poniedziałek, 29 sierpnia 2016

#gadam: JAK BLOGOWAĆ?

Przyznajcie - zaszalałam z tematem. Drżę z emocji, o, widzicie? Na pewno widzicie. Czego spodziewamy się po takim tytule posta? Kiedyś spodziewałabym się recepty, przepisu, porad. Dziś - sugestii i propozycji. A co dam? Odrobinę refleksji.

Gotowi? Uwaga! Blogować trzeba z przyjemnością.

Można też poważnie. Można czepiając się słówek. Można nawet biczować się, sprawdzać po n-razy, czy to, co piszę, ma sens. Ale wybaczcie - jestem blogowym liberałem. Uważam, że pisać bloga może każdy. Uważam, że pisząc bloga można popełniać błędy. Uważam, że pisanie blogów to zabawa, rzadziej sposób na życie. Uważam, że jeśli ktoś bierze swoje pisanie bloga zbyt poważnie, może się... poważnie zniechęcić.

Zarabiajmy na blogach, róbmy z blogów interes, uczmy się pisania blogów. To dobre, potrzebne, interesujące. A ja jednak anachronicznie będę z przyjemnością wspominać moje blogi pierwsze - głupie, beznadziejne i najukochańsze. Nie jestem dzikusem, wiem, że content marketing jest ważny, że blog to rozwijające się, wspaniałe medium, że to właśnie tu, w Internecie, budujemy nowy świat, i tak dalej, i tak dalej.

Ale blogować trzeba z przyjemnością i ja takich blogów - pisanych, bo mogę, bo lubię, bo chcę spróbować - poszukuję. Nieumiejętnych graficznie, koślawych językowo, powtarzalnych, ubogich, wzruszająco pierwszych.

czwartek, 25 sierpnia 2016

SIEDEM LAT PÓŹNIEJ, Janusz Leon Wiśniewski i Dorota Wellman







Tytuł: Siedem lat później
Autor: Janusz Leon Wiśniewski i Dorota Wellman
Data I wyd.: 16 sierpnia 2016
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ilość stron: 288

Trzy słowa: gadka z przyjacielem






Z kim chciałabym się spotkać za siedem lat? Jaką przyjaźń chciałabym pielęgnować dość dokładnie, by po upływie tego czasu nie żałować z powodu zerwanych więzi? Jest parę osób, które natychmiast pojawiają się w mojej głowie…

Siedem lat temu wydano Arytmię uczuć. Dorota Wellman rozmawiała z Januszem Leonem Wiśniewskim o jego życiu, twórczości, wspomnieniach z dzieciństwa, związkach, pracy oraz planach na przyszłość. Po siedmiu latach Wellman i Wiśniewski ponownie siadają do przyjacielskiej dyskusji. Poruszanych tematów jest wiele – relacje, współczesna męskość i kobiecość, popularność pisarza w Rosji, jego praca zawodowa i życie w Niemczech, stosunek do Polski i Polaków…

Przysiadłam do tej pozycji bez większych wymagań i oczekiwań. Bardzo lubię Dorotę Wellman, cenię sobie jej pracę i ufam jej pytaniom – zadawanym z lekkością i wyczuciem, a jednak drążącym temat. Janusza Leona Wiśniewskiego znam natomiast jedynie z kilku mniejszych felietonów oraz książki, która pojawiła się w odpowiednim miejscu i czasie – S@motności w sieci. Pamiętam dokładnie, jaki wstrząs poczułam, czytając tę książkę. Pamiętam też, że w czasie jednego ze spotkań autorskich (byłam wtedy w liceum) autor zapytał mnie, czy lubię płakać przy książkach. „Czasem nie ma się wyboru”, odpowiedziałam.

Co jest z Siedem lat później? Jaka to pozycja? Nie odbieram jej jako wywiadu, bo już po kilku pierwszych pytaniach jasne się dla mnie stało, że to przyjacielska, lekka rozmowa, w której tematy będą podążać swobodnie. Owszem, jest pewien plan, kwestie, które musiały się pojawić i pojawiły się – a jednak oprócz tego książkę cechuje niewymuszoność, to wyczucie oraz szczery, bezpośredni kontakt, jaki Wellman tworzy w czasie każdej rozmowy, podtrzymywany przez Wiśniewskiego. Nic dziwnego, że czyta się tę pozycję niezwykle szybko, gładko przechodząc od jednej kwestii do drugiej, od jednego pytania do następnego. To książka na dwa wieczory, a szczególnie polecam ją tym, którzy nie stronią od czytania wywiadów, rozmów. Nie wiem, czy można się z tej pozycji czegoś nauczyć, ale dla zwyczajnej przyjemności poznania czyjegoś punktu widzenia - warto.

Wiśniewski to naukowiec, profesor nadzwyczajny zajmujący się chemią i informatyką. Pracuje w Niemczech, choć regularnie odbywa podróże do Polski. Dzięki wywiadowi dowiedzieć można się m.in. o tym, jak zaczęła się jego kariera w Rosji czy Wietnamie, dlaczego chce wrócić do kraju i w jaki sposób o jego powieściach dowiedzieli się jego współpracownicy w niemieckiej firmie. Ale to nie wszystko, bo nie ma w tej rozmowie żadnego rygoru. Jest bardzo swobodna i serdeczna, podobnie jak swobodna jest relacja między rozmówcami. Literacko nie jestem w stanie tego ocenić. Rozmowa jest różnorodna, dotyczy wielu kwestii, oscyluje między kwestią literatury i pisania, kultury, aż po życie prywatne czy politykę. Nie jestem pewna, jak wyglądała wcześniejsza książka Wellman i Wiśniewskiego, Arytmia uczuć. W tym przypadku dziennikarka jedynie zadaje pytania, zaledwie w paru momentach nieznacznie ujawnia własny punkt widzenia. Brakowało mi trochę więcej jej wkładu. Chciałabym dowiedzieć się więcej o tym, co ona sądzi o odpowiedziach Wiśniewskiego. Chciałabym widzieć ich jako równoważnych partnerów. Nie ma nic złego w tym, że dziennikarka przepytuje pisarza, ale dla pełnego spojrzenia na ich znajomość oraz relację potrzebny byłby ten drugi punkt widzenia. Skoro to spotkanie dwojga przyjaciół, niech oboje mogą się wypowiedzieć, niech zadają sobie pytania nawzajem. Myślę, że byłoby to sprawiedliwe i ciekawsze.

