poniedziałek, 31 października 2016

KOBIETY W MAFII, Milka Kahn i Anne Veron






Tytuł: Kobiety w mafii (Des femmes dans la mafia)
Autor: Milka Kahn i Anne Veron 
Data I wyd.: 2015 (PL: październik 2016)
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 256

Trzy słowa: walka o siebie





Kogo nie ciekawią historie największych organizacji przestępczych? Nawet jeśli nie śledzimy z uwagą dat i nie dopingujemy dobrej stronie mocy, słowo "mafia" działa jak zaklęcie. Przypomina największe kinowe hity, przynosi na myśl niewyobrażalne sumy pieniędzy. Ale co tak naprawdę znajduje się po drugiej stronie?

Kobiety w mafii - matki, żony i córki, w powszechnej myśli przede wszystkim ofiary, niekiedy osoby pełniące funkcję milczących świadków największych przestępstw. Czy dopuszczane do wielkiej władzy? Niekoniecznie. Do informacji? To już prędzej. Kim jednak są? Czy tylko wizytówkami mafiozów, pośredniczkami między więzieniem a pozostałymi na wolności przestępcami? Milka Kahn i Anne Veron zbierają historie kobiet cosa nostry, ndranghety i kamorry. Każda z nich w pewnym momencie swojego życia postanawia zerwać z rodziną mafijną. Dlaczego? I czy to w ogóle możliwe?
Pójście na współpracę przez kobietę znaczy więcej, niż kiedy współpracuje mężczyzna, gdyż kieruje uwagę na rolę odgrywaną przez kobiety w organizacji mafijnej i w rodzinach. To bardzo istotna rola, często niedostrzegana, ale fundamentalna dla dziedziczenia przestępczej władzy: kobiety są strażniczkami zasad.
Konstrukcja tej książki jest bardzo prosta, oczywista i przez to niezwykle intrygująca. Między częścią z wprowadzeniem a krótką uwagą o pseudoemancypacji kobiet zbudowano trzy rodziały - każdy dotyczący innej włoskiej organizacji przestępczej. Autorki zaprezentowały cztery sylwetki kobiet w cosa nostrze, trzy w ndranghecie oraz pięć z kamorze. Są tu historie młodych dziewczyn, ale też tych kobiet, które o odejściu z mafii zadecydowały już w pełni wieku, mając na uwadze szczęście swoich dzieci. Są tu córki, siostry, żony i kochanki - i nie można opowiadać o nich bez wspominania o tych funkcjach, ponieważ kobieta w mafii jest określana właśnie przez ich pryzmat. Jeśli jesteś siostrą, musisz wspierać braci, jeśli jesteś żoną, nie możesz decydować o swoim życiu, a jeśli postanowiłaś być kochanką - zginiesz.

W jaki sposób traktować tę książkę? Nie jest to na pewno pełen przegląd przez charakterystykę mafii, bo nie taki jest jej cel. Nie jest to też wyczerpujące kompedium roli kobiet w organizacjach przestępczych oraz ich emancypacji. Siła tej pozycji tkwi w jej fragmentarycznej budowie i w tym, że mechanizmy czytelnik poznaje na konkretnych, pojedynczych przykładach. Autorki uogólniają swoje sądy tylko w jednym - niejednokrotnie wspominając o tym, że choć to mężczyźni rządzą mafią i mają w niej czynny udział, kobiety od zawsze pełniły funkcję scalającą, motywującą i wspierającą. To one, jeśli wszystko inne zawodziło, swoimi żalami i zeznaniami na sali sądowej doprowadzały do tego, że młody zdrajca odmawiał chęci dalszej współpracy z wymiarem sprawiedliwości, one odpowiadały za wychowywanie dzieci w pragnieniu zemsty, gdy ojciec i wujowie ginęli lub byli aresztowani. One też krążyły między swoimi ojcami i mężami, przekazując ich rozkazy poszczególnym członkom organizacji. Nie miały prawa do głosu, musiały być całkiem podporządkowane, a jeśli któraś z nich zdradziła męża, samosąd musiał być dokonany właśnie przez jej braci - po to, by zmazać hańbę z rodziny. A jednak były częścią mechanizmu, znały organizację od środka. Kobiety w mafii to studia pojedynczych losów. Nie analizuje się tu charakteru każdej z kobiet, ale przedstawia w sposób jednocześnie prosty i szczegółowy ich życiorysy. Gdzie się urodziły? W jakim środowisku się wychowały? Kiedy po raz pierwszy miały kontakt z mafią, kiedy zaczęły dostrzegać swoją tragiczną sytuację? Kiedy - w końcu - doszło do tego, że zwróciły się do wymiaru sprawiedliwości? Ale ich historie nie kończą się tutaj - tak naprawdę dopiero się rozpoczynają. Decyzja, by otworzyć się i zeznawać, jest równoznaczna z odzyskiwaniem lub budowaniem własnej tożsamości, z oduczaniem się mafijnych zasad.

Co je motywuje? Często powodem odwrócenia się od rodziny jest... rodzina. Obawa o zdrowie i życie dzieci, o własną przyszłość, chęć rozpoczęcia nowego rozdziału, odcięcia się od gwałtownego męża. Czyta się tę książkę z ogromną ciekawością, bo chociaż mechanizm jest podobny, to jednak losy każdej z kobiet są różne - inne są ich doświadczenia, moment zawahania, a także przeżycia związane z okresem zeznań i tworzenia nowego życia. Autorki nie są gołosłowne - ważniejsze fakty popierają datami, uwagami śledczych, archiwami, materiałami z dzienników. Niekiedy przytacza się słowa samych kobiet, fragmenty z ich zeznań lub pamiętników. Ale prawo głosu mają też inni - wierni mafii najbliżsi, dzieci oraz prokuratorzy współpracujący z kobietami. Na tle dużych wydarzeń z życia organizacji przestępczych rozgrywają się indywidualne zdarzenia kobiet - i kiedy w pewnym momencie dochodzą do wniosku, że ich szczęście jest istotniejsze od woli mafii, zaczyna się ich walka o przetrwanie. Groźby, ataki, wyparcie rodziny, w końcu fizyczne niebezpieczeństwo i psychiczne napięcie - oto, co pozna czytelnik sięgający po Kobiety w mafii. Choć na książkę składają się miejsca, daty, nazwiska i funkcje, z faktów budowany jest obraz kobiet z krwi i kości.

Polecam nie tylko osobom, które kochają opowieści na faktach czy tym, którzy badają emancypację kobiet. To kawałek płynnie złożonej w słowa, pouczającej historii. To coś bardzo smacznego, choć odczuwa się - jeszcze w czasie lektury - duży niedosyt. Czym jest wywołany? Nie jestem pewna. Może wynika z tego, że z każdym z przeczytanych rozdziałów rośnie świadomość, jak bardzo prawdziwe są to wyznania i jak wiele zostaje jeszcze tajemnicą.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU MUZA
Więcej o książce na stronie muza.com.pl

sobota, 22 października 2016

#bookish: MÓJ HARRY POTTER + konkurs z różdżkami

Mieszkaliśmy jeszcze wtedy z dziadkami, mogłam więc mieć najwyżej 9-10 lat. Pamiętam szkolną bibliotekę - niezbyt przyjemną. Wejście tam wymagało ode mnie ogromnej determinacji i nie każda książka na to zasługiwała. Pamiętam też taką scenę: wychodzę z sypialni, po omacku idę do kuchni, na ślepo jem przygotowaną przez mamę czy babcię kanapkę. Nos mam w książce. Nie mogę się od niej oderwać - nie chcę tego robić.

Siedem tomów później nadal czekam na list. Na jedyny taki list - z Hogwartu. Myślę, że my, dzieci wychowane na Harrym Potterze, zawsze będziemy czekać na swoje listy.


Mój zbiór książek związanych z Potterem? To przede wszystkim polskie wydania z ilustracjami Mary GrandPré. Mam również dwie inne wersje pierwszego tomu - angielską i z ilustracjami Jima Kaya. Do tego podręczniki - Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Quidditch przez wieki - oraz Baśnie Barda Beedle'a. Moją kolekcję uzupełnia kilka opracowań. Nie ma tego na zdjęciu, ale mam również Harry'ego Pottera i Przeklęte Dziecko - w wydaniu angielskim i polskim, które czeka na odbiór w księgarni. Pod choinką mam nadzieję znaleźć drugi tom - ilustrowany przez Kaya lub w wydaniu anglojęzycznym. Powiedzieć, że kocham te książki...? Nie, to za mało!

Nie zapominajmy o różdżce. Czarodziej bez różdżki? To niemożliwe!



Odszukałam w starych, zakurzonych pudłach cztery różdżki, które czekają na swoich właścicieli. Wykonałam je własnoręcznie - wierzcie lub nie, ale wystarczył papier, gorący klej, farby akrylowe i nieco pozytywnej magii. Myślę, że czas, by każda z nich znalazła swojego czarodzieja.

Jak zdobyć różdżkę?


To bardzo proste - wystarczy zostawić komentarz. Podaj w nim swój adres e-mail, żebym mogła się z Tobą skontaktować. Napisz też, która różdżka/które różdżki Ci się podobają (numer ze zdjęcia poniżej). Napisz też Twoje ulubione zaklęcie lub Twój dom z Hogwartu. (Hufflepuff pride!)

Rozwiązanie 31 października o 20.00.

Obserwuj mojego bloga, polub też mnie na Facebooku i Instagramie - to nie jest konieczne, ale bardzo miłe. ;) Zostaje mi tylko życzyć... powodzenia! Koniec psot!


piątek, 21 października 2016

ROZDARTA ZASŁONA, Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński)






Tytuł: Rozdarta zasłona
Autor: Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński
Data wyd.: 12.10.2016
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 304

Trzy słowa: dowcipna i inteligentna






Lektura Tajemnicy Domu Helclów zostawiła mnie z ogromnym apetytem na więcej. Byłam oczarowana XIX-wiecznym Krakowem, postacią aktywnej i ciekawskiej profesorowej Szczupaczyńskiej, jej prostego w obyciu męża, poddanej presji służbie. Zagadka kryminalna była zbudowana gładko, a cała powieść składała się ze smakowitych, społeczno-obyczajowych kąsków. Pozwólcie, że uprzedzę fakty – Rozdarta zasłona była jeszcze lepsza.

Profesorowa Szczupaczyńska jest zdruzgotana i niezadowolona – przyuczana do służby Karolcia z dnia na dzień złożyła wymówienie, na dodatek nie bezpośrednio. Zbliża się Wielkanoc i w domu Szczupaczyńskich nie ma jednak czasu na żale – trzeba przygotować ciasta i wysprzątać pokoje. Niedługi czas później Wisła wyrzuca na brzeg zwłoki młodej dziewczyny, a profesorowa nie ma wyboru – musi pomóc w znalezieniu mordercy. Od tego zależy spokój miasta!

Dlaczego Rozdarta zasłona jest lepsza? Są dwa powody. Po pierwsze – to doskonałe kontynuowanie klimatu, energii i dowcipu, jaki znam z Tajemnicy Domu Helclów. Po drugie – Maryla Szymiczkowa postarała się o to, by nie powtarzać wzorca, ale zaproponować coś diametralnie innego. Czy to możliwe? Owszem! Ponieważ poznałam już wszystkich bohaterów oraz najważniejsze prawa rządzące życiem Szczupaczyńskich, w tę akcję mogłam wejść z przytupem, co – całe szczęście – miało miejsce. Bez wstępów, bez owijania w bawełnę, bez uprzejmości – po otworzeniu książki czytelnik natychmiast znajduje się na miejscu zbrodni, a pierwszy rys intrygi pojawia się już po kilkunastu stronach. Nie było przygotowywania, przypominania sobie zdarzeń z pierwszego tomu. Wręcz przeciwnie, poczułam niesamowitą, energetyczną ciągłość, co pozwoliło mi na mocne przeżywanie tego morderstwa i tej sprawy kryminalnej. Szczupaczyńska wie już, że posiada pewne umiejętności, dlatego nie waha się z nich skorzystać – nie, gdy sprawa jest tak delikatna i ważna!

I tu zaczynają dziać się rzeczy niesamowicie pociągające, choć straszne. Okazuje się bowiem, że ogląd Szczupaczyńskiej na Kraków był – delikatnie rzecz ujmując – bardzo wyidealizowany. Tymczasem w Rozdartej zasłonie skończyła się zabawa w zbieranie funduszy na cele dobroczynne i przypadkowe ploteczki. W tym tomie profesorowa Szczupaczyńska nie ma czasu nawet na robienie konfitur (sic!). Nauczona na błędach własnych, przeszkolona za pośrednictwem fragmentów kryminalnych z gazet czy książek, których matrona taka jak ona czytać nie powinna, pokazuje w pełni, jak powinno się prowadzić śledztwo – nie zapominając przy tym o odpowiednim sprawianiu pozorów. W moim odczuciu książka ta jest bardziej poważna, cięższa niż pierwszy tom. Nie brakowało fragmencików przetkanych ironią, zręcznych określeń, które wytykały przywary, wskazywały na słabe cechy postaci, ich wady. Oczywiście najważniejszą bohaterką przedstawioną w odrobinę groteskowy – choć nadal prawdopodobny – sposób jest Zofia Szczupaczyńska. Tym razem pojawiło się jednak więcej domowników profesorowej: jej mąż i – oczywiście – zaufana, mądra służąca.
– Ludzie wstydu nie mają, zabijać się niemalże w Wielkanoc – skomentował Ignacy, nie podnosząc nawet wzroku znad talerzyka z mazurkiem. – Ale przynajmniej – rzuciła usprawiedliwiająco – zrobił to z dala od bliskich, którzy zawsze będą mogli powiedzieć w towarzystwie, że skonał na anewryzm albo postrzelił się, czyszcząc broń.
Im dalej, tym ważniejsze miejsce zajmują kwestie społeczno-obyczajowe, z kwestią kobiecą na czele. Książka pojawiła się w momencie dla niej stworzonym, gdy o prawach kobiet, wolności i feminizmie mówi się we wszystkich mediach. Jak wyglądało życie kobiet w Krakowie pod koniec XIX wieku? Dlaczego, zdaniem ówczesnych lekarzy, dziewczynki nie powinny się uczyć? Och, na to ostatnie odpowiem – ponieważ krew w takim przypadku dochodzi do mózgu, a nie do jajników, co kończy się bezpłodnością. Logiczne, prawda? Rozdarta zasłona rozgrywa się w roku, gdy pierwsze trzy kobiety dostały zgodę na podjęcie studiów w charakterze hospitantek! Szczupaczyńska sama poznaje jedną z aktywistek, które otwarcie zaczęły mówić o prawach kobiet. Czy jest ze spotkania zadowolona? Uprzedzę, że nie. Powiem również, że pewne wydarzenia związane z rozwiązywaną przez nią sprawą kryminalną i odkryciem przez nią skali problemu jakim jest handel kobiet sprawią, że swoją twardą, konserwatywną postawę będzie musiała ponownie przeanalizować.

Językowo – igraszka. Faktograficzne – smakowite ciasteczko. Śledzę profile społecznościowe Dehnela, doskonale więc wiem, jak ogromną uwagę przywiązuje do detali, Piotr Tarczyński jest natomiast historykiem – należą się wielkie brawa i ukłon, bo swoją pracę dograli w najmniejszym calu. Ponieważ nie musieli wprowadzać już czytelnika w realia, nie musieli także przedstawiać głównej bohaterki, spożytkowali czas odbiorcy na to, co naprawdę istotne – na akcję, na zarysowanie ciemnych stron krakowskiego społeczeństwa. W powieści znajdą się realne zdarzenia, fragmenty z gazet i książek, kilku bohaterów, których znać można z kart podręczników do historii. Trzeba jednak umieć patrzeć, czytać ironię między wierszami, mieć w sobie odrobinę detektywa – tak jak Szczupaczyńska.

Tonę w zachwycie i przyjmuję tę książkę bez żadnych uwag. Dlaczego? Ponieważ świetnie się bawiłam, nie mogłam się od niej oderwać, nauczyłam się wielu ciekawych rzeczy, a po jej zamknięciu natychmiast zaczęłam szukać więcej informacji o kwestii kobiet w XIX wieku. Bawi, uczy i inspiruje? Szczupaczyńska byłaby kontent.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU ZNAK
Więcej o książce na stronie znak.com.pl

oraz krótki artykuł o pierwszych Polkach na uniwersytecie.

wtorek, 18 października 2016

#bookish: ULUBIONE (ZAGRANICZNE) PROFILE KSIĄŻKOWE NA INSTAGRAMIE

W poprzednim wpisie wspominałam o polskich instagramowych profilach, na które lubię zaglądać. Jednak dobrze wiemy, że to nie koniec - przecież Instagram to prawdziwa kobyła i pięknych zdjęć są całe tysiące. Staram się nie spędzać tu zbyt dużo czasu, dlatego - oprócz kilku minut o poranku - poświęcam Instagramowi kilka chwil przed snem, już po odłożeniu książki i zgaszeniu światła.

Które zagraniczne profile na Instagramie sprawiają, że serducho bije mi nieco mocniej? Sprawdźmy!



myriadinklings

Z jednej strony - prostota. Wszystkie zdjęcia są zachowane w tym samym klimacie i bardzo szybko rozpoznaję wśród nowo dodanych właśnie tę osobę. Z drugiej jednak - każde zdjęcie to odrębna historia i zawsze tyle się na nich dzieje! Te dodatki!



missinformation

To perełka, cudeńko i mistrzostwo. Wydaje mi się, że najlepszym argumentem są same zdjęcia. Uwielbiam w nich przede wszystkim pomysłowość i troskę o szczegóły. "Przygody dziecięcej bibliotekarki, która jest naprawdę dobra w ubieraniu się" - czy można podsumować to lepiej?



alice.in.wonderbookland

Bardzo podoba mi się nazwa tego profilu i wydaje mi się, że doskonale zapowiada to, co znajduje się na zdjęciach. Książki, jasne - ale w trochę tajemniczym, niesamowicie dopracowanym wydaniu. I znów wszystkie mają wspólną kolorystykę, na każdym dzieje się mnóstwo rzeczy - ale to zupełnie odrębne historie. 



sapphire.reads

Pomysł na ten profil? Inspirowanie się porą roku. Latem były kwiaty, jesienią profil tonie w żółtych i czerwonych liściach, pojawiają się świece i ciepłe napoje. Wszystko jest przytulne, a choć dużo się dzieje, tak naprawdę, patrząc na te zdjęcia, czuję się jak w domu.



mybookmark

Piękne zakładki są tym, czego każdy książkoholik pragnie - nawet wtedy, gdy ma już kolekcję liczącą kilkadziesiąt lub kilkaset sztuk. W tym przypadku zakładki są wyjątkowe, ponieważ handmade. To nie wszystko - przedstawiają... nóżki książkowych bohaterów. Czego chcieć więcej?



readsleepfangirl

Zwróciłam uwagę na ten profil przez... jego nazwę! Doskonale podsumowuje to, co dla mnie ważne, a zdjęcia są bardzo przyjemne i lekkie. Podoba mi się, że choć jest na nie jakiś wspólny pomysł, to odnoszę wrażenie, że powstają szybko, inspirowane chwilą.



taylorreads

Najbardziej lubię przytłumioną kolorystykę i brak solidnego planu na zdjęcia. Nie ma jednego motywu, nie ma trzymania się od początku do końca wyznaczonego stylu - a w różnorodności tkwi siła! Przyznaję, że w tym przypadku uwielbiam także zerkać na tytuły książek.



thebooksbuzz

Prosto, biało, jasno, minimalistycznie - czy jednak na pewno? Te zdjęcia to małe dziełka sztuki, wystarczy tak naprawdę jeden element, pozornie rzucony niedbale, by zdjęcie zyskało charakter.



Na koniec coś od początku do końca przemyślanego i sprecyzowanego. Ciepła kolorystyka, skrupulatne chwytanie się jednego filtra i powtarzające się na zdjęciach brązowe elementy to wszystko, co tak bardzo lubię w Instagramie. Zawsze wiem, gdy natrafiam na zdjęcie z tego profilu - po prostu.



A wy? Jakie zagraniczne (lub polskie) profile możecie mi polecić?
A może powinnam poznać Waszego Instagrama?
Zajrzyjcie też do mnie: pannakac

poniedziałek, 17 października 2016

JAŃCIO WODNIK I INNE NOWELE, Jan Jakub Kolski







Tytuł: Jańcio Wodnik i inne nowele
Autor: Jan Jakub Kolski
Data tego wyd.: 2016
Wydawnictwo: Latarnia
Ilość stron: 336

Trzy słowa: prosta trudna wieś






W niektórych przypadkach żałuję, że nie miałam szansy widzieć ekranizacji. Choć teoretycznie powinno najpierw przeczytać się książkę, a później sięgnąć po film - wierzę w wyjątki. A co, jeśli prozę tworzy człowiek filmu? Żałuję tym bardziej.

Tom zbiera sześć utworów Kolskiego, reżysera i scenarzysty. Niektóre z opowiadań łączą się ściśle z jego twórczością filmową – w 1990 roku powstał film Pogrzeb kartofla, w 1993 Jańcio Wodnik, a teksty o tych samych tytułach znajdują się w zbiorze. Kojarzony jest przede wszystkim z perspektywą wiejską – zarówno filmów, jak i swojej prozy. Bliska jest mu malarska twórczość Jana Malczewskiego, przedstawiciela symbolizmu XIX i XX wieku. Zebrane w tomie utwory łączą realia chłopskiego życia oraz poszukiwanie sensu życia w zmieniającej się, trudnej rzeczywistości.

Otwierałam tę książkę bez większych oczekiwań – to była bardzo prosta ciekawość i chęć zaskoczenia. Już od dawna wiem, że w przypadku opowiadań lepiej czuję się w historiach ludowych, osadzonych w wiejskiej rzeczywistości, lubię też tęsknotę w twórczości Myśliwskiego, poszukiwania utraconego czasu. Nowele Kolskiego mają tę moc i nie musiałam długo czekać na jej objawienie. Wręcz przeciwnie – wystarczyło kilka pierwszych stron, parę doskonale sformułowanych myśli i intrygujący zabieg literacki, żebym chciała spędzić nad tekstem nieco więcej czasu. To rzecz od początku do końca przemyślana – od ogólnego zebrania pomysłów, przez konstrukcję całego zbioru, aż po szczegóły każdego z opowiadań. Zaprojektował je ktoś, kto doskonale rozumie, czym zwrócić uwagę odbiorcy najpierw. Kolski buduje napięcia, w filmowych zbliżeniach tworzy nastrój, przedstawia najważniejszych bohaterów i miejsca. Jako czytelnik czułam się w zaprojektowanej przestrzeni bardzo dobrze, ponieważ dość szybko wiedziałam, gdzie i w jakim celu jestem. Co ważne – nie byłam znudzona, ponieważ przedstawienie świata nie ma tu nic wspólnego z uprzedzaniem faktów.
- Ja nie jestem Żydem. Gdybym nim był, poznalibyście mnie po tym, że mnie nie ma wśród żywych. Gdybym był Żydem, byłbym mniej udręczony — bo martwy. Stoję na Apelplatzu, który mi uczyniliście przed waszym domem, i mówię do was: ja nie jestem Żydem i żałuję, że nie jestem.
Opowiadania te cechuje prostota i jest ona ważna zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Rzeczy niepotrzebne są wykluczane, dlatego w tekstach panuje porządek. Nie ma jednak banałów – ani w języku, ani w zwrotach akcji, ani w wartości symbolicznej czy moralnej. Jest za to melancholia i wieś w bardzo szerokiej odsłonie – z problemami egzystencjalnymi, jakie w niej kiełkują. Jednym ze znaczących motywów jest walka o wolność, tym trudniejsza, że wieś to społeczeństwo wyalienowane – posiadające własne zasady. Nikt o nich nie mówi i w opowiadaniach Kolskiego milczenie to jest zachowane – a jednak poprzez działania bohaterów czytelnik doskonale wie, które granice zostały przekroczone. Ale wieś to też zabobony, pozbawiony podstaw strach, ograniczenia i niezwykła łatwość manipulacji. Wieś to też skostniały podział społeczeństwa, stare, nielogiczne prawdy, które krzywdzą jednostki. Na takim tle każdy występek, każda okropność i rysa historii jest tym bardziej widoczna. Oprócz prostoty i logiki wskazałabym także wrażliwość – zarówno samego autora, jego bohaterów, jak i tekstu. Żeby dobrze odczytać wszystko, co powiedziano, trzeba się skupić na tym, co przemilczane. A ponieważ czas akcji to okres po II wojnie światowej, początek socjalizmu – milczenia jest wiele.

Czyta się ten zbiór z zachwytem, niesamowitym zainteresowaniem, ale też obawą, rosnącym smutkiem. Czyta się tak, jakby prosty świat kończył się przed naszymi oczami – a moment przejścia jest niezwykle bolesny. Widziałam te obrazy w prostych, monochromatycznych barwach, a wiedza o tym, jak historia kraju ułożyła się dalej, sprawiała, że nie mogłam powstrzymać się przed myśleniem o tym, że przed bohaterami jest jeszcze wiele trudnych zdarzeń i doświadczeń. Jańcio Wodnik i inne nowele to perełka - dla miłośników doskonałej literatury, dla osób, które chcą uczyć się prostego, ale dobrego stylu.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU LATARNIA
Więcej o książce na stronie latarnia.com.pl



 

JAK ZDOBYĆ KSIĄŻKĘ?

Dzięki uprzejmości wydawnictwa otrzymałam możliwość podzielenia się egzemplarzem z czytelnikami mojego bloga. Chcesz poznać tę historię? Pozostaw pod tym postem komentarz, a w treści podaj adres e-mail oraz napisz tytuł swojej ulubionej zekranizowanej książki.

Rozdanie zakończy się 24.10.2016 o 20.00.
O wynikach powiadomię pod zwycięskim wpisem oraz bezpośrednio przez e-mail. 

czwartek, 13 października 2016

#bookish: 10 KSIĄŻKOWYCH BOHATERÓW, Z KTÓRYMI CHCIAŁABYM PÓJŚĆ NA KAWĘ

pexels.com


Kawa? Pasuje na poranek i popołudnie; od biedy można skusić się na nią w nocy, zwłaszcza wtedy, gdy czas nagli, a ilość stron (w notatkach) się nie zmniejsza. Lubię kawę czarną, mocną, gorzką – ale bywają takie dni, kiedy jedyną słuszną decyzją jest biała i słodka. W kawiarniach zamawiam te wszystkie zabawne kawy z syropami, bitą śmietaną i setką dodatków. Jeśli może być coś lepszego niż mała kawa, będzie to… większa kawa – w interesującym towarzystwie. Jakim? Sprawdźmy!



  


Madame Ryżkowa (Księga wieszczb, Erika Swyler)

Nadal pozostaję pod wrażeniem Księgi wieszczb, dlatego bardzo chciałabym spędzić nieco czasu z cyrkową tarocistką. To postać bardzo zasadnicza, potrafiąca wykłócać się o swoje zdanie – a jednocześnie posiada niezwykle rozwiniętą intuicję, czyta znaki. Mam dziwne wrażenie, że zamiast kawy musiałabym zaproponować jej herbatę. A jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że nie ja proponowałabym napój, ale Ryżkowa – w jej cyrkowym, obwieszonym tkaninami wozie.

Sherlock Holmes (opowiadania sir Arthura Conana Doyle'a)

To nie byłoby normalne spotkanie. Jestem pewna, że tête-à-tête z Sherlockiem byłoby możliwe tylko wtedy, gdybym miała dla niego jakąś wyjątkowo interesującą sprawę kryminalną lub w przypadku bycia istotnym dla niego świadkiem. Jednak - czy Sherlock Holmes w ogóle potrzebuje świadka zbrodni, żeby zacząć swoją pracę? Podejrzewam, że kawa z Sherlockiem skończyłaby się kawą na ścianie i rozbitą filiżanką…

John Watson (opowiadania sir Arthura Conana Doyle'a)

Lepiej więc spróbować z Watsonem. I, znów, wydaje mi się, że spotkanie przy kawie byłoby rozmową nad herbatą. Dałabym mu… mówić. Wszak czasem jedyne, czego chcemy, to poznać interesującą historię… Lub dwie. Ile tylko chciałby powiedzieć! Mam wrażenie, że mogłabym zdobyć jego serce dobrym sernikiem. A może szarlotką?

Ronald Weasley (seria o Harrym Potterze, J. K. Rowling)

Najpierw porządny obiad – czterodaniowy, a co! Później kawa i dużo ciastek. Pogadałabym o quidditchu, pomarudziła na Ślizgonów (można ich znaleźć wszędzie), sprzedała kilka najnowszych dowcipów. Wierzę, że mogłabym się z Ronem całkiem nieźle dogadać. Poza tym… lubię rudych!

Matylda Wormwood (Matylda, Roald Dahl)

Kawa, ciastko i książka. Wyobrażam sobie, że po krótkiej rozmowie o ostatnio przeczytanych pozycjach… zaczęłybyśmy czytać. To spotkanie przy kawie musiałoby więc odbyć się w jakimś przyjemnym, intymnym miejscu, koniecznie z dwoma wygodnymi fotelami. Matylda na pewno doskonale rozumiałaby moją potrzebę dobrnięcia do końca rozdziału.


   


Śmierć (cykl Świat Dysku, Terry Pratchett)

Ryzykowne, ale nie mogę się powstrzymać. Śmierć na pewno byłby lakoniczny jak zawsze, ale ja po prostu muszę mu powiedzieć, że jestem fanką i trzymam kciuki za rozwój działalności. Może nauczyłby mnie grać w karty? Śmierć na pewno jest mistrzem jeśli chodzi o hazard. Sądzę, że nie skończyłoby się na klasycznej czarnej. Wręcz przeciwnie – jakaś modna, wegańska kawa brzmi całkiem smacznie.

Lele Pons (Szkoła przetrwania, Lele Pons i Melissa de la Cruz)

Z Lele jest bardzo interesująca sprawa – bo jednocześnie jest i nie jest postacią z książki. Lele to autorka jednego z najpopularniejszych profilów na portalu Vine, która na podstawie swoich filmików stworzyła książkę – główna bohaterka nosi jej imię. Niezależnie od tych szczegółów wierzę, że spotkanie z Lele byłoby czymś ekstremalnie zabawnym. Gdzie? W najpopularniejszej, sieciowej kawiarni w mieście. Co pijemy? Hit dnia!

Ian Malcolm (Park Jurajski, Michael Crichton)

Widzę to tak: siedzimy w jego gabinecie (wokół chaos), pijemy okropną kawę z automatu. Ian tłumaczy mi, że wszechświat ma czy też nie ma krańca (zawsze się w tym gubię). Kawa smakuje jak papier, metal i przemielony piach, ale daje kopa. Uprzejmie nie będę pytać o dinozaury. A przynajmniej się postaram.

Mark Watney (Marsjanin, Andy Weir)

Nie, wcale nie chciałabym słuchać jego historii o podbijaniu Marsa. Wręcz przeciwnie – chciałabym się dowiedzieć, jak układa się mu życie na Ziemi i czy nie jest… za nudno. Mark jest znany z doskonałego dowcipu, więc wróżę sobie doskonałą zabawę (i obowiązkowe selfie!). Razem ponarzekalibyśmy na prawo jak z kