niedziela, 22 maja 2016

RZEKA ZŁODZIEI, Michael Crummey







Tytuł: Rzeka złodziei (River Thieves) 
Autor: Michael Crummey
Data I wyd.: 2001 (PL: 16 maja 2016)
Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Ilość stron: 400

Trzy słowa: wejście w mrok






To coś zupełnie innego niż czytany przeze mnie kilka miesięcy temu Sweetland. Tu jest bardziej surowo, zdania są ostrzejsze, napięcie rośnie przez całą powieść, gęstnieje. W końcu dotarłam do momentu, gdy przedzierałam się przez książkę jak przez rozlaną smołę; długo zbierałam się w sobie, by ubrać jakoś w słowa to, co czuję. Najpierw jednak skłonię się nisko przed autorem. Jest fenomenalny.

Rzeka złodziei to debiut Crummey'a, książka wydana po raz pierwszy około piętnastu lat temu. Akcja rozgrywa się w XIX wieku w Nowej Funlandii, a opowiada o osadnikach i ich kontakcie z "Czerwonymi Indianami". Spychane w głąb lądu plemię Beothuków próbuje stawiać opór, atakując białych, niszcząc ich mienię, okradając ich - a jeśli to konieczne, także mordując. David Buchan, oficer marynarki wojennej, zbiera ekspedycję doświadczonych osadników, by dotrzeć na tereny rdzennej ludności i nawiązać z nią pokojowe stosunki. John Peyton Senior i jego syn - oboje pozostający w bardzo skomplikowanych relacjach, tym trudniejszych, że dotyczą jednej kobiety - wchodzą w skład wyprawy, której skutków nikt nie może przewidzieć. Indiańska społeczność i życie uczestników ekspedycji - wszystko krzyżuje się, łączy i kumuluje.

W Crummey'u najbardziej lubię to, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. To bardzo stara i prosta prawda - człowieka trudno określić dobrze jednym zdaniem, trudno wyprowadzić o nim jakieś wnioski, mając w zanadrzu jedno lub dwa wydarzenia z jego udziałem. Bohaterowie Crummey'a to nie zestaw liter, zdań i akapitów. To krew, mięśnie, łzy, krzyk. Czasem milczenie - bardziej znaczące niż gdziekolwiek indziej.

Czytałam tę powieść powoli, z niesamowitym skupieniem, jakie włącza się w czytelniku tylko wtedy, gdy treść jest skrupulatnie przefiltrowana i nie zawiera niepotrzebnych szczegółów, po których wzrok ślizgałby się szybko bez uwagi. Nie, w języku Crummey'a nie ma miejsca na zdania, które mają wypełnić przestrzeń. Nie czytałam oryginału, ale tłumaczenie oddaje chyba dobrze klimat, jaki chciał zbudować autor - srogi, surowy, rządzony zasadami, które są doskonale znane wszystkim ludziom zamieszkujących Nową Funlandię. Mają swój język, swoje milczenie, swoje reguły życia. Ten mikroświat oddany jest na kartach Rzeki złodziei w taki sposób, że jednocześnie się go bałam i tęskniłam do niego; chciałam uciekać i poznawać go głębiej; cieszyłam się, że to zamierzchłe czasy i czułam narastającą nadzieję, że jednak nie, że jednak gdzieś jeszcze istnieje taki świat, żyją tacy ludzie. Światy Crummey'a są stworzone z najwyższą dbałością o każdy szczegół, są perfekcyjne, choć pokazują rzeczywistość tak daleką od perfekcji jak to tylko możliwe. 

Rzeka złodziei to surowy język, twardzi bohaterowie, bardzo gorzka historia. To prostota warstwy słownej narracji, a jednocześnie maksimum znaczenia. Wszystko, co zawiera się w narracji i wszystko, co dotyczy przemyśleń bohaterów i dialogów, mocno opiera się na konkrecie, na rzeczywistości, na faktach, doświadczeniach i elementach Nowej Funlandii - a jednocześnie pozwala to na ukazanie całego świata, ludzi w ogóle i człowieczeństwa w jakimś szerszym rozumieniu. Bez zbędnego filozofowania, bez barwnych i skomplikowanych metafor, które uwznioślałyby tekst. Czytelnik nie poczuje tu wzniosłości. Nie poczuje przyjemności obcowania z barwną grą słów. Czytelnik zawiśnie na słowach, porani się przez milczenie bohaterów - i zrozumie o wiele więcej niż mógłby, gdyby historię opisano jakkolwiek inaczej. Crummey to marka. Dla mnie Crummey to gwarancja, że po zamknięciu powieści nie będę mogła się od niej uwolnić, nie będę mogła z niej wyjść. Przesiąkam jego historiami i czuję w sobie ogromny niedosyt, drażniący, ściskający mi wnętrzności - cholernie dobry i właściwy niedosyt. To nie są powieść, która ma bawić i uczyć, to jest powieść, które ma chwycić czytelnika za szyję i wciągnąć go siłą pod nurt - tego się nie zapomina.

Jestem porażona tym, w jaki sposób można pisać o ludziach i jak można budować ich charaktery. Nie jednoznacznie, łatwo, prosto - nie od A do Z, ale za pomocą pojedynczych wydarzeń, retrospekcji, które dopiero po jakimś czasie nabierają znaczenia, a jednocześnie nadają sens całości. Crummey jest mistrzem pokazywania człowieka, szczególnie zaś człowieka samotnego, myślącego, człowieka posiadającego tajemnice i niepotrafiącego odnaleźć się w codzienności, w zwyczajnych, lekkich staraniach. Jego bohaterowie nie są ludźmi, obok których można przejść obojętnie. Wchodzi w nich tak mocno, jak tylko się da. Przerażające jest to, że ostatecznie i tak nie udaje się ich podsumować jednym czy dwoma zdaniami. Wymykają się.

Jeszcze wczoraj nie byłam pewna, co podoba mi się bardziej - czy powolna, bardzo delikatnie rozwijająca się narracja w Sweetland czy mocne, ostre, krótkie zdania w Rzece złodziei. Dziś wiem i wybieram to drugie. Jeśli możecie - czytajcie Crummeya. Jeśli nie możecie - postarajcie się bardziej i czytajcie Crummeya. Dlaczego? Bo jest fenomenalny; bo wie, co chce przekazać czytelnikowi; bo wie, jak pisać.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

2 komentarze:

  1. Lubie podobne lektury, więc myślę, że dam się namówić ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z każdym Twoim zdaniem - książka jest wręcz fenomenalna, głęboka i uniwersalna, poza wszystkim to prawdziwa kopalnia cytatów, które trafiają w samo sedno, a przy tym niczego nie banalizują. Uwielbiam taką literaturę!

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...