Przeglądam wywiady sporadycznie, staram się znaleźć w nich najważniejsze szczegóły, liczące się zdania, które najlepiej określą stosunek danego autora do swojej twórczości czy działacza do podejmowanych przez siebie aktywności. Zazwyczaj szukam właśnie tego - samookreślenia się. Ta rozmowa dotyczy wszystkiego i… niczego. Uważam lekturę za bardzo przyjemną, dostrzegłam dzięki niej jeszcze więcej człowieka w Januszu Leonie Wiśniewskim, ale nie trafi ona do grona moich ukochanych pozycji. To rzecz podobna do dziesiątek innych wywiadów, nie ma w niej niczego zaskakującego, zachwycającego. Miło było przysiąść na krzesełku i podsłuchać nieco przyjacielskiej gadki, ale czas już wstać i iść dalej. Kiedyś na pewno wspomnę komuś, że miałam przyjemność doświadczyć spotkania Wellman i Wiśniewskiego - ale będzie to tylko pojedyncza uwaga.

Fanom twórczości Wiśniewskiego, osobom, które lubią Wellman - polecam. To przyjemna rzecz do przeczytania, podania własnej przyjaciółce, przyjacielowi. Każdy z nas ma jakąś historię, dlaczego więc jej nie opowiedzieć? Warto też posłuchać opowieści innych. Bo to dzięki spotkaniu z drugą osobą tworzymy własny punkt widzenia. Może dla kogoś to konkretne spotkanie będzie o wiele istotniejsze niż dla mnie.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU ZNAK
Więcej o książce na stronie znak.com.pl

wtorek, 23 sierpnia 2016

PŁYŃ Z TONĄCYMI, Lars Mytting






Tytuł: Płyń z tonącymi (Svøm med dem som drukner)
Autor: Lars Mytting
Data I wyd.: 2014 (PL: czerwiec 2016)
Wydawnictwo: Smak Słowa
Ilość stron: 540

Trzy słowa: bardzo długa opowieść





Potrafię się spieszyć z czytaniem, ale nie zawsze to robię. Mogę przeglądać intensywnie lektury w czasie najgorętszego studenckiego sezonu, mogę zarwać całą noc dla naprawdę wciągającej powieści. Ale niekiedy muszę czytać wolno, bo... No właśnie - dlaczego?

Sielska Norwegia w postaci pól i pastwisk, romantyczne piękno, dzika przyroda, wymagające warunki i ludzie - często niezwykle zamknięci, skrywający swoje tajemnice. Rodzice Edvarda zginęli w tajemniczych okolicznościach we Francji, gdy był dzieckiem. Teraz, będąc dorosłym mężczyzną, poszukuje rozwiązania historii. W tym celu udaje się na Szetlandy, a następnie do Francji. Tragiczne losy jego rodziny związane są z historią wielkich wojen XX wieku.

Siedziałam nad tą książką dwa miesiące i nie jestem przekonana, czy był to czas dobrze wykorzystany. Co gorsza - wiem, że nie były to chwile złe. Waham się, ostatecznie musząc chyba stwierdzić, że jest to pozycja dość... letnia. Bardzo trudno określić mi, dlaczego miałam tak ogromne problemy z tą książką. Warsztatowo napisana jest dobrze, opowiada - obiektywnie rzecz biorąc - logiczną historię, która mogłaby wzruszyć. Edvard pragnie określić samego siebie, odszukać tożsamość, stałe miejsce, w którym czułby się dobrze. Chce dowiedzieć się, dlaczego jego losy ułożyły się w taki sposób, gdzie jego jego początek i co ukrywali przed nim najbliżsi. Postanawia więc zagłębić się w rodzinną historię, wyrusza w końcu w prawdziwą, fizyczną podróż. Liczy się nie tylko cel, ale także sam proces odnajdywania poszczególnych elementów, łączenia układanki w całość.

I właśnie jest to bardzo męczące. Choć bohaterowie są wiarygodni i cały zarys historii też sprawia takie wrażenie, czułam się tak, jakbym czytała ponownie to samo. Motyw tajemnicy rodzinnej, motyw podróży, motyw człowieka szukającego siebie, motyw doświadczenia, które pozwala zdobyć prawdę o sobie... Zdarzenia przesuwały się przed moimi oczami, bohaterowie rozmawiali z sobą lub nie, Edvard analizował siebie lub swoją rodzinę, a później... Zdarzenia znów przesuwały się, bohaterowie nie rozmawiali lub rozmawiali, Edvard przechodził z punktu A do punktu B, a następnie do punktu C... Dużo w tej opowieści zawiłości - pojawia się motyw wojenny, niezgody między braćmi, tajemnicą jest pochodzenie matki Edvarda. Trochę saga rodzinna, trochę kryminał, trochę głęboka opowieść o refleksji człowieka nad samym sobą. Problem gotowy, bo sagi rodzinne łatwo popadają w bylejakość, kryminał musi za to mocno chwytać za gardło i wciąż utrzymywać odpowiednie napięcie, a w refleksjach szybko można stracić na jakości. Płyń z tonącymi to pozycja, która nie stanowiła dla mnie żadnego wyzwania, nie byłam przy niej ani zrelaksowana, ani poruszona, ani gorąco zainteresowana rozwijającymi się zdarzeniami. Regularnie czytałam po kilkanaście stron i... tyle. Po opisie oraz recenzjach tej książki spodziewałam się czegoś niezwykłego, co otworzy mnie na coś nowego. Spodziewałam się nowej jakości, odkrycia, powieści, która dotknie we mnie czegoś, poruszy mnie. Doceniam sposób tworzenia narracji, bo pod tym względem książka jest naprawdę dobra. Bohaterowie są skonstruowani w logiczny sposób, każdy posiada własne cele, coś charakterystycznego; czuć tworzące się między nimi konflikty. Przewijający się przez powieść motyw drewna również przypadł mi do gustu, podobnie jak surowy, norweski klimat, który można poczuć w czasie czytania książki. To jednak za mało.

