłaby się tu skończyć i przyjęłabym ją właśnie taką. To piękna, zgrabna całość.

Historia stworzona przez Headley ma swoją moc. Jest nietypowa, w morzu powieści młodzieżowych - jedyna w swoim rodzaju, unikatowa, charakterystyczna. To opowieść szczera, autentyczna pomimo elementów fantastycznych, mówiąca o wielu trudnych sprawach w sposób, który może trafić do wyobraźni, poruszyć. Magonia zwraca uwagę, odbiega od normy. Polecam.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU GALERIA KSIĄŻKI
Więcej o książce na stronie galeriaksiazki.pl

wtorek, 23 lutego 2016

POCISK (luty 2016)


Magazyn literacko-kryminalny "Pocisk"
Nr 1 (1) Luty 2016

Cena: 9.90 zł

O "Pocisku" dowiedziałam się z...sieci. Dzięki kryminalnym zainteresowaniom kogoś ze znajomych dotarłam do strony na Facebooku, a później poszło lawinowo. Przede wszystkim głośno zabrzmiało mi w głowie nazwisko Łukasza Orbitowskiego (laureat Paszportu Polityki za Inną duszę), który jest szefem działu literackiego. Kolejną rzeczą, która mnie zainteresowała była sama koncepcja tytułu: magazynu literacko-kryminalnego. Zawartość tworzą więc opowiadania, często inspirowane prawdziwymi zdarzeniami (jak otwierająca numer Stalowa baśń), ale także teksty ekspertów kryminalistyki: specjalistów z zakresu prawa i dziennikarstwa śledczego, profilowania i wielu innych.
Taki właśnie jest „Pocisk”. Kryminalny – skomponowany z najlepszych elementów, czyli opowieści ekspertów, dla których zbrodnia jest częścią ich codziennej pracy. I literacki, bo każda bajka potrzebuje drania – jak powiedział Moriarty do Sherlocka Holmesa. „Pocisk” połączy te dwa filary, literacki i kryminalny, fundując nam wędrówkę po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiej duszy. (Gabriela Jatkowska)

Miałam bardo dobre przeczucia przed sięgnięciem po tę pozycję (nie było łatwo, ponieważ w saloniku prasowym wciśnięta była w najdalszy kąt). Nie potrafię czytać magazynów od początku do końca, nawet jeśli je kupuję, przeglądam raczej wybiórczo i zostawiam. W tym przypadku okazało się jednak, że muszę zrobić wyjątek. Nie miałam innego wyjścia. Zawartość pisma jest niezwykle różnorodna, choć w teorii wszystko kręci się wokół zbrodni i kryminału. Połączenie elementu literackości i kryminalistyki jest...strzałem w dziesiątkę. Zawartość jest świetnie wyważona, autorzy znaleźli równowagę między poszczególnymi częściami pisma. Dział literacki to pięć tekstów, m.in. wspomniane wcześniej opowiadanie Orbitowskiego, wywiad z Jakubem Żulczykiem (czuję się teraz w obowiązku jak najszybciej sięgnąć po jego prozę) i felieton Wojciecha Chmielarza Dlaczego nie lubię seryjnych zabójców (pod koniec którego musiałam się uśmiechnąć). W dziale kryminalnym liczę na kontynuowanie części nazwanej Z archiwum X, w której w tym numerze można przeczytać o Dziewczynie z taśmą na twarzy, niewyjaśnionej historii śmierci. Moją uwagę zwrócił szkic o Edmundzie Kolanowskim, polskim seryjnym mordercy. Znałam jego sylwetkę już wcześniej, a mimo tego artykuł ten mnie zainteresował. Oprócz dwóch głównych działów "Pocisk" to także przegląd nowości z kryminalnego świata filmów, seriali oraz książek. A na deser: część z archiwalnymi notatkami prasowymi oraz strona poświęcona gadżetom, w tym numerze jest to Glock 17. Smakowity dodatek, który wywołał we mnie uśmiech zaskoczenia. 


