niedziela, 27 marca 2016

PROFESOR STONER, John Williams





Tytuł: Profesor Stoner (Stoner)
Autor: John Williams
Data tego wyd.: 2014 (data I wyd: 1965)
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 280

Dwa słowa: podróż egzystencjalna







Nie słyszałam nigdy wcześniej tego nazwiska. John Williams - kim może być? Okazuje się, że to amerykański pisarz żyjący między 1922 a 1994 rokiem. Jego książki powstawały między końcówką lat czterdziestych a początkiem lat siedemdziesiątych. Dwie najważniejsze: Stoner i Augustus. Czy to istotne? Tak, w tym przypadku sądzę, że warto nieco poszperać, bo jest coś ciekawego i charakterystycznego w amerykańskiej prozie tamtych lat. Tym razem pod lupę bierzemy środowisko akademickie.

William Stoner urodził się w ubogiej rodzinie z Missouri. Jego rodzice całe życie zajmowali się coraz mniej dochodową uprawą roli. Swojego jedynego syna wysyłają do stanowego uniwersytetu, by tam studiował agronomię. Jednak William w trakcie studiów zmienia swoją specjalizację. Zakochuje się w angielskiej literaturze i poświęca każdą chwilę akademickiemu życiu. Jego małżeństwo jest dalekie od poprawnego związku, kariera naukowa ma wzloty i upadki, żona i córka oddalają się od niego. Doświadcza prawdziwej miłości, która kończy się groźbą skandalu. W końcu odnajduje się w samotności i spokoju odziedziczonym po przodkach.

Niewiele książek potrafi doprowadzić mnie do tego, że chwytam się pojedynczych zdań, nagle zaskoczona i dotknięta tak głęboko, że nie zostaje mi nic innego jak tylko dać upust wzruszeniu w najbardziej prosty sposób. Płakałam przy tej książce, choć nie jest ona rozdzierająco smutna. Śmiałam się, chociaż nie jest ani trochę zabawna. Ta książka to opis życia, od urodzin aż do śmierci. John Williams nie opisał jednak życia człowieka niezwykłego, fantastycznego, nie opisał życia, które byłoby na wskroś ekscytujące lub dramatyczne. To zwykłe życie i zwykły człowiek. Zwykły opis zwykłych wypadków. To przeciętny życiorys i przeciętne przypadki, przeciętne problemy, przeciętne radości. A jednak powieść jest tak ponadprzeciętna, że brak mi słów. Nie mogłam po niej zasnąć, nie mogłam się w sobie odnaleźć. Jak ogromną moc ma zwyczajność Williama Stonera - nie zrozumie tego nikt, kto nie przeczytał tej książki.
W czterdziestym trzecim roku życia William Stoner odkrył to, czego inni, znacznie młodsi, dowiedzieli się przed nim: że na końcu kochamy inaczej niż na początku, a miłość nie jest celem tylko procesem, w którym jeden człowiek próbuje poznać drugiego.
To mądra książka. Narracja prowadzona jest w, powiedziałabym, klasyczny, świetnie zrównoważony sposób. Nie jest to narracyjny minimalizm, język tej prozy jest zręczny i harmonijny. Jednocześnie nie można mówić o kunsztowności, ale należy podkreślić rzeczowość i porządek narracji. Wprawiła mnie w głęboki spokój. Filozofia egzystencjalna skupia się na indywidualnej egzystencji człowieka, na jego roli i miejscu w świecie. I właśnie o tym jest Profesor Stoner, całkowicie pozbawiony wielkości, pozbawiony patosu znanego z życiorysów wielkich i sławnych. Ważne kwestie ujęte są w prostotę życia, czasem szczęśliwego, czasem nie. Może niekiedy, zwłaszcza zbliżając się do końca, Stoner analizuje pewne rzeczy w nieco bardziej filozoficzny sposób, ale jest to, nadal, bardzo ludzka refleksja wynikająca z jego wieku, doświadczeń i zawodu. Intensywność i moc tej powieści tkwią w prostocie. Po kilkudziesięciu stronach byłam nią nieco przygaszona, by nagle zdać sobie sprawę z tego, że nie jestem już w stanie oderwać się od tej powieści, od tego życia. Musiałam je poznać do końca, do rozwiązania, do ostatniej sceny. Wiedziałam, jak ułożą się losy profesora Stonera, bo przed lekturą głównej treści przejrzałam wstęp analizujący tę powieść. Nie ujęło mi to wrażeń, wręcz przeciwnie, w jakiś sposób przepracowywałam sens tej lektury w trakcie czytania. Nie sądzę, żeby można przeczytać Profesora Stronera od deski i deski i rozejść się łatwo z jego życiem. Choć to jeden z wielu - jeden z wielu synów, mężów, profesorów, kochanków, to jednak jego egzystencja w jakiś sposób wpływa na czytelnika. Mocniej niż notatki prasowe przedstawiające listę ostatnio zmarłych ludzi, mocniej niż wspomnienie kogoś, z kim mijaliśmy się przez jakiś czas, by później rozmyć sobie w głowie jego obraz. Stoner to, w jakiś sposób, everyman, czyli bohater, na którego miejscu możemy się postawić, na którego miejscu postawić można każdego. I tak właśnie go traktuję, widząc, że jego życie nie było idealne, nie było też tragiczne. To po prostu było życie, a Stoner po prostu je przeżył. I choć to tak nieskomplikowane, nie chcę, żeby został zapomniany; chcę, żeby żył w moim wspomnieniu.