Nie mogłam wejść w tę książkę. Czy było za surowo? A może zbyt grzecznie, podręcznikowo? Brakuje mi w tym czegoś, jakiejś niesamowitej iskierki, szczegółu, który sprawiłby, że opowieść ta stałaby się naprawdę niepowtarzalna, dawałaby coś nowego, zmieniałaby cokolwiek w czytelniku. Nie trafiła do mnie lub ja rozminęłam się z nią. Widzę, że jest zrobiona w sposób przemyślany, ale to jedyne, co doceniam, ponieważ przed wejściem, zapuszczeniem, zagłębieniem się w tę historię coś mnie broni - niewidzialna tafla, która sprawiała, że całą treść przyjmowałam z perspektywy nieczułego widza, a nie zaangażowanego czytelnika.

Może ktoś, kto kocha sagi rodzinne lub lubi śledzić gry z kryminałem doceni tę książkę. Nie mogę jej odradzić. Nie mogę jej jednak polecić. Odstawiam ją na półkę, a w najbliższym czasie podam dalej. Może ktoś w niej coś znajdzie - jakąś wartość, jakiś rodzaj przyjemności. Ja, niestety, szybko i bez żalu o niej zapomnę.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU SMAK SŁOWA
Więcej o książce na stronie smakslowa.pl

piątek, 19 sierpnia 2016

ROK TEMU W SIERPNIU...

...czyli niezwykle wybiórcze i niemal całkowicie pozbawione komentarza zestawienie okładek, które ukazały się w sierpniu 2015. Jakie premiery książek miały miejsce rok temu?








Słyszałam dużo... różnych rzeczy o Wyspie potępionych. Nie miałam jeszcze okazji sięgnąć, ale może Wy powiecie mi coś więcej - warto? Jak być szczęśliwym i Złączeni bardzo mnie zainteresowali, ale i tak numerem jeden są Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Niestety - numerem jeden wśród nieprzeczytanych! Z zeszłorocznych sierpniowych lektur przeczytałam 450 stron, o czym możecie przeczytać we wpisie z relacją z Nocy Książkoholików.

Które pozycje czytaliście? Które polecacie? A może przeoczyłam jakąś ważną premierę z sierpnia 2015? Co warto mieć na półce, a w co zaopatrzyć się w bibliotece?

czwartek, 18 sierpnia 2016

LIDA, Aleksander Jurewicz






Tytuł: Lida
Autor: Aleksander Jurewicz
Data tego wyd.: listopad 2015
Wydawnictwo: Latarnia
Ilość stron: 120

Dwa słowa: powrót do...






Nie wiem, co jest tego powodem. Może fakt, że wychowałam się na wsi, może moje emocjonalne przywiązanie do pierwszego domu, w którym mieszkałam. Książki dotyczące dzieciństwa, małej ojczyzny zawsze bardzo mnie wzruszają. Ta nie była wyjątkiem.

Lida przyniosła Aleksandrowi Jurewiczowi największą popularność, stając się jedną z ważniejszych książek wydanych po 1989 roku. W 1991 roku została uhonorowana nagrodą Czesława Miłosza. Kilkuletni Alik nie rozumie, dlaczego opuszcza swój rodzinny dom. Jest 1957 rok, w ramach akcji repatriacyjnej zostaje wraz z rodzicami zmuszony do wyjazdu do komunistycznej Polski. Tak wyglądają nie tylko jego losy, ale też losy dziesiątek innych rodzin, których domem była Białoruś - polska, sowiecka, niemiecka, jeszcze raz sowiecka. Nie mają jednak wyboru. 

Nie wiem, co poruszyło mnie najbardziej: czy to, że jest to rzecz bardzo osobista, biograficzna, czy może konstrukcja tej niewielkiej książeczki. Spędziłam z nią dwa wieczory, siedząc na niewygodnym stołku w kuchni, nie mogąc oderwać od niej oczu. Wydawałoby się, że tak małą rzecz można po prostu przeczytać i odłożyć, ale Aleksander Jurewicz dobrze wykorzystał przestrzeń, strony. To opis z perspektywy dziecka, dla którego rodzinna wioska jest miejscem idealnym, niewinną, bezpieczną przestrzenią, w której każdy element ma swoje miejsce, w którym panuje ład. Wizja wyjazdu przeraża go, nie rozumie powodów tego przewrotu w jego życiu. To wspomnienia, relacja z przeprowadzki do obcego, z perspektywy dziecka wrogiego i nieprzyjemnego kraju. Ale w Lidzie czytelnik odnajdzie też głos dorosłego mężczyzny, który ocenia starania dziecka, przewiduje jego dalsze losy, wraca w końcu do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. To także poezja i wyimki z listów babci, tej, która została na Białorusi, gdy rodzina musiała wyjechać.

Jestem dotknięta, wzruszona tym, jak pięknie łączy się w tej książce przeszłość z teraźniejszością, w jaki sposób dorosły człowiek ocenia, trochę ze smutkiem, politowaniem, żalem, może nawet zazdrością, myśli i przeżycia dziecka. W przeżywaniu pomaga oszczędność słów, czuła metaforyka, język stylizowany na polszczyznę kresową, dzięki któremu natychmiast poczułam klimat tej historii - nostalgiczny, eteryczny. Podczas lektury czułam się tak, jakbym zaglądała do świata, którego już nie ma. Jakby ktoś uchylił przede mną rąbka jakiejś bardzo smutnej, bolesnej, ale już przepracowanej tajemnicy.