"Pocisk" to kawał świetnego pomysłu, który został zrealizowany w profesjonalny, dopracowany sposób. Nie ma rzeczy, która gryzłaby się z resztą, a wrzucenie do środka drobiazgów w postaci m.in. recenzji sprawia, że magazyn jest po prostu fantastycznie wyważony. Zazwyczaj jestem przytłoczona ilością tekstów, różnorodnością materiałów zawartych w czasopismach, zdjęć, reklam, nowinek. W tym przypadku mogę tylko przyklasnąć i powiedzieć, że w "Pocisku" panuje porządek i harmonia, chociaż mowa jest o krwawych i brutalnych elementach świata. Ale przecież zbrodnia to nie tylko krew, ale też ludzka psychika. I o tym także "Pocisk" mówi. A może przede wszystkim o tym. Polecam. Ja po raz pierwszy jestem przekonana, że znalazłam magazyn, po którego kolejny numer sięgnę.

czwartek, 18 lutego 2016

10 gadżetów książkowych, które chciałabym mieć

  

1. Książkowy szalik
Czyli sprawca całego zamieszania. W ostatnim tygodniu pomyślałam sobie: ach, jak cudownie byłoby mieć na wiosnę szalik pokazujący moją miłość do czytania! Koniecznie w kolorze starego papieru, z fragmentem książki, powieści, spisu treści. (Jaka piękna! I ta! I ta!) Znacie jakieś miejsce, gdzie można kupić takie cudo? Jeśli tak - piszcie koniecznie!





2. Płócienne torby
Toreb nigdy dość. W tej chwili marzy mi się coś burego, szarego lub czarnego. Na zdjęciu najmodniejsza torba w tym sezonie, czyli połączenie jakości Książki w mieście i najbardziej rozpoznawalnego zdania Anity z Book Reviews. Ale myślę też o czymś takim lub takim, lub takim.



3. Kubki
Mam kubki z sowami, mam kubek z napisem PROFESSIONAL BOOKWORM. Ale kubków - jak toreb i zakładek - nigdy dość! Bardzo podobają mi się projekty Dotdesign, szczególnie napis SYPIAM Z KSIĄŻKĄ i DOTYKAM OKŁADEK. No i nowszy projekt z supermocą, który widać na zdjęciu obok!





4. Etui na książkę
Tu stanowczo wygrywają projekty Książki w mieście, zwłaszcza, że miałam okazję je pomacać i wiem, że ich wykonanie jest staranne i przemyślane. Zauroczyło mnie etui widoczne na zdjęciu obok, ale pepitka też zwraca uwagę! W takim wdzianku książki byłyby bezpieczne, niezależnie od tego, ile innych rzeczy wepchnę do torby poza nimi!





5. Etui na czytnik
Mój Kindle ma jedno zwykłe, zamykane czarne etui i drugie wsuwane z miękkiego materiału. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że są to pokrowce bardzo zwyczajne. Jeśli jesteście blisko związani ze swoim czytnikiem, radzę dobrze: nie wyszykujcie w sieci hasła "kindle bookish cover". Pojawia się TYLE pięknych rzeczy! Moja uwagę przyciągnął m.in. ten projekt. Ale zwycięzcą jest etui stylizowane na okładkę starej książki: piękne, piękne, piękne!





6. Poduszka
Znów posługuję się obrazem ze strony Książka w mieście, bo to właśnie ten projekt sprawił, że zaczęłam przeszukiwać sieć w poszukiwaniu innych tego typu poduszek. Lubię czytać w łóżku, więc nie pogardziłabym taką, taką, a już na pewno TAKĄ poszewką. Choć, właściwie, po co się ograniczać? Przyjęłabym całą książkową pościel!







7. Bluza
Ale jeśli bluza, to tylko wyrażająca miłość i oddanie Hogwartowi, magii i J.K. Rowling. Coś klasycznego, coś z elementem kolorystycznym, coś z cytatem. Chociaż, przyznaję, ten projekt też chwycił mnie za serducho. A spójrzcie na TO.






8. Koszulki
Przydałaby mi się koszulka z zachwycającym napisem, klasyczna koszulka mówiąca "czytam i to jest cool" lub po prostu coś, co pokaże moją miłość do konkretnego tytułu. Albo groźba, koszulka z książkową groźbą też jest spoko! Łączmy przyjemne z pożytecznym. 




9. Zakładki
Morze zakładek. Zwykłe, magnetyczne, metalowe, na gumkę, handmade - każde. Chcę mieć je wszystkie, nawet jeśli używam tylko dwóch na zmianę. 