A jednak to nie tylko historia o samym Stonerze, ale też o środowisku akademickim, często podłym i niesprawiedliwym, będącym osobnym światem. To historia ludzi, z którymi Stoner miał do czynienia, a na których losy wpływały wydarzenia historyczne. To historia o miłości - choć trudno wskazać na jedną jej definicję. To także historia o literaturze i o ogromnym uczuciu, które można do niej czuć; o uczuciach, jakie wyzwala w człowieku. Nie wierzę, że ta powieść liczy sobie tak niewiele stron, a jednocześnie jestem wdzięczna autorowi za to, że nie próbował jej wydłużyć. Bo nic więcej nie potrzeba. To nie jest historia, w której wszystko kładzie się przed czytelnikiem na srebrnej tacy. Chociaż uczta jest wspaniała.

Tę książkę trzeba przeczytać. Trzeba poczuć radość i smutek życia opisanego przez Johna Williamsa. Warto to zrobić dla głównego bohatera, Stonera, warto dla postaci drugoplanowych, które nie przewijają się w jego życiu bez celu, bo przecież każdego z nas w jakiś sposób tworzą i kształtują inni. Warto dla prozy - prostej, zręcznej, często zapierającej dech w piersiach jasnymi spostrzeżeniami. Dla mnie to jedna z powieści, którą trzeba mieć na półce. I do której trzeba wrócić.

5 komentarzy:

  1. Czekałem na tę recenzję i się nie zawiodłem. Podpisuje się pod każdym słowem. Profesor Stoner rzucił mnie na kolana. Skromnie, bez jakiejkolwiek przesady, a pod tym płaszczykiem kryje się królestwo emocji. Minęło już parę ładnych mięsięcy, kiedy przeczytałem książkę Johna Williamsa, ale wciąż siedzi mi gdzieś z tyłu głowy i nie wydaje mi się, by w najbliźszym czasie miało się to zmienić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Korci mnie i chyba w końcu po nią sięgnę. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam ją na Kindlu i wciąż omijam - może w końcu się na nią skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam. Tak jak wielu czytelnikow nie znalam ani autora, ani tez nie bardzo slyszalam o tej powiesci wczesniej, zanim nie wpadla mi na lotnisku w reke, poniewaz na okladce miala same "szostki" z recenzji ... norweskiej prasy. Tak sie sklada, ze siegnelam po te powiesc po norwesku, bo zyje w tym kraju od kilku lat i wciaz ten jezyk jest dla mnie wyzwaniem. Jestem w polowie powiesci i nie chce powiedziec, ze utknelam, ale prawda jest, ze czytam mozolnie kartka po kartce. I nie dlatego, ze po norwesku, ale bardziej ze wzgledu na bohatera i jego losy. Rzeczywiscie, jest cos magicznego w sposobie opisywania zycia glownego bohatera, cos,co powoduje, ze sie po trosze i zniechecam, a jednak wracam. Bo zycie Stona wydaje sie tak bardzo dziwne, a jego osbowosc chwilami wrecz wkurza. No bo moglby w koncu "cos" z tym swoim potarganym zyciem zrobic! Ale to zludne emocje, ktore tym bardziej nie pozwalaja ksiazki odlozyc na dluzej. I jak czytam recenzje, to upewniam sie, ze taka powiesc nalezy umiec smakowac i trawic powoli. Akurat czytajac w jezyku obcym (na moim poziomie norweskiego) spwolnione czytanie tylko sluzy dobremu odbiorowi tak zwyczajnej-niezwyczajnej lektury. Pozwala na oswojenie sie z niebanalna historia zycia subtelnego, choc tak naprawde silnego w swojej wytrwalosci i pokorze czlowieka. Czlowieka, ktory niby daje sie losowi niesc na fali wydarzen, tak jakby zycia bez ikry i bez podejmowania "meskich" decyzji. To jednak Stoner kieruje swoim zyciem tak jak chce on sam: ot zmienil kierunek studiow, ot zostal na uczelni, ot przyjal zaproszenie na impreze, ot wpadla mu w oko piekna dziewczyna , ot zaprosil dziewczyne na randke,z ktorej niewiele wyniklo, ot dal sie wciagnac w malzenstwo i w ojcostwo, w kupno domu ponad mozliwosci, i tak dalej .... Nie znam dalszych losow profesora, bo jetsem w polowie powiesci, wiec tylko domyslam sie, ze beda rownie "nie znaczaco znaczace" jak do tej pory. Tak jak nasze zycia. Zamowilam przed chwila te ksiazke po polsku, zeby przezyc ja jeszcze raz i doczytac to , czego nie doczytalam dukajac po norwesku. Ale jak mowie, powolne czytanie w obcym jezyku zmusza mnie poniekad do smakowania kazdego zdania, wiec dluzej jestem w tym innym swiecie, zdawalaby sie, tak samo przecietnym dzisiejsza egzystencja wielu z nas pewnie, gdziekolwiek przyszlo nam zyc i pracowac ... Pozdrawiam czytelnikow, zyczac umiejetnosci czerpania sily z odcieni szarosci zycia, choc niekoniecznie tak uwiklanej jak profesora Stona. Milej jesieni ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim bardzo dziękuję za tę wiadomość i życzę udanej dalszej lektury. Podziwiam czytanie w języku obcym, wiem, że to duże wyzwanie.

      Jeśli chodzi o samego bohatera - och, przeżyłam przez niego wiele smutnych, wiele bardzo rzewnych momentów. To jego "zwyczajne niezwyczajne" życie było... smutne. Nawet mimo tego, że trzymał się swoich decyzji i być może w pewnym momencie był nawet z niego bardzo zadowolony. Nie będę pisać niczego więcej, ale jestem bardzo ciekawa Twojej opinii po skończeniu całości. Mną to wstrząsnęło, zachłysnęłam się tym i nie mogłam spać. Myślałam o tym, jak niewielkie jest moje życie - a jednocześnie jak ogromne, jak unikalne!

      Pozdrawiam. <3

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...