To rzecz bardzo osobista, a gdy czyta się wiersze umieszczone między fragmentami prozatorskimi, wszystko nagle staje się jasne i jeszcze bardziej znaczące. Aleksander Jurewicz nie pisze o tym, jak wyglądały przenosiny, ile trzeba było starań, ile wszystko trwało, jak wyglądał proces aklimatyzowania się. Skupia się na uczuciach, na emocjach, na wizjach pięcioletniego dziecka i na refleksji dorosłego człowieka, który już doskonale zna losy chłopca - bo jest nim sam. Dawno nie czytałam tak prostej, krótkiej, a jednocześnie poruszającej książki. To jeden wątek, jeden wyrywek z ludzkiej historii - ale jak istotny. Narracja zwraca uwagę na szczegóły, drobiazgi tworzące to, co nazywa się domem - gesty, proste elementy przestrzeni, rodzinne zwyczaje, cykl codzienności. I wydaje mi się, że można tę narrację powielać, dopasować do wielu całkiem odmiennych zdarzeń historycznych, okresów, do różnych rodzin i zupełnie niepodobnych do siebie dzieci - tych, które przeżyły właśnie coś takiego. Pożegnanie ze swoim, a wejście do obcego, nieznanego świata, który ma się stać nowym tłem do życia. Czas nie staje w miejscu - w listach babci wszystko toczy się dalej, ludzie rodzą się, żyją, umierają. I czy to nie jest najbardziej przerażające?

Lida to refleksyjna, poetycka, łagodna i tęskna opowieść. Miałam poczucie, że autor kieruje ją tylko... do mnie. W czasie lektury ma się wrażenie niesamowitej intymności. Zupełnie jakby obok mnie siedział żywy człowiek i opowiadał swoje losy. Przypomniałam sobie o swoim domu.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU LATARNIA
Więcej o książce na stronie latarnia.com.pl


JAK ZDOBYĆ KSIĄŻKĘ?
Dzięki uprzejmości wydawnictwa otrzymałam możliwość podzielenia się egzemplarzem Lidy Aleksandra Jurewicza z czytelnikami mojego bloga. Chcesz poznać tę historię?

Pozostaw pod tym postem komentarz. W treści: 
- podaj swój adres e-mail,
- napisz, z czym kojarzy Ci się... dzieciństwo.

Rozdanie zakończy się 28.08.2016 o północy.
O wynikach powiadomię pod zwycięskim wpisem oraz bezpośrednio przez e-mail. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

MĘŻCZYZNA W BIAŁYCH BUTACH, Waldemar Ciszak i Michał Larek






Tytuł: Mężczyzna w białych butach
Autor: Waldemar Ciszak i Michał Larek
Data wyd.: 3 sierpnia 2016
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 328

Dwa słowa: dreszcze, ciarki!






Mam problem z kryminałami, z sensacją - nie znalazłam jeszcze chyba formatu, który naprawdę by na mnie zadziałał. Tym razem wiedziałam jednak, że mogę na tę książkę liczyć, że będzie dobrze zrobiona. Dlaczego? Czytajcie dalej!

"Dusiciel" grasował na polskich blokowiskach w 1991 roku. Jego ofiarami byli nastoletni chłopcy. Często zaczepiał ich, gdy szli do szkoły, korzystając ze stałych sztuczek namawiał, by zaprowadzili go do swoich domów. Tam - gwałcił i mordował. Był postrachem, o którym Polska dowiadywała się m.in. z magazynu kryminalnego "997". Duet Ciszak i Larek stworzyli książkę, która łączy kryminał z dokumentem. Inspirując się prawdziwymi wydarzeniami, wychodzą poza gatunek - łączą reporterski zmysł z fikcją, prozą fabularną. Pokazują starania policjantów i zachowania mordercy, wskazują na reakcje przerażonych ludzi, a jednocześnie - przytaczają głos po latach, wspomnienia prawdziwych policjantów. Jak to się skończyło?
Postać przestępcy nabierała właściwości. Późno w nocy rysownicy z Wydziału Kryminalistyki sporządzili pierwszy portret pamięciowy. Był to obraz pucułowatego mężczyzny w średnim wieku, z wąsem, o wystających kościach żuchwy, z czapką na głowie.
- Dobry wujek, kurwa - podsumował jeden z policjantów.
Nigdy wcześniej nie czytałam książki kogoś, kogo znam - aż do teraz. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, szalenie pozytywne. Raz, że - jak wspomniałam - byłam przekonana, że dostanę świetny kawałek literatury, coś, co będzie doskonale przemyślane, dobrze zrobione. Używam tego słowa w pełni świadomie. Michał Larek prowadził w czasie moich studiów zajęcia, w czasie których mówiliśmy właśnie o tym - jak robi się dobre, zaskakujące, wpływające na odbiorcę rzeczy. Jak ominąć przypadek - nie tylko podczas robienia książki, ale też filmu czy serialu - i świadomie podejmować właściwe decyzje. Jak opowiedzieć historię. W Mężczyźnie w białych butach nie ma rzeczy przypadkowych.

Lubię wyciągać z książek jedną rzecz, jeden wątek, rozdział, element, który najmocniej się we mnie odcisnął, który został we mnie. W tym przypadku mam dwie takie uwagi, ale tylko o jednej mogę powiedzieć więcej. To sposób, w jaki zbudowano tę opowieść. Z jednej strony - poznajemy mordercę, stoimy przy nim, gdy czeka na chłopców, obmyśla plan. Z drugiej - śledzimy działania policji, wchodzimy za nimi do komendy, zbieramy z nimi materiały, przesłuchujemy świadków. Ale to nie wszystko. Pojawia się niepokój. W Mężczyźnie w białych butach dostajemy poszczególne nagłówki prasowe, dowiadujemy się o rozwoju informacji o sprawie w mediach. Niepokój narasta. Już nie tylko morderca, policja i media - ale też mieszkańcy miast, w których dochodzi do ataków. Emocje i uwaga mieszkańców blokowisk. Czy to koniec? Nie. Bo Mężczyzna w białych butach to nie tylko kryminał. To więcej, wciąż więcej. W kilku istotnych momentach proza fabularna urywa się, a na jej miejscu pojawia się - sprawozdanie, monolog, wspomnienie po latach. Głos otrzymują prawdziwi policjanci, którzy w latach dziewięćdziesiątych pracowali nad tą sprawą. Mówią o tym, co czuli. O tym, co zauważali. O tym, co działo się później.