10. Tatuaż
Czy w ogóle można traktować tatuaż jako gadżet? Pewnie nie, ale i tak umieszczam go na tej liście. Przecież jest pewną formą opiewania miłości do książek! Trudno zdecydować się na jeden. W mój gust najbardziej trafiają te minimalistyczne: bardziej lub mniej tematyczne.







Linki do polskich sklepów, które przeglądałam:

Pozostałe grafiki znalezione w Google Grafika.

Napiszcie koniecznie, jakie książkowe gadżety chcielibyście mieć!
Może następnym razem napiszę o tych, które mam już w kolekcji?

wtorek, 16 lutego 2016

KAMIEŃ I SÓL, Victoria Scott (PREMIERA!)





Tytuł: Kamień i sól (Salt and Stone)
Autor: Victoria Scott
Data I wyd.: luty 2015 (PL: luty 2016)
Cykl: Ogień i Woda (tom 2)
Wydawnictwo: IUVI
Ilość stron: 365

Dwa słowa: chcę więcej!






Miałam mnóstwo wątpliwości przed lekturą tej książki. Pierwszy tom mnie porwał, zachwycił, zbałamucił swoją koncepcją, którą - za głosami podpatrzonymi w sieci - nazwałam miksem Igrzysk śmierci i Pokemonów. Nadal porównanie to wywołuje we mnie pozytywne emocje. Zwłaszcza, że Kamień i sól to książka tak dobra jak jej pierwsza część.

Szesnastoletnia Tella staje przed wyzwaniami drugiej połowy Piekielnego Wyścigu, w którym nagrodą dla zwycięzcy jest lek mogący uzdrowić ukochaną osobę. Uczestnicy zmierzyli się już z dżunglą i pustynią, przed nimi dwa kolejne etapy: ocean i teren górzysty. Nadal towarzyszą im pandory, genetycznie zmodyfikowane zwierzęta, jednak zasady wyścigu wciąż się zmieniają, a każde ze słów organizatorów należy podać w wątpliwość. Wystartowało ponad stu dwudziestu uczestników, do ostatniego etapu dostaje się zaledwie czterdziestu jeden. Kto wygra? Komu można ufać? Czy Tella da sobie radę?

Akcja powieści Victorii Scott rusza galopem i do ostatniej strony trwa w obranym, mocnym rytmie, pełnym zwrotów akcji, elementów dramatycznych i śmiesznych, różnorodnych postaci i bardzo rzeczywistych opisów życia wewnętrznego bohaterki. W pierwszej części dałam się zachwycić pomysłowi i lekkości wykonania. Ten tom nie odbiega w ogóle od zamysłu, kontynuując wszystkie wątki, dodając nowe. Coraz więcej wiadomo o szczegółach Piekielnego Wyścigu i jego uczestnikach. Im bliżej mety, tym więcej emocji, wątpliwości i pytań. Cieszę się, że dwa kolejne etapy wyścigu dorównują poprzednim, a nawet są od nich bardziej krwawe i zaskakujące. Wiemy już dokładnie, w jaki sposób toczy się gra, ile można stracić, a ile zyskać. Im dalsza część rozgrywek, tym trudniejsze zadania czekają przed uczestnikami, których zaczynają łączyć sojusze i przyjaźnie. Główna bohaterka dojrzewa, choć - ku mojemu zadowoleniu - nadal jest tylko nastolatką, która została wplątana w rzecz, która czasem ją przerasta. Lubię ją jako bohaterkę, bo nikogo nie udaje, ma wątpliwości, czasem mówi lub myśli o głupotach. Lubię ją jako osobę, która się zakochuje, choć wątek miłosny nie jest w tej powieści najważniejszy, nie przysłania tego, co jest jej głównym tematem. Tella dojrzewa, zmienia się, podejmuje trudne decyzje i zaczyna tworzyć własną tożsamość. Porównując Tellę z pierwszych stron Ogna i wody i tą, która towarzyszy czytelnikowi na końcu Kamienia i soli, łatwo można się przekonać o tym, że powieść Victorii Scott opowiada o zmianach, dorastaniu. Rzeczy, które dzieją się wokół Telli wpływają na jej postrzeganie świata i samej siebie, sprawiają, że każda jej kolejna refleksja jest jeszcze pełniejsza, dojrzalsza. Obawiałam się, czy będę w stanie dalej ufać Telli jako bohaterce, ale moje wątpliwości się rozmyły. Sposób prowadzenia narracji jest, jak na powieść dla młodzieży, fenomenalny. Lekki i przekonujący, niejednokrotnie wywołujący uśmiech na ustach. A jednak to nadal pełna akcji historia o przetrwaniu i walce.

