niedziela, 7 lutego 2016

TAJEMNICA DOMU HELCLÓW, Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński)






Tytuł: Tajemnica Domu Helclów
Autor: Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński
Data wyd.: 2015
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 283

Dwa słowa: czysta (z lekka ironiczna) przyjemność





Weszłam w tę powieść trochę jak w niewiadomą, ufając jednak Dehnelowi, że będzie to lektura bardzo interesująca, choć najprawdopodobniej niezwykle szczegółowa w kwestii realiów końcówki dziewiętnastego wieku. Poznałam już kilka rzeczy, które pisał i bardzo chciałam dowiedzieć się, co wyniknie z połączenia jego stylu, stylu, który już w jakiś sposób znam, ze stylem i pomysłami Piotra Tarczyńskiego. Powołana przez nich do życia Maryla Szymiczkowa nie tylko ma zgrabnie brzmiące nazwisko, ale też niezwykły charakter pisarski.

Akcja powieści rozgrywa się w Krakowie, w 1893 roku. W Domu Helclów prowadzonym przez siostry szarytki przepada bez wieści jedna z pensjonariuszek. Rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania, w które wkracza nieoczekiwanie profesorowa Szczupaczyńska – niezwykle aktywna, dociekliwa i pełna werwy żona i pani domu. Profesorowa postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć dochodzenie, śmiało krytykując podejrzenia prawdziwych śledczych, z niepohamowanym wścibstwem wchodząc żwawo w sam środek sprawy kryminalnej prawie jak z kart książek, które tak chętnie czyta.

Przed lekturą postanowiłam nie nastawiać się na nic konkretnego. Nazywanie Tajemnicy Domu Helclów kryminałem retro czy też kryminałem vintage nie mówi wiele. Określenie powieści mianem pastiszu obiecuje więcej, ale nadal nie byłam przygotowana na to, co zastałam w środku książki. Przede wszystkim - obraz epoki. Dziewiętnastowieczny Kraków ze szczegółami życia prywatnego, zarysem zwyczajów domu mieszczańskiego, przeglądem przez najważniejsze miejscowe wydarzenia oraz zdarzenia historyczne jest w tej powieści opisany w tak drobiazgowy, a jednocześnie lekki i przewrotny sposób, że nie mogę się mu oprzeć. Nie zgadzam się z czytelnikami, dla których ta część powieści jest zbyt mocno rozbudowana i jakoby zabiera wątkowi kryminalnemu miejsce. Brak docenienia warstwy społeczno-obyczajowej tej książki świadczy chyba tylko o jej błędnym odczytaniu. Autorzy bawią się konwencją, bawią się opisami bohaterów, miejsc i zwyczajów. Bawią się w sposób ironiczny i niezwykle inteligentny. Być może dlatego kamienica, w której mieszka profesorstwo, do której wciąż napływają jakieś wiadomości, a z której profesorowa udaje się śmiało na prawdziwe wyprawy kryminalne, zaczęła mi przypominać Baker Street i mieszkanie Sherlocka. Być może także w tej ironii szukać należy powodu, przez który małżeństwo Szczupaczyńskich przypominało mi brytyjską komedię Co ludzie powiedzą? lub mieszczański świat pani Dulskiej. Wielu rzeczy nie można brać serio, choć realia, daty i zdarzenia opisane są z niezwykłą dbałością o szczegół.

W szczególe tkwi zresztą sam diabeł. W tej powieści - diablica, profesorowa Szczupaczyńska. Bohaterka rezolutna, stworzona z wielu fragmentów opisujących jej przyzwyczajenia lub cechy charakterystyczne (ach, te kapelusze!), a jednak postać z krwi i kości. Rozumiem profesorową Szczupaczyńską doskonale i wiem, dlaczego jest kobietą o wygórowanych ambicjach, wielkich nadziejach, wścibską i twardo zarządzającą domem (i mężem), a jednocześnie osobą na tyle przebiegłą, że może sama rozwiązać sprawę kryminalną. I znów: nie zgodzę się z tymi, którzy uznają to za błąd, rozdwojenie i problem bohaterki. Bo przecież właśnie w tym tkwi dowcip, że osoba tak zawzięcie starająca się o tak małe rzeczy (wino na cholerę, na przykład) potrafi na bazie drobnostek, plotek i własnych przeczuć złożyć w całość skomplikowaną sprawę. Sprawę, która wymaga czujnego ucha, tupetu i ogromnego przekonania o własnej racji. A profesorowej Szczupaczyńskiej nie można odmówić żadnej z tych zalet. Nie ma w tej powieści wartkiej, krwawej i zapierającej dech w piersi akcji, ale plotki, ciągnięcie za język, niezwykle przyziemne szczegóły oraz drobne prowokacje profesorowej. Dlatego właśnie kryminał retro - bo można utonąć w krakowskim uroku, w obowiązkach dobrej pani domu i konwenansach, jakich należy przestrzegać nawet - a może szczególnie wtedy - gdy prowadzi się śledztwo.

Nie chcę tworzyć tu wielkich peanów na cześć Tajemnicy Domu Helclów, bo ostatecznie wszystko wraca do tego samego punktu: Dehnel i Tarczyński rozbawili mnie prawie do łez. Im dalej w powieść tym łatwiej wyłuskać nawet najmniejsze przejawy humoru, tym lepiej rozumie się wszystkie motywacje pchające profesorową Szczupaczyńską do swojego małego-wielkiego śledztwa. Kraków w roku 1893 nie jest miejscem łaskawym dla żądnych przygód, błyskotliwych, inteligentnych, a jednocześnie nadzwyczaj porządnych kobiet, które chcą coś zrobić, choć same nie są pewne, co przyniesie im dość chluby. Nie należy szukać w tej powieści na siłę niczego: ani klasycznego kryminału, choć wątek kryminalny jest skrupulatnie przemyślany i soczysty, ani typowej powieści obyczajowej, choć obyczaje pełnią ważną funkcję, ani społecznego zbliżenia, choć pod lupę Dehnel i Tarczyński biorą wiele.

Z całą pewnością jest to lektura dla osób, które lubią smakowite literacko rzeczy, doceniają grę szczegółów i nie boją się humoru wetkniętego w szczeliny pomiędzy wierszami. Jest to także powieść, której wątek kryminalny zaspokoi rządnych krwi, a przede wszystkim: rządnych zaskoczenia.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI KSIĘGARNI MATRAS
Więcej o książce na stronie matras.pl

3 komentarze:

  1. Twoja recenzja bardzo mnie zachęciła. Wygląda na to, że "Tajemnica domu Helclów" to właśnie to, co w lekturach lubię najbardziej. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak bardzo chce ją przeczytać! ;( Oby była w bibliotece.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje recenzje są cudowne :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...