Ta książka to wielka manipulacja. Nie używam tego słowa w złym znaczeniu, ale z zadowoleniem. Uśmiecham się. Zmiany perspektywy są fenomenalne, a czytelnik jest kierowany w taki sposób, by odczuwał jak największe napięcie. I tu pojawia się drugi element, który zrobił na mnie ogromne wrażenie - pewien fragment, który zmusił mnie do tego, by gorączkowo wertować książkę, przyglądać się datom i miejscom. Nie mogłam jedynie czytać, przejść do kolejnych zdań. Sama musiałam przekonać się, co się dzieje, odkryć, dlaczego, w jaki sposób!

Nie przemawiają do mnie kryminały, które bardzo intensywnie zagłębiają się w psychikę każdego bohatera, roztrząsając poboczne wątki. Nie przemawiają do mnie kryminały, które używają ciężkiego języka. Lubię czytać o robocie policjantów, ale lubię też, gdy mogę towarzyszyć mordercy w jego działaniach. Gdy nie jestem pewna, czy mu się uda, czy nie. W tej książce czytelnik otrzymuje dość, by nieustannie zachowywać pełną uwagę. To propozycja na jeden, dwa dni. Połyka się ją w całości, nie można się od niej oderwać. Powody? Świetne, żywe, a przede wszystkim naturalne dialogi, krótkie fragmenty, dzięki czemu akcja ma tempo, a kolejne etapy działań poznajemy z kilku perspektyw. Poza tym autorzy nie zapomnieli o tym, by umieścić historię w realnym świecie - stąd gładko wplecione informacje o tym, co dzieje się w polityce, mediach w tym czasie. Właśnie to na mnie działa. Intensywny sposób przekazania historii, autentyczny język i bohaterowie, zaskakujące rozwiązanie łączące reportaż z prozą fabularną, umieszczenie na końcu książki wycinków prasowych, których fragmenty pojawiają się w powieści. Wspominałam, że rzecz dzieje się w Polsce, w największych miastach? Gdy czytałam w Mężczyźnie w białych butach o poznańskich Ratajach, czułam prawdziwy dreszcz. Chcę więcej.

Czytać? Czytać. Bez zastanowienia, bez wątpliwości, za to z dużym kacem po odłożeniu. Mój egzemplarz jest brzydki, pozaginany i pokreślony. Nieczęsto robię takie rzeczy z książkami - tylko wtedy, gdy muszę. W tym przypadku nie mogłam się powstrzymać. Bawiłam się świetnie jako czytelnik, a jednocześnie z szerokim uśmiechem na ustach rozkładałam sposób opowiedzenia historii na części pierwsze. To bardzo smaczna pozycja!

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI AUTOROM 
I WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA
Więcej o książce na stronie czwartastrona.pl

środa, 10 sierpnia 2016

PODDAJĘ SIĘ. ŻYCIE MUZUŁMANEK W POLSCE, Anna J. Dudek







Tytuł: Poddaję się. Życie muzułmanek w Polsce
Autor: Anna J. Dudek
Data tego wyd.: 2016
Wydawnictwo: PWN
Ilość stron: 240

Dwa słowa: o kobietach







Czytałam już o arabskich księżniczkach, o tym, jak wygląda życie bajecznie bogatych muzułmańskich kobiet zamkniętych w przepięknych pałacach i co wiedzą o życiu pozostałych, ubogich i borykających się z licznymi problemami. Wynik był niejednoznaczny, a książkę polecałam, choć bez szczególnego entuzjazmu. Tym razem jesteśmy jednak na własnym podwórku. Tym razem widzimy muzułmanki w Polsce. Jakie było to spotkanie?

Konwertytki, Tatarki, uchodźczynie, mieszkające w Polsce Bośniaczki i Irakijki... Poddaję się to reportaż, w którym głos mają kobiety, muzułmanki - pochodzące z odmiennych środowisk, różniące się wiekiem, stylem życia, doświadczeniami. Mówią o tym, jak wygląda ich życie, praca i związki, z jakimi problemami muszą mierzyć się każdego dnia. Mówią o dyskryminacji, feminizmie i przyszłości. Anna Dudek pyta je o związki, seks, rodzinę oraz spełnienie. Pyta również teologów i arabistów - rozbijając stereotypy i rzucając światło na to, czym islam jest, a czym nie.

O tym, jak trudna i ważna jest ta książka przekonałam się wtedy, gdy usiadłam do pisania recenzji i zaczęłam się zastanawiać - skąd ten tytuł? Dlaczego Poddaję się, skoro w czasie lektury odnosiłam wrażenie, że głos zaproszonych do rozmów kobiet jest silny i pewny? Może właśnie po to, żeby przypominać czytelnikowi o tych fragmentach, w których kobiety opowiadają o swoich problemach, o niezrozumieniu ludzi, o wytykaniu palcami, o poczuciu osaczenia, atakach - nie tylko słownych. Jeśli mam wskazać najmocniejszą część tej książki - muszę pokazać waśnie to. Z jednej strony obrastałam w zrozumienie i ogromny szacunek, odkrywałam nowe znaczenie feminizmu według muzułmanek i jeszcze mocniej rozumiałam ich punkt widzenia, to, jak ważna jest dla nich wspólnota, rodzina, religia, szacunek i spokój. Z drugiej jednak - te dobre rzeczy są zderzone ze światem, w którym za to, że jest się wyznawcą innej religii niż dominująca, człowieka spotyka mobbing, mnożenie nielogicznych przykrości. Później przeczytałam jeszcze ten tekst, który bardzo dobrze przedstawia reportaż. I już wiem. Już doskonale wiem, dlaczego tytuł jest taki, a nie inny. I nigdy tego nie zapomnę.

