poniedziałek, 30 maja 2016

MIŁOŚĆ I KŁAMSTWA, Cecelia Ahern






Tytuł: Miłość i kłamstwa (The Marble Collector)
Autor: Cecelia Ahern
Data tego wyd.: 2015 (PL: maj 2016)
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 416

Dwa słowa: zaskakująca lektura







Mam takie (być może błędne) przeświadczenie, że istnieje we współczesnej literaturze - polskiej i światowej - kilka nazwisk, które należy znać i kilka tytułów, z którymi powinno się zapoznać. Czuję ogromnego książkowego kaca, gdy lista tych "absolutnych konieczności" rośnie i rośnie, i rośnie. Wszystkiego się nie da, prawda? Ale warto próbować. Tym razem poznałam nareszcie to, co kryje się za nazwiskiem Ahern i chętnie sięgnę po więcej.

Powieść Miłość i kłamstwa (choć bardziej przekonuje mnie oryginalny tytuł, The Marble Collector) to przeplatające się losy Sabriny Boggs i jej ojca. Sabrina prowadzi monotonne, rutynowe życie, które kręci się między pracą a rodziną. Pewnego dnia przypadkiem natrafia na kolekcję, która rzuca całkowicie nowe światło na życie jej rodziny. Niespodziewanie okazuje się, że jej ojciec jest zupełnie innym człowiekiem. Sabrina postanawia, że odkryje prawdę - ma na to tylko jeden dzień, więc zaczyna działać nie patrząc na konsekwencje. Ta doba całkowicie zmienia jej życie. I życie jej ojca.

Przyznaję się. Popełniłam błąd, TEN błąd. Wzięłam do ręki książkę, westchnęłam i pomyślałam: "Ach, to przeczytam szybciutko, bo to takie nic!". Wstyd, moi drodzy, ogromny wstyd. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak spojrzeć w lustro, skrzywić się i powiedzieć sobie (raz, ale stanowczo), że nie wolno oceniać książki na podstawie swoich błędnych wyobrażeń i rzeczy zasłyszanych jednym uchem. Nie wolno i basta! Dlaczego? Cóż, choćby dlatego, że akurat w TEJ książce jestem zauroczona. Już po kilkunastu stronach wiedziałam, że popełniłam błąd. Wiedziałam, że przeczytam tę powieść bardzo szybko - nie dlatego, że jest prosta, ale dlatego, że jest fantastyczna.

Rozumiem już, dlaczego wydawnictwo dołączyło do paczuszki kulki. Małe, szklane marmurki są w całej tej historii niesamowicie ważnym elementem. Nigdy nie grałam nimi, ale zawsze podobały mi się ich wzory i kolory. W powieści odkryłam je na nowo - okazało się, że tak drobny element może znaczyć nieporównywanie wiele. Szczególne jest to, że na całą historię czytelnik otrzymuje podwójne spojrzenie - raz jest to rozdział z perspektywy Sabriny, która odkrywa tajemnice ojca, a raz fragment dotyczący bezpośrednio wydarzeń sprzed lat. Część opowiadająca o losach ojca Sabriny rozpoczyna się od pewnego bardzo smutnego dnia, który na trwałe zapisał się w jego pamięci - był wtedy małym chłopcem i musiał radzić sobie z wieloma zmianami w jego życiu. Stopniowo dowiadujemy się, co doprowadziło go do momentu, w którym znajduje się teraz; mamy szansę prześledzić jego losy w perspektywie kontaktów z innymi ludźmi. Czytelnik co rusz dowiaduje się o ważnych faktach z pierwszej ręki, cofając się w czasie do czasów szkolnych ojca Sabriny, odkrywając jego największą pasję i jej początki, zagłębiając się w relacje rodzinne, śledząc najważniejsze, często dramatyczne chwile jego życia. Tymczasem Sabrina prowadzi swoje małe, prywatne śledztwo, a jej dotychczasowa wizja ojca diametralnie różni się od tego, co odkrywa.