Chyba najmocniejszą stroną książki jest to, że nigdy nie wiadomo, co czeka czytelnika na kolejnej stronie. Nie chodzi tylko o zwroty akcji, których jest tak wiele, nie chodzi też jedynie o zmienne zasady wyścigu. Moją uwagę zatrzymała na dłużej różnorodność bohaterów towarzyszących Telli. Trudno jednoznacznie przejrzeć ich zamiary. Postaci Scott, tak jak ludzie w prawdziwym życiu, podejmują czasem decyzje pod wpływem chwili lub gwałtownych emocji. Są zawistni i żądni zemsty, skupieni na celu, ale jednocześnie potrzebują przyjaciół, wsparcia, mają chwile lepsze i gorsze. Być może właśnie dzięki temu powieść czyta się tak szybko - prostota języka i lekkość rysowania przez autorkę scen pełnych emocji sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Bardzo chciałam się dowiedzieć, kto przetrwa, a kto polegnie, jakie ukryte zdolności mają zwierzęta przeznaczone do pomocy bohaterom, jakie pułapki zastawiła organizacja, która stworzyła wyścig. Dowiedziałam się tego wszystkiego, a końcówka powieści mnie zaskoczyła. Otrzymałam odpowiedzi na pytania, które zadałam sobie w czasie czytania pierwszego tomu, ale lektura Kamienia i soli jeszcze mocniej przyciągnęła mnie do świata stworzonego przez Scott. Chcę więcej!

Świetna rozrywka, dużo emocji, zwrotów akcji. Proszę, niech ktoś mi powie, że ta historia się tu nie kończy! Chcę kolejnego tomu, potrzebuję kolejnego tomu. To idealny cykl dla fanów thrillerów dla młodzieży, literatury YA, fantastyki i mnóstwa bardzo dobrej akcji. Chcę więcej!


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU IUVI
Więcej o książce na stronie iuvi.pl

niedziela, 14 lutego 2016

NA KRAWĘDZI SZALEŃSTWA, Michael Dobbs






Tytuł: Na krawędzi szaleństwa (The Edge of Madness)
Autor: Michael Dobbs
Data I wyd.: 2008 (PL: 2010)
Wydawnictwo: AMF Plus Group
Ilość stron: 328

Dwa słowa: mocny thriller






Thriller polityczny - to nie jest coś, czego byłabym ogromną fanką. Warto jednak czasem skręcić z obranej ścieżki i zainteresować się książkami, których tytułów w ogóle się nie kojarzy. A dla Dobbsa warto podwójnie.

W szkockim zamku spotykają się przywódcy Wielkiej Brytanii, Rosji i Stanów Zjednoczonych. Ich narada pozostaje w ścisłej tajemnicy nawet przed ich najbardziej zaufanym personelem. Nad największymi i najbardziej potężnymi krajami wisi widmo cyberwojny, która w ciągu jednego dnia może zniszczyć życie milionów ludzi. Jedną z osób zaproszonych do Szkocji jest Harry Jones, brytyjski polityk, były członek antyterrorystycznej jednostki SAS. Jego zadaniem jest uratowanie uczestników spotkania przed nimi samymi, zapanowanie nad ich burzliwymi charakterami. Tymczasem nie został wystrzelony żaden pocisk, a wojna już się zaczęła, zagrażając globalnemu ładowi.

Michaela Dobbsa kojarzy się głównie z Domku z kart czy też, używając tytułu oryginalnego, House of Cards. Ostatnio kojarzy się podwójnie, bo dzięki amerykańskiemu serialowi z Kevinem Spacey w roli głównej doczekaliśmy się nowego wydania książek Dobbsa. Na krawędzi szaleństwa kupiłam w wakacje, jeszcze przed lekturą jego najpopularniejszej książki. Kojarzyłam nazwisko, więc się skusiłam. I to jedna z moich lepszych książkowych decyzji. Ten tytuł, tak jak House of Cards, jest thrillerem politycznym. I tu czas skończyć porównania, bo uważam, że Na krawędzi szaleństwa zasługuje na swoją osobną uwagę.