Wiele perspektyw - chyba tak najlepiej określić, czym jest ta pozycja. Pojawiają się wypowiedzi kobiet, które urodziły się w rodzinach muzułmańskich, ale także tych, które zmieniły religię po latach życia w rodzinach katolików lub ateistów. Pojawiają się wypowiedzi kobiet, które urodziły się w Polsce, ale także tych, które przybyły tu uciekając przed wojną lub szukając swojego miejsca. Są wypowiedzi kobiet niezamężnych oraz tych, które mają mężów - konwertytów lub muzułmanów z urodzenia, przebywających w Polsce lub za granicą. W jednej książce udało się więc zamknąć naprawdę wiele historii, a ja nie mogłam się od nich oderwać. Przeczytanie tej książki zajęło mi zaledwie kilka godzin - otworzyłam ją rano, skończyłam w południe. Nie chciałam przerwać. Nie miałam powodu, żeby to zrobić. To bardzo dobry temat, świetnie zebrany materiał i ciekawie zrobiona narracja. Pojawia się nie tylko zapis rozmów, ale też cofanie się w przeszłość, przytaczanie obszernych fragmentów dotyczących samego islamu czy życia proroka Mahometa. I o ile te ostatnie w niektórych momentach były jednak zbyt długie, muszę przyznać, że nie ma trudnego pojęcia, które nie zostałoby objaśnione. Pomagają też fragmenty rozmów ze znawcami islamu, z teologami - oni prezentują bardziej naukowe podejście, wyjaśniają rzeczy sporne. Po lekturze tej książki można więc nie tylko zrozumieć różnicę między halal a haram, ale też pojąć istotę islamskich wspólnot i częstych rozbieżności między interpretacjami Koranu.

W jakiś sposób moje spojrzenie na islam się powiększyło. Na pewno bardziej niż po lekturze nużących książek o życiu arabskich księżniczek. Tym razem mówiły do mnie kobiety, które mogłabym minąć na ulicy. Opowiadają o wielu rzeczach i nie we wszystkich się zgadzają. Ja dzięki tej pozycji otrzymałam zupełnie inne spojrzenie m.in. na hidżab, temat w ostatnim czasie niezwykle gorący. Wydaje mi się, że w wielu kwestiach liczy się intencja i jeśli kobieta nosi chustę z własnej woli, ponieważ czuje się dzięki temu wyzwolona od krytycznych spojrzeń, oceniania przez pryzmat urody i seksualności, to jest to w porządku. Takie głosy pojawiały się w książce. Pojawił się też głos mężczyzny - męża, który sprzeciwia się temu, by kobieta nosiła hidżab na polskich ulicach, bo wie, że może się to dla niej skończyć nieprzyjemnościami. Zaczyna się w mojej głowie pojawiać zupełnie nowa przestrzeń feminizmu, bo kobiety w tej książce przedstawiają taki punkt widzenia, który wskazuje mi na miejsca, o których wcześniej nie pomyślałam. A, niejako dla wyrównania osi, dla wskazania ogromnych różnic, Anna Dudek rozmawia też z salafitką, przedstawicielką radykałów. I, znów, w mojej głowie pęcznieją dalsze pytania. Czuję po tej lekturze ogromny niedosyt, ale nie dlatego, że jest to rzecz źle zrobiona. Moim zdaniem jest na odwrót - dzięki temu, że zrobiono tę książkę tak, a nie inaczej, ja chcę szukać dalej.

Co jest wspólne? Myślę, że tym, co łączy wszystkie osoby, do których dotarła autorka książki, jest jasny komunikat: prawdziwy islam nie pochwala terroryzmu, nie namawia do niego, nie dąży do niego. Wykorzystanie słów Koranu do własnych celów jednej grupy nie oznacza, że każdy muzułmanin jest zły. Muzułmanie to ludzie, którzy chcą pracować, zakładać rodziny; którzy chcą być szczęśliwi. Muzułmanie to nie "obcy" - część z nich to Polacy. Koniec kropka. Tu się urodzili, tu wychowali, tu chodzili do szkół. Nie mają dokąd iść, bo tu jest ich dom. A kobiety? Te kobiety, z którymi rozmawiała Anna Dudek, jasno wyznaczają granice, przedstawiają logiczne argumenty, wskazują na dobre i złe strony rzeczy, o których mówią. Są różnorodne i interesujące.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI KSIĘGARNI BOOK MASTER
Więcej o książce na stronie bookmaster.com.pl

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

MATILDA, Roald Dahl







Tytuł: Matilda
Autor: Roald Dahl
Data tego wyd.: 2016
Wydawnictwo: Puffin
Ilość stron: 246
Uwagi: książka w języku angielskim

Dwa słowa: książki górą!





Przeczytałam zaledwie parę drukowanych tekstów po angielsku. Kryminał Agathy Christie, fragmencik Harry’ego Pottera, kilka artykułów w anglojęzycznych czasopismach. Mam jednak ciągły kontakt z językiem w Internecie – dawno już przestałam zwracać uwagę na to, czy wchodzę na serwisy polskie czy angielskie. Nie wszystkie słowa rozumiem, to jasne. Niekiedy dłużej zastanawiam się nad sensem zdania, oczywiście. Nie bałam się jednak tej książki.