To nie jest całkiem prosta i oczywista historia, choć niesamowicie uprawdopodobniona i mocno osadzona w rzeczywistości. Czuję, że miałam okazję przeczytać coś autentycznego i bardzo mi się to podobało. Bohaterowie to ludzie - z krwi i kości, co oznacza, że prezentują sobą pełną paletę wad i zalet, słabości oraz tajemnic. Nie ma w tym nic niewymuszonego, bo podobne sekrety chować może każdy z nas; takie smutki i radości dotyczą wielu osób, które mijamy codziennie na ulicy. Dwugłos córki i ojca bardzo mi się podobał. Szybko domyśliłam się, że narracja dotycząca życia ojca Sabriny zakończy się w tej chwili, w której rozpoczęła się przygoda jego córki - i to powolne odkrywanie wszystkich przyczyn, podstaw sytuacji, z którą czytelnik spotyka się na początku książki, jest niesamowicie przemyślane i zgrabne.

Jestem zaskoczona. Nie przepadam za powieściami obyczajowymi, ale konstrukcja tej sprawiła, że nie mogłam oderwać się od tekstu. Sabrina prowadzi prywatne dochodzenie, losy jej ojca przypominają o tym, że człowieka budują często pozornie najmniej znaczące drobiazgi. Akcja od początku ma wyraźne tempo i nie zwalnia. Równie istotna jest też umiejętność wprowadzania bohaterów drugoplanowych, często nie bezpośrednio. Szczegóły tworzą wyrazisty klimat, a każda z postaci wnosi coś cennego do fabuły. I, jak w życiu, nie wszystkie wybory kończą się dobrze, a czasem z drobnych rzeczy powstaje coś ogromnego i przytłaczającego. Jestem poruszona.

Polecam, nie mogę i nie chcę zrobić inaczej. Odkryłam Cecelię Ahern i chcę więcej. Jest Miłości i kłamstwach bardzo melancholijny klimat, miarowe tempo, które rozwija się jak życie i nie pozwala ochłonąć; są bohaterowie, w których niekiedy widziałam samą siebie. To była bardzo cenna lektura.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU AKURAT
Więcej o książce na stronie muza.com.pl

piątek, 27 maja 2016

WYDARZENIA (nie tylko) KSIĄŻKOWE: czerwiec 2016

WYDARZENIA
Trzy rzeczy, które zwróciły moją uwagę


Miejsce: wybrane Multikina
Data: 6 czerwca 2016
Cena: bilet ulgowy - 30 zł; normalny - 35 zł
O wydarzeniu: To retransmisja przedstawienia teatru Donmar Warehouse na podstawie powieści Choderlosa de Laclosa z 1782 roku. Spektakl wyreżyserowała Josie Rourke. Retransmisja w wersji oryginalnej w jakości High Definition z polskimi napisami.



Miejsce: Warszawa
Data: 10-12 czerwca 2016
Strona www: bigbookfestival.pl
O wydarzeniu: To najmłodsze międzynarodowe wydarzenie literackie w Polsce; otwarty festiwal dla miłośników książek.  W ciągu trzech dni zainteresowani będą mogli spotykać się w lokalach i przestrzeni miejskiej, biorąc udział w bezpłatnych wydarzeniach kulturalnych i artystycznych oraz spotkaniach z gwiazdami światowej literatury.



Miejsce: Opole
Data: 17-19 czerwca 2016
Strona www: festiwalksiazki.pl
O wydarzeniu: To jedyny taki festiwal, który łączy muzykę, sztukę i literaturę. W czasie jego trwania organizowane są Targi Książki, spotkania autorskie oraz warsztaty, dyskusje i liczne eventy, Na scenach zagoszczą znani pisarze, poeci i blogerzy - muzyczna strona festiwalu do muzycy Filharmonii Opolskiej oraz gwiazdy sobotniego koncertu: Fisz Emade i Julia Marcell.


KINO
Premiery kinowe w czerwcu 2016

3 czerwca
  

  

10 czerwca
  

17 czerwca
  

24 czerwca
  

 


KSIĄŻKI
Premiery książkowe w czerwcu 2016 


  

  

  

  

  

  

  

  

 

czwartek, 26 maja 2016

MUNDRA, Sylwia Szwed





Tytuł: Mundra
Autor: Sylwia Szwed
Seria: Bez fikcji o...
Data I wyd.: 2014
Wydawnictwo: Czarne
Ilość stron: 304

Trzy słowa: delegacja powitalna świata






Podobno nie powinno oceniać się książek po okładce. Mundrę Sylwii Szwed znalazłam jednak tylko dzięki przypadkowi - ale kiedy zaczęłam ją czytać, zrozumiałam, że pozwolenie na to, by tylko los przesądził o poznaniu lub przeoczeniu pewnych książek, jest zbyt dużą stratą. Wciąż nie mogę ugasić w sobie zaskoczenia na myśl o tym, że to moja pierwsza styczność z książkami o położnych.