Jeśli mam zacząć od rzeczy, która spodobała mi się najbardziej, będzie to na pewno temat. Cyberatak u Dobbsa jest fantastyczną okazją do pogrożenia czytelnikowi jego konsekwencjami, a jednocześnie do stworzenia całkiem logicznej i chłodnej wizji tego, w jaki sposób mogą wyglądać kulisy takiej akcji. W Blackoucie Marc Elsberg opisywał konsekwencje odłączenia świata od prądu, tu Dobbs powstrzymuje się od takiego skoku, zamiast konsekwencji pisząc o fazie poprzedzającej prawdziwy atak. Niebezpieczeństwo dopiero się zaczyna, rośnie w siłę. Podobały mi się fragmenty opisujące działania po drugiej stronie barykady, dążenia przeciwników USA, Wielkiej Brytanii i Rosji. Fragmentaryczna budowa powieści, przybliżanie poszczególnych urywków z różnych miejsc na świecie sprawiło, że akcja, choć ograniczona do pewnej puli zdarzeń i raczej powolna, potrafiła zająć moją uwagę i zmusić mnie do przewrócenia jeszcze kilku, kilkunastu stron. Konstrukcyjnie książka ta podbiła moje serce, bo uwielbiam tego typu wybieg. Na jednej stronie jesteśmy w Pekinie, na kolejnej w centrum Londynu, chwilę później ruszamy w stronę Moskwy. Ale, oczywiście, nic by się nie udało, gdyby nie bohaterowie. A tych Dobbs potrafi budować skrupulatnie. Nie ma wątpliwości co do tego, że korzysta przy tym ze swoich doświadczeń oraz wiedzy zaczerpniętej z pracy politycznej czy dziennikarskiej. Postaci są, po prostu, niesamowicie mocne i silnie ugruntowane. Szeroki opis ich przeszłości sprawił, że lepiej rozumiałam ich aktualne wybory i zachowania. Politycy, ostatecznie, też są ludźmi. I u Dobbsa widać to niezwykle dobrze. Nie wiem, czy można doszukać się jakiejś postaci, której można by było zarzucić brak umotywowania lub logiki. Ja tego nie widzę.

Bardzo ciekawy, niezmiennie aktualny pomysł, grupa różnorodnych, niesamowicie charakterystycznych bohaterów, do tego fabuła o wolnym, ale stałym tempie. Czytelnik do ostatniej chwili nie wie, co się wydarzy. Mnie końcówka zaskoczyła, na tyle mocno, że nie przeżywałam jej jedynie wewnętrznie, ale musiałam sobie ulżyć przekleństwem. Wątki przeplatają się i uzupełniają tak, że czytelnik wciąż czuje niepokój, ugruntowuje swoją wiedzę po to, żeby przy następnym zwrocie akcji zacząć w nią wątpić. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, na pewno podam ją dalej. Czyta się wspaniale, przeżywa się jeszcze kilka dni po. Nie wiem, czy trzeba dodawać cokolwiek więcej. Chyba tylko tyle, że naprawdę warto poczytać mniej znane książki modnych autorów, bo można przy tym miło spędzić czas i rozwinąć swoją wiedzę. Jestem na tak.

piątek, 12 lutego 2016

ROK TEMU W LUTYM...

...czyli niezwykle wybiórcze i całkowicie pozbawione komentarza zestawienie okładek, które ukazały się w lutym 2015.


  

  

   

  

  

  

  

  

  

  

   


Które pozycje czytaliście? Które polecacie? A może przeoczyłam jakąś ważną premierę z lutego 2015?

środa, 10 lutego 2016

GREGOR I KLĄTWA STAŁOCIEPLNYCH, Suzanne Collins





Tytuł: Gregor i Klątwa Stałocieplnych (Gregor and the Curse of the Warmbloods)
Autor: Suzanne Collins
Data I wyd.: 2005 (PL: styczeń 2016)
Cykl: Kroniki Podziemia (tom 3)
Wydawnictwo: IUVI
Ilość stron: 382

Dwa słowa: jeszcze lepiej!






Przed napisaniem tej recenzji przeczytałam swoje opinie o dwóch poprzednich książkach (Gregor i Niedokończona Przepowiednia oraz Gregor i Przepowiednia Zagłady). Muszę się powtórzyć: ta seria jest wspaniała.