Matylda to niebanalna dziewczynka. Choć jej rodzice tego nie zauważają, już w wieku pięciu lat nie tylko pięknie się wypowiada, używając wielu trudnych nawet dla dorosłych słów, ale też czyta największych klasyków literatury: Hemingwaya, Dickensa, Steinbecka. Nie ma również problemów z rozwiązywaniem w pamięci zaawansowanych działań matematycznych. Nie może liczyć na to, żeby któryś z otaczających ją dorosłych docenił jej wiedzę i umiejętności, dlatego niekiedy używa swojej ponadprzeciętnej inteligencji do tego, by dać im nauczkę. Pewnego dnia Matylda idzie po raz pierwszy do szkoły. Tu okazuje się, że może istnieć ktoś gorszy niż jej rodzice – dyrektorka! Ale niezwykłość Matyldy nie kończy się na jej inteligencji. Odkrywa w sobie tajemniczą psychiczną siłę. To dzięki niej może stanąć do walki z ograniczonymi, pozbawionymi wrażliwości dorosłymi. Premiera książki miała miejsce w 1988 roku.

Po raz pierwszy poznałam Matyldę z filmie reżyserowanym przez Danny’ego DeVito. W tytułową postać wcielała się Mara Wilson, a cała historia była tak urocza, że nie mogłam się od niej oderwać. Podobnie jest w przypadku książki. Bariera językowa? Dopiero po pięćdziesięciu stronach zorientowałam się, ile już przeczytałam - byłam tak pochłonięta lekturą, że przestałam zwracać uwagę na szczegóły. Matilda to książka, moim zdaniem, idealna dla dzieci, młodzieży i... dorosłych. Świetnie bawiłam się w czasie lektury, byłam mocno poruszona przedstawionym w książce obrazem rodziców bohaterki, jej środowiska. Łatwo poczuć do niej sympatię, a fragmenty dotyczące tego, jak czyta książki i jak na nie reaguje - to coś niepowtarzalnego. Jest w tym niezwykły czar, lekkość i bardzo subtelny humor, który trzeba pokochać. Sam dobór nazwisk - Trunchbull, Wormwood, Honey - mówi wiele. Ale Roald Dahl (którego znam już z Charliego i Fabryki Czekolady) posiada też talent do tworzenia niezwykle smacznych, wyrazistych dialogów, do bardzo poufałego zwracania się w kierunku czytelnika. Odnoszę wrażenie, że nieustannie wskazuje na pewne elementy palcem, puszcza oczko.
The books transported her into new worlds and introduced her to amazing people who lived exciting lives. She went on olden-day sailing ships with Joseph Conrad. She went to Africa with Ernest Hemingway and to India with Rudyard Kipling. She travelled all over the world while sitting in her little room in an English village.
To pozycja piękna i inspirująca, ale nie porywa w sposób burzliwy, nagły, nie chwyta czytelnika za gardło i nie zmusza do siedzenia przy książce do późnej nocy. To ten typ lektury, który przyjemnie otula, obejmuje, koi nerwy, wprowadza dobry nastrój. Miło jest sięgnąć po tę pozycję wieczorem, by odłożyć ją bez strachu przed snem i wrócić do niej kolejnego dnia. Jest w niej szczypta magii, ale też wiele smutku - przerysowany świat dorosłych jest odrzucający, wulgarny i brutalny. To wyolbrzymione wady - ale wady, które można dostrzec w realnym świecie. Choć więc zazwyczaj rodzice nie nazywają wprost swoich dzieci debilami i idiotami, niejednokrotnie zdarza się im przecież ignorować swoje pociechy lub zbywać je półsłówkami. Choć nie każdy dyrektor rzuca dziećmi przez płot, często szkoła jest miejscem, które trudno polubić. Myślę, że śmiałam się równie często jak krzywiłam z jakiejś rozbudzającej się we mnie niezgody.

Matilda to nie tylko dobry tekst, to także fantastyczne ilustracje, których autorem jest Quentin Blake. Nadają całości klimat. Bardzo podobało mi się to, że książka posiada specjalną stronę na... podpis właściciela! Równie urocze było przedstawienie wszystkich bohaterów - na samym początku obok ilustracji pojawiało się czytelne imię i nazwisko. Myślę, że dzięki temu lekturę docenią najmłodsi. To sprawia, że w jakiś sposób jest bliższa, bardziej komunikatywna. Dodajmy do tego wyrazistych bohaterów - dobrzy są dobrzy, a źli są źli - oraz barwny język i sytuacje doskonale znane z życia (komunikacja między rodzicami a dziećmi, trudne początki w szkole). Dahl dodał do tego sporo fantazji, dowcip, odrobinę goryczy.

Polecam tę książkę. Ja czytałam ją w oryginale, nie wiem więc, jak wypada tłumaczenie. Jeśli chodzi o angielski - jestem przekonana, że każdy z umiarkowaną znajomością języka poradzi sobie z lekturą.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI KSIĘGARNI BOOK MASTER
Więcej o książce na stronie bookmaster.com.pl

sobota, 6 sierpnia 2016

Podsumowanie lipca

Pięć przeczytanych książek? Zaledwie dziesięć postów na blogu? Mam ochotę krzyknąć na siebie: "Hej, dziewczyno, co jest nie tak!?". Ale nie krzyczę. Nie muszę, bo wszystko, co miałam do powiedzenia - już napisałam. Ciekawi? Sprawdźcie TEN wpis.


WYCZYTUJĘ DOMOWE ZAPASY KSIĄŻEK

1. Studium w szkarłacie, Arthur Conan Doyle

POZA WYZWANIEM

2. Euforia, Lily King 
3. Matilda, Roald Dahl - RECENZJA NIEBAWEM
4. Pinokio, Carlo Collodi 
5. Wielka księga kaca, András Cserna-Szabó, Benedek Darida

NA BLOGU POJAWIŁY SIĘ TAKŻE...

Rok temu w lipcu
> Wydarzenia (nie tylko) książkowe
> Zacznij od dziś, Patel Meera Lee 
> Filmy: Fantastyczna czwórka
> Dlaczego czasem nie chce mi się czytać?

WAŻNE W LIPCU

 

Zaczęłam oglądać serial! Po nadrobieniu Agentów Tarczy postawiłam na coś nowego. Mr Robot wciąga, trochę przeraża, rzadziej bawi. Póki co nie powiem nic więcej, bo jestem dopiero w połowie sezonu. No, może tylko tyle, że czekam wstążeczki, bo to bardzo smaczny wątek - kto wie, ten rozumie.