O tym należy nie tylko więcej pisać, ale i więcej mówić. By sformułować podobny wniosek nie potrzebuję wcale potwierdzenia w słowach Sylwii Szwed, która w jednym z wywiadów (rozmowa z Jerzym Zawisakiem dla Onet.pl) opowiada o tym, jak bardzo zaskoczyła ją otwartość położnych. Słysząc o pomyśle na zbiór wywiadów zachowywały się tak, jakby już od dłuższego czasu chciały przekazać komuś swoje doświadczenie, opowiedzieć o swoim zawodzie. Tak właśnie powstała Mundra - jako zapis dwuletniej pracy reporterki, która powzięła się zadania spisania dziesięciu rozmów z położnymi. Sylwia Szwed zaczęła tworzyć swoją książkę w czasie ciąży - niemal w formie terapii i przygotowywania do rozwiązania. Jak sama mówi, motywacją do podjęcia się tego tematu było "poszukiwanie wokół siebie mądrych kobiet, które wprowadzą mnie w nowy etap w moim życiu".

Nowy etap jest - obok kobiecości w tym najbardziej intymnym, zwierzęcym, cielesnym sensie - tematem głównym. Cztery pokolenia położnych opowiadają o osiemdziesięciu latach swojej pracy. Dziesięć historii o jednym zawodzie, polegającym na odbieraniu porodów. Osiemdziesiąt lat na niecałych trzystu stronach - a między nimi tysiące porodów. To oznacza, że dziesięć kobiet opowiada o niezliczonej ilości Polek, które przez osiemdziesiąt lat rodziły dzieci. A jest to obraz wszechogarniający - od rozmowy z położną, która pracowała w czasie wojny, po położne, które dopiero zaczynają swoją pracę. Od czasów, kiedy kobiety rodziły słuchając wrodzonego instynktu, przez lata, kiedy gwałtowne zmedykalizowanie sytuacji porodu wiązało się ze "szpitalnym reżimem" i "porodem totalitarnym", aż po dzień dzisiejszy - powrót do myślenia holistycznego. Znajdziemy historie rozczulające i takie, po których nie zostaje nam nic poza chwilą ciszy. Historie o nowym życiu i śmierci, która - jak podkreśla większość rozmówczyń Sylwii Szwed - jest silnie związana z momentem wydawania na świat człowieka. Nowy etap jest równoznaczny z nowym życiem, któremu świadkują położne, ale jednocześnie nie można zapomnieć o tym, że Mundra to przede wszystkim przekrój przez historię położnictwa w Polsce. Czyta się to z zachwytem i przerażeniem, nie mogąc oderwać się od kolejnych stron. Wielokrotnie wracałam wzrokiem do poprzednich pytań lub całych rozmów, by porównać pewne spojrzenia, by stworzyć w swojej głowie pełny obraz. I wciąż mam mało, choć jednocześnie jestem w pełni usatysfakcjonowana. Ta lektura pobudziła mnie do myślenia i poszukiwań. 

We wcześniej wspomnianym wywiadzie Szwed mówiła o swojej książce: "Poród był dla mnie tylko pretekstem do rozmowy o rzeczach fundamentalnych." I rzeczywiście, poród okazuje się być tym, w czym odbijają się wszystkie najistotniejsze kwestie społeczne. Spojrzenie na ciało. Polityka. Kwestia rodziny. Pozycja kobiety. Pozycja położnej, pielęgniarki, pacjentki - nader wszystko jednak kobiety. Można by ten obraz zapewne rozszerzyć jeszcze bardziej, werbując kolejne przedstawicielki zawodu, z mniejszym czy większym stażem, różną filozofią życiową czy odmiennym statusem zawodowym, bo bohaterki książki różnią się między sobą w każdej z tych kwestii i dzięki temu w tak niezwykły sposób nakreślają drogi położnictwa i kobiecości. Mundra to nie tylko spojrzenie na poród i kobiety, ale też budujące się systematycznie, z upływem każdego rozdziału, kalejdoskopowe spojrzenie na to, co kobiety czerpią z przeszłości i w jaki sposób widzą siebie dziś.