Gregor po raz kolejny musi zmierzyć się z przepowiednią. Tym razem jest to Przepowiednia Krwi, która mówi o zarazie dotykającej stałocieplnych mieszkańców Podziemia. Gregor i jego siostra Botka znów schodzą do podziemnego świata, jednak tym razem towarzyszy im ich mama. Choroba zbiera swoje krwawe plony, dotyka też bliskich Gregorowi osób. Mieszkańcy Podziemia znów muszą zapomnieć o wewnętrznych niesnaskach i ruszyć na wyprawę, która być może doprowadzi ich do antidotum.

Kiedy przypominam sobie wątpliwości, jakie miałam przed lekturą pierwszego tomu, mam ochotę uśmiechnąć się z pobłażaniem pod nosem. Teraz, po przeczytaniu trzeciej części, wiem już, że Suzanne Collins nie tylko miała na całą serię plan, ale też że był to plan niesamowicie zgrabny i całkowicie uzależniający. Pierwszy tom to zaproszenie do zabawy, historia dla młodszego czytelnika. W drugiej części zaczynają się sceny krwawe i trudne, odsłania się świat, który jest bardziej skomplikowany. Gregor i Klątwa Stałocieplnych to historia, w której Collins pokazuje chorobę, stratę, śmierć, w której pokazuje to, co potrafi najlepiej - problemy dotyczące władzy, bezpieczeństwa, wojny. Podziemie staje się światem coraz bardziej złożonym. Teraz, gdy świat został już zarysowany i nie trzeba niczego tłumaczyć, akcja jest bardziej dopracowana, relacje pomiędzy poszczególnymi gatunkami coraz trudniejsze. Podczas lektury tego tomu zrozumiałam, że sytuacja wygląda tu podobnie jak w Harrym Potterze - każda kolejna część jest coraz bardziej dojrzała, pogłębia problematykę, komplikuje rys wewnętrzny bohaterów oraz stosunki pomiędzy nimi. Gregor dojrzalej patrzy na świat, przeżywa większe trudności, a jego doświadczenia są teraz pogłębione o własną refleksję. Zwiększa się też liczba bohaterów drugoplanowych, a ich historie są równie istotne jak główna opowieść. Tym razem Gregor nie był dla mnie książką z działu "dziecięca", ale śmiało wkroczył w "powieść dla młodzieży". Nadal bohaterami są dzieci, a ich przyjaciółmi ogromne zwierzęta zamieszkujące podziemny świat, jednak problematyka powieści jest o wiele dojrzalsza niż ta, którą Collins zaprezentowała w pierwszym tomie. Choć nadal pisana lekkim, przejrzystym, niezwykle plastycznym stylem, akcja jest cięższa, bardziej poważna. Gregor i Klątwa Stałocieplnych zmusza do refleksji, wprowadza wiele niezwykle ważnych, a jednocześnie trudnych pojęć, takich jak: choroba najbliższej osoby, problemy finansowe, wojna. Jestem przekonana, że kolejna część będzie czymś jeszcze bardziej intensywnym. Collins nieustannie zachwyca wartką, logiczną akcją, która zawsze ma mocne otwarcie, rozwinięcie i zakończenie, wiele zwrotów, interesujących momentów. Zachwyca konstrukcją bohaterów, którzy mają swoje zalety, mają też wady, problemy i ukryte talenty. Mnie osobiście zachwyca tym, że to kolejna jej opowieść o podzielonym społeczeństwie, o mrożących krew w żyłach tajemnicach i wojnach. Tym razem jednak w wersji dla młodszej młodzieży.

Polecam. Nieustannie i śmiało polecam. Nadal utrzymuję to, o czym pisałam wcześniej - warto, żeby rodzic przed poleceniem tej książki swojemu dziecku sam zapoznał się z jej treścią, ponieważ w poszczególnych tomach Gregora pojawiają się sceny krwawe, brutalne, smutne. Wydaje mi się jednak, że właśnie po to jest literatura - żeby w jakiś sposób uczyć przeżywania takich historii. Suzanne Collins na pewno wie, jak takie opowieści tworzyć. Czekam niecierpliwie na kolejny tom. Wiem, że się nie zawiodę. 


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU IUVI
Więcej o książce na stronie iuvi.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...