Lipiec był też dla mnie odświeżeniem filmu, który uwielbiam, bo... bo tak. Po pół roku namiętnego oglądania wszystkich części Parku Jurajskiego nadszedł czas na równie namiętny powrót w ramiona Indiany. Och! Indiana! (Tak, jestem nim oczarowana, jasne, widzę wszystkie wady, ale kogo to obchodzi?)


PLANY NA SIERPIEŃ

W kolejnym miesiącu chciałabym wyczytać z własnych zapasów:
> Analfabetka, która potrafiła liczyć, Jonas Jonasson (W kolejce już trzeci miesiąc!)
> Znak czterechArthur Conan Doyle

Sierpień to także premiera książki, której gorliwie kibicuję. O Mężczyźnie w białych butach przeczytacie więcej TUTAJ, a u mnie w tym tygodniu zawiśnie recenzja. Jaka? Zdradzę, że pozytywna - ale namawiam, sprawdźcie sami, co mnie urzekło.

W tym miesiącu muszę się także wybrać do kina! Kto zgadnie - na jaki film? I... jak Wam minął miesiąc? Koniecznie dajcie znać.

środa, 3 sierpnia 2016

PINOKIO, Carlo Collodi







Tytuł: Pinokio (Le Avventure di Pinocchio)
Autor: Carlo Collodi
Data tego wyd.: maj 2016
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 224

Dwa słowa: piękna klasyka





Są takie historie, których bardzo nie lubiłam będąc dzieckiem, ale parę lat później - doceniłam. Po tę konkretną nigdy nie musiałam sięgnąć w szkole, więc jej historia zawsze była mi trochę obca. Ale - stało się. Przeczytałam. Jak to się skończyło?

Dżepetto stworzył pajacyka. Nie była to jednak zwykła zabawka - pewnego dnia kukiełka ożyła i... zaczęła rozrabiać. Pinokio okazał się chłopcem nieposłusznym i naiwnym, nieustannie wciąganym w kłopoty lub będący ich prowokatorem. Choć Gadający Świerszcz i kochająca Pinokia Wróżka starają się wyjaśnić mu, dlaczego pewnych rzeczy nie powinien robić, musi wydarzyć się wiele nieoczekiwanych zdarzeń, by Pinokio odkrył, kim jest. Zbóje, wieszanie pajacyka na gałęzi Wielkiego Dębu, wyspa Zmyślnych Pszczół, Kraina Zabawy - to tylko część jego przygód. Pinokio jest historią o odróżnianiu dobra od zła, poznawaniu przyjaciół i wrogów.

Pozornie to historyka nieco infantylna, banalna. Miejscami zastanawiająca. Niekiedy wywołująca zaskoczenie i niepokój. Nigdy nie była częścią mojego życia, a po raz pierwszy odkryłam ją dopiero w czasie praktyk w szkole podstawowej, gdy omawiałam ją razem z klasami, w których prowadziłam zajęcia. Co się okazało? Cóż... uczniowie kochają tę książkę! Byłam tym zdziwiona, dopóki nie postanowiłam spojrzeć na nią inaczej niż z punktu widzenia dorosłego. Co widzą dzieci? Bohatera podobnego do nich - poszukującego prawdy i siebie, robiącego wiele głupiutkich rzeczy, nie zawsze rozumiejącego zasady rządzące światem. Widzą też mnóstwo dobrej akcji, prawdziwą przyjaźń, która jest w stanie wybaczyć wszystko, a w końcu - nagrodę. Nic dziwnego, że historia ta broni się sama. Trudno powiedzieć o niej coś nowego. Może dla niektórych jest za bardzo moralizatorska, może inni westchną i powiedzą, że przecież jest tyle dobrych, nowych pozycji, które osadzają akcję we współczesnym, bliskim dzieciom świecie... Okej, jasne. Pinokio nigdy nie będzie moim ulubieńcem, ale jest to pozycja w jakiś sposób magiczna. I widzę to nawet ja, choć miałam okazję poznać tę historię tak późno.

Jak wspomniałam - historia broni się i sprzedaje sama. A jak wypada to wydanie? Muszę przyznać, że... miło jest mieć tę książkę na półce. Twarda oprawa, nieco większy, brulionowy format, dzięki któremu tekst oddycha - dużo wolnej przestrzeni wokół ułatwia czytanie, na pewno jest też bardziej przejrzyste dla młodszego odbiorcy. Na pochwałę zasługuje gruby, dobry jakościowo papier, wyraźne litery. To wszystko sprawia, że podział na kolejne rozdziały i cząstki od razu jest jasny. Warto dodać, że to książka szyta - wytrzyma więc wiele. Wydanie to zawiera oryginalne, minimalistyczne ilustracje Carlo Chiostriego - najlepiej znane rysunki towarzyszące tej książce. Są proste, surowe, wykonane czarną, pewną kreską. Zostawiają ogromne pole wyobraźni - nie dziwi więc mnie ich popularność. Całość zamyka posłowie dr Katarzyny Foremniak z Uniwersytetu Warszawskiego. Objaśnia ona, jak powstał Pinokio, jakie były jego wydawnicze losy i dlaczego nieustannie jest tak popularny. A tłumaczenie? Krystyna i Eugeniusz Kabatcowie spisali się, moim zdaniem, na medal. Czyta się to lekko, przyjemnie - słowa płyną, kolejne postaci, następne zdarzenia gładko pojawiają się i znikają.

W posłowiu dr Foremniak pyta, jak powinno się czytać Pinokia. Natychmiast odpowiada sobie, że powinno się go czytać... wielokrotnie. Czy mogę coś dodać? Cóż, może tylko tyle, że chętnie sięgnę po inne piękne wydania klasyki, jakie proponuje Vesper. Lubię dobrze wydane książki.


KSIĄŻKĘ OTRZYMAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU VESPER

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...