Brakuje perspektywy męskiej - ale z drugiej strony, czy jest ona istotna? Kobiety-położna mówią jasno, że to zawsze babki odbierały poród i tak właśnie powinno zostać, nawet jeśli nie jest to poprawne politycznie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką, która opowiadałaby o kobietach z perspektywy porodu - ale porodu widzianego podwójnie. Z jednej strony - perspektywą kobiet, które poród odbierają. Z drugiej - kobiet, których ciało jest przystosowane do rodzenia i posiadania potomstwa, które rodziły lub będą rodzić w przyszłości. Być może dlatego kobiecość-ciężarność widziana z tej perspektywy jest inna. Inna - to znaczy jaka? Wydaje się, żeby się o tym dowiedzieć, trzeba po prostu porozmawiać. Lub zacząć od lektury Mundrej.

wtorek, 24 maja 2016

TO TY JESTEŚ BOBBYM FISCHEREM, Christer Mjåset






Tytuł: To ty jesteś Bobbym Fischerem (Det er du som er Bobby Fischer)
Autor: Christer Mjåset
Data I wyd.: 2015 (PL: 18.05.2016)
Wydawnictwo: Smak Słowa
Ilość stron: 246

Dwa słowa: patria szachowa





Kiedy zabrałam się do lektury tej książki, pomyślałam: o, dobrze, jest krótka (krótsza niż większość z tych, które czytam?), ciekawe co przyniesie. (Stosunkowo) mało stron to duża odpowiedzialność. Ostatnio mam szczęście do samych pokaźnych lektur i bardzo ciekawiło mnie, czy autorowi uda się mnie szybko schwycić i przyciągnąć do narracji. Udało się.

Ponad czterdziestoletni Håkon od dwudziestu pięciu lat nie był w rodzinnych stronach. Jego narracja zaczyna się w momencie, w którym decyduje się na powrót do Lillehammer na pogrzeb przyjaciela. To impuls, który wyzwala w nim napływ wspomnień z pewnego okresu w jego życiu, gdy on i koledzy zapuszczali się razem w zakazane miejsca, a pewnego dnia zniknęła młoda dziewczyna, którą później odnaleziono martwą. Pogrzeb Kristoffera jest okazją do spotkania się po latach czterech dawnych przyjaciół. Każdy z nich mierzy się z wydarzeniami z tamtego lata.

Małe, norweskie miasteczko. W małym, norweskim miasteczku grupka młodych, roześmianych chłopców. I rowery, i noc. I kilka wydarzeń, które na stałe wpisały się w ich biografię, tak, że nawet po upływie tylu lat nie mogą się uwolnić od wspomnień. Mam nadzieję, że ten opis wywołuje dreszcze, bo ja w czasie lektury je miałam. Sugestywne przejścia między pogrzebem a retrospekcjami rozmywały się, a w niektórych momentach miałam problem z rozpoznaniem, co wydarza się teraz, a co już zaszło. Podążałam wiernie za myślami Håkona, nie mogąc się z nich wyrwać. Ta książka chwyta czytelnika natychmiast, od pierwszego zdania. I nie puszcza.

Narrator, Håkon, nieustannie przepływa między zdarzeniami z przeszłości, a tymi, które mają miejsce w chwili obecnej. Przedstawia początki znajomości swojej bandy, ich główną rozrywkę, swoją relację z dziewczyną, która zaginęła tamtego lata. Choć teoretycznie wszystko dzieli się na to, co było i na to, co jest, żaden z dorosłych mężczyzn nie potrafi wyjść z przeszłości, żaden nie jest w pełni szczęśliwy i usatysfakcjonowany; zdarzenia kilku tygodni odcisnęły się na ich psychice i dalszych losach.

To powieść raczej obyczajowa, choć przez całą jej objętość narasta i pęcznieje wątek kryminalny; coraz niecierpliwiej przewracałam strony, czując, że w zakończeniu dojdzie do czegoś bardzo ważnego. Tak zresztą jest stworzona i sama narracja, bo Håkon, uczestnicząc w pogrzebie, ma przed sobą perspektywę tajemniczego spotkania swoich kolegów, które mu zapowiedziano. Czytelnik w niejasnych słowach dowiaduje się o strzępach relacji między mężczyznami, o tym, co dzieje się w ich życiu, o metodach przepracowywania zdarzeń z przeszłości; trzeba cierpliwie poczekać, by uzyskać odpowiedzi. Wgryzłam się w ten tekst i nie potrafiłam przerwać lektury, a to nie zdarza się przecież często. Przeczytanie książki zajęło mi dwa wieczory i to tylko dlatego, że pierwszego za późno się do niej zabrałam. Christer Mjåset od początku ma plan na fabułę i akcję, rozmywa granice między teraźniejszością a retrospekcjami i cedzi spostrzeżenia, rozmowy Håkona z przyjaciółmi, przerywa w najbardziej newralgicznych momentach, odsuwa ich od siebie i buduje pomiędzy nimi mury milczenia. Bohaterowie wiedzą, o czym milczą - czytelnik musi cierpliwie czekać, by w końcu wszystko stało się jasne. Porażająco jasne.

