czwartek, 16 czerwca 2016

BIG RED TEQUILA, Rick Riordan






Tytuł: Big Red Tequila
Autor: Rick Riordan
Data I wyd.: 1997 (PL: czerwiec 2016)
Cykl: Tres Navarre (tom 1)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 464

Kilka słów: dobre, bo o Teksasie





Rick Riordan to pisarz znany doskonale przede wszystkim nastoletnim fanom jego powieści o pewnym chłopcu, który dowiedział się, że jest synem greckiego boga. Dla mnie to jednak właśnie Big Red Tequila było pierwszym spotkaniem z tym autorem. Teksas, alkohol i mordobicia? Zacieram ręce!

Tres Navarre to amator tequili, mistrz tai-chi, nielicencjonowany prywatny detektyw, właściciel kota Roberta Johnsona. Kiedy Tres wraca do rodzinnego miasta, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że przyciągnie do siebie kłopoty. Dziesięć lat wcześniej z dnia na dzień opuścił te strony, by zapomnieć o zamordowanym przez nieznanych sprawców ojcu. Tym razem jednak chce usłyszeć odpowiedzi. San Antonio nie chce jednak ich udzielać. Mafia, podejrzana firma budowlana i broniący swojego terytorium politycy to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale Tres ma twardy tyłek - w ciągu pierwszych tygodni przetrwa więc napad, ostrzelanie, przejechanie przez auto oraz zaginięcie byłej dziewczyny. I to nie koniec.

Jest dobrze. Nie mówię tylko o blurbie - a, jak wiecie, kocham blurby. Mówię o tym, co odkryłam po otworzeniu książki. Co? Rzecz bardzo dobrze skonstruowaną. Rzecz, która jest przemyślana - zarówno na poziomie ogólnej konstrukcji, jak i w kwestii poszczególnych bohaterów, obrazów czy rekwizytów. Tutaj Teksas ma zapach, ma smak, ma też swoje dźwięki. Nie ma za to takiej sceny, która byłaby wyrwana i polegałaby jedynie na rozmowie bohaterów - w Big Red Tequila liczą się wszystkie elementy. Konstrukcja jest tu słowem kluczowym - nie ma nic przypadkowego, wszystko ma ze sobą związek, każdy element ma znaczenie. Cieszy mnie, że nic nie zostało porzucone - a przynajmniej ja nie przyłapałam na tym autora. Nie idzie na łatwiznę. Czytelnik przenosi się do San Antonio razem z bohaterem. Najmocniejsze wrażenie nie zrobił jednak na mnie pomysł na fabułę, budowa bohaterów czy akcja, ale sposób opisywania rzeczywistości przedstawionej. To narracja bardzo dokładna, przypominająca mi ujęcia filmowe. Obserwujemy każdy ruch Tresa - gdy idzie ulicą, podchodzi do auta, wchodzi do środka, kontempluje zapachy oraz kształty; wiemy, co jadł, o czym zapomniał. Zbliżenia i oddalenia, zwracanie uwagi na szczegóły i delikatne przyspieszanie zdarzeń, choć odnosiłam wrażenia, że Riordan nie lubi tego zabiegu. On chce, żeby czytelnik wszedł w buty głównego bohatera. Chce, żeby czytelnik poczuł Teksas na wszystkie możliwe sposoby, wszystkimi zmysłami. Opisy zwracają się więc do smaku, powonienia, wzroku, także dotyku.

W Teksasie wszystko jest większe, jak przekazuje hasło reklamowe książki. Rzeczywiście, po lekturze tej powieści nie mam już wątpliwości - Teksas to Teksas i należy się mu szacunek. To dzikie, pozornie nieuporządkowane miejsce, a jednak rządzące się twardą logiką. Riordan troszczy się o bohaterów, nadając im cechy charakterystyczne - nie tylko psychiczne, ale także fizyczne. Każdy jest kimś, każdy jest jakiś, a wyobrażenie sobie eleganckich koszul, roboczych strojów czy uniformów stróżów prawa nie stanowi żadnego problemu. Sami bohaterowie są skonstruowani doskonale - różnorodni, posiadają wady i zalety, tajemnice. Riordan potrafi pisać o relacjach między ludźmi w taki sposób, by nie nazywać po imieniu żadnego uczucia. Wiedza o więziach międzyludzkich, problemach oraz tajemnicach to zasługa zdarzeń i spostrzeżeń bohaterów. Brakuje tu akapitów, które byłyby stracone na własne rozważania narratora - głos mają tylko postaci i kwestie, które interesują je w danym punkcie fabuły.

A jednak ta randka z książką nie skończy się ani romansem, ani przyjaźnią. To była świetna randka, bardzo angażująca. Ale czy w pełni przyjemna? Czasochłonna i satysfakcjonująca, ale bardziej jak wykład, spotkanie biznesowe. Niesamowicie wciągające - ale nadal spotkanie biznesowe. Nie brakowało emocji, ale nie udało mi się wpaść w tę książkę, nie zatonęłam w niej. Im dalej, tym trudniej mi się ją czytało. Jest za dobra, ma w sobie za dużo szczegółów, wiele nazwisk, ciągle filmowe, dokładne ujęcia. Nie zrozumcie mnie źle - to bardzo dobre. A jednak to nie jest ten typ  poruszania wyobraźni, który mi odpowiada. Ironicznie, choć świat został przedstawiony tak szczegółowo, z precyzją, rozmachem, dbałość o prawdopodobieństwo, coraz trudniej było mi go sobie wyobrazić. Nie poczułam się jego częścią. Patrzyłam na wszystko z boku, dokładnie tak, jak patrzy się na film. A ja, niestety, nie jestem zakochana w kinie.

To jest książka godna polecenia. To jest książka świetnie skonstruowana, bardzo dobrze napisana. Dobry warsztat, porządni bohaterowie, prawdziwie teksański klimat. A jednak ja stałam gdzieś obok tej książki i trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się stało. Naprawdę, nie potrafię tego zrozumieć. Wszystko działało - ale nie działało na mnie.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU GALERIA KSIĄŻKI
Więcej o książce na stronie galeriaksiazki.pl

4 komentarze:

  1. Ja właśnie zaczynam przygodę z tym autorem, na półce czeka Złodziej pioruna. Tutaj coś całkowicie innego. Też kusi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam już swój egzemplarz Tequili. Wspólnie rozpoczniemy wakacje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam książek Rodiana, ale na tę dla dorosłych mam wielką ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Po pierwsze to nie wiem jak, ale chyba odnalazłem moją zaginioną Siostrę (tam trochę wyżej popatrz!) - bałem się, że jeden Kac w blogosferze to już za dużo, a tu jednak jest inaczej.
    Recenzja świetna i wydaje mi się, że książka idealnie trafi w mój gust, bo lubię takie pozycje, przy których w głowie z łatwością wizualizują się obrazy. No muszę sprawdzić. MUSZĘ! Także lecę brać udział w konkursie, a nuż widelec mi się poszczęści ;)
    Pozdrawiam zaginioną Siostrę,
    http://kackiller.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...