To powieść, w której liczą się sylwetki psychologiczne. Choć tekst jest oszczędny i przefiltrowany ze sztucznych treści, które miałyby go wygładzić i wprowadzać czytelnika w świat małego miasteczka i jego drobnych tajemnic, w tym przypadku prostota i umiar działają na korzyść. Wszystko, co niedopowiedziane, rozrasta się i wstrząsa czytelnikiem, gdy ten w końcu zaczyna rozumieć. W istocie cała książka przypomina jakiś szachowy rozkład figur (Bobby Fischer to legendarny szachista), w którym to autor panuje nad sytuacją, choć jeszcze przez kilkadziesiąt pierwszych stron może się wydawać czytelnikowi, że jest z nim na równi. Nie jest. Książkę tę cechuje pewna łagodność przejść i budowania napięcia, a jednocześnie wyrazistość charakterów, impulsów, które budują bohaterów. Wstrząsającą i tragiczną historię Christer Mjåset opowiedział w sposób, który mnie zaskoczył.

Powrót do rodzinnych stron, rywalizacja między chłopcami, unoszące się nad każdą ze stron widmo tajemnicy. Tajemnicy, która, choć rozwiązana, pozostawia z ogromnym książkowym kacem. To ty jesteś Bobbym Fischerem jest powieścią o zaledwie kilku najważniejszych zdarzeniach i nie ma tu nic niepotrzebnego. Lekko się to czyta, łatwo, przyjemnie. Ale nie jestem pewna, ile będę musiała radzić sobie z tym kacem, nie wiem, jak się go pozbędę. Wiem za to, że chcę sięgnąć po inną książkę tego autora.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU SMAK SŁOWA
Więcej o książce na stronie smakslowa.pl

niedziela, 22 maja 2016

RZEKA ZŁODZIEI, Michael Crummey







Tytuł: Rzeka złodziei (River Thieves) 
Autor: Michael Crummey
Data I wyd.: 2001 (PL: 16 maja 2016)
Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Ilość stron: 400

Trzy słowa: wejście w mrok






To coś zupełnie innego niż czytany przeze mnie kilka miesięcy temu Sweetland. Tu jest bardziej surowo, zdania są ostrzejsze, napięcie rośnie przez całą powieść, gęstnieje. W końcu dotarłam do momentu, gdy przedzierałam się przez książkę jak przez rozlaną smołę; długo zbierałam się w sobie, by ubrać jakoś w słowa to, co czuję. Najpierw jednak skłonię się nisko przed autorem. Jest fenomenalny.

Rzeka złodziei to debiut Crummey'a, książka wydana po raz pierwszy około piętnastu lat temu. Akcja rozgrywa się w XIX wieku w Nowej Funlandii, a opowiada o osadnikach i ich kontakcie z "Czerwonymi Indianami". Spychane w głąb lądu plemię Beothuków próbuje stawiać opór, atakując białych, niszcząc ich mienię, okradając ich - a jeśli to konieczne, także mordując. David Buchan, oficer marynarki wojennej, zbiera ekspedycję doświadczonych osadników, by dotrzeć na tereny rdzennej ludności i nawiązać z nią pokojowe stosunki. John Peyton Senior i jego syn - oboje pozostający w bardzo skomplikowanych relacjach, tym trudniejszych, że dotyczą jednej kobiety - wchodzą w skład wyprawy, której skutków nikt nie może przewidzieć. Indiańska społeczność i życie uczestników ekspedycji - wszystko krzyżuje się, łączy i kumuluje.

W Crummey'u najbardziej lubię to, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. To bardzo stara i prosta prawda - człowieka trudno określić dobrze jednym zdaniem, trudno wyprowadzić o nim jakieś wnioski, mając w zanadrzu jedno lub dwa wydarzenia z jego udziałem. Bohaterowie Crummey'a to nie zestaw liter, zdań i akapitów. To krew, mięśnie, łzy, krzyk. Czasem milczenie - bardziej znaczące niż gdziekolwiek indziej.

Czytałam tę powieść powoli, z niesamowitym skupieniem, jakie włącza się w czytelniku tylko wtedy, gdy treść jest skrupulatnie przefiltrowana i nie zawiera niepotrzebnych szczegółów, po których wzrok ślizgałby się szybko bez uwagi. Nie, w języku Crummey'a nie ma miejsca na zdania, które mają wypełnić przestrzeń. Nie czytałam oryginału, ale tłumaczenie oddaje chyba dobrze klimat, jaki chciał zbudować autor - srogi, surowy, rządzony zasadami, które są doskonale znane wszystkim ludziom zamieszkujących Nową Funlandię. Mają swój język, swoje milczenie, swoje reguły życia. Ten mikroświat oddany jest na kartach Rzeki złodziei w taki sposób, że jednocześnie się go bałam i tęskniłam do niego; chciałam uciekać i poznawać go głębiej; cieszyłam się, że to zamierzchłe czasy i czułam narastającą nadzieję, że jednak nie, że jednak gdzieś jeszcze istnieje taki świat, żyją tacy ludzie. Światy Crummey'a są stworzone z najwyższą dbałością o każdy szczegół, są perfekcyjne, choć pokazują rzeczywistość tak daleką od perfekcji jak to tylko możliwe. 

Rzeka złodziei to surowy język, twardzi bohaterowie, bardzo gorzka historia. To prostota warstwy słownej narracji, a jednocześnie maksimum znaczenia. Wszystko, co zawiera się w narracji i wszystko, co dotyczy przemyśleń bohaterów i dialogów, mocno opiera się na konkrecie, na rzeczywistości, na faktach, doświadczeniach i elementach Nowej Funlandii - a jednocześnie pozwala to na ukazanie całego świata, ludzi w ogóle i człowieczeństwa w jakimś szerszym rozumieniu. Bez zbędnego filozofowania, bez barwnych i skomplikowanych metafor, które uwznioślałyby tekst. Czytelnik nie poczuje tu wzniosłości. Nie poczuje przyjemności obcowania z barwną grą słów. Czytelnik zawiśnie na słowach, porani się przez milczenie bohaterów - i zrozumie o wiele więcej niż mógłby, gdyby historię opisano jakkolwiek inaczej. Crummey to marka. Dla mnie Crummey to gwarancja, że po zamknięciu powieści nie będę mogła się od niej uwolnić, nie będę mogła z niej wyjść. Przesiąkam jego historiami i czuję w sobie ogromny niedosyt, drażniący, ściskający mi wnętrzności - cholernie dobry i właściwy niedosyt. To nie są powieść, która ma bawić i uczyć, to jest powieść, które ma chwycić czytelnika za szyję i wciągnąć go siłą pod nurt - tego się nie zapomina.

Jestem porażona tym, w jaki sposób można pisać o ludziach i jak można budować ich charaktery. Nie jednoznacznie, łatwo, prosto - nie od A do Z, ale za pomocą pojedynczych wydarzeń, retrospekcji, które dopiero po jakimś czasie nabierają znaczenia, a jednocześnie nadają sens całości. Crummey jest mistrzem pokazywania człowieka, szczególnie zaś człowieka samotnego, myślącego, człowieka posiadającego tajemnice i niepotrafiącego odnaleźć się w codzienności, w zwyczajnych, lekkich staraniach. Jego bohaterowie nie są ludźmi, obok których można przejść obojętnie. Wchodzi w nich tak mocno, jak tylko się da. Przerażające jest to, że ostatecznie i tak nie udaje się ich podsumować jednym czy dwoma zdaniami. Wymykają się.

Jeszcze wczoraj nie byłam pewna, co podoba mi się bardziej - czy powolna, bardzo delikatnie rozwijająca się narracja w Sweetland czy mocne, ostre, krótkie zdania w Rzece złodziei. Dziś wiem i wybieram to drugie. Jeśli możecie - czytajcie Crummeya. Jeśli nie możecie - postarajcie się bardziej i czytajcie Crummeya. Dlaczego? Bo jest fenomenalny; bo wie, co chce przekazać czytelnikowi; bo wie, jak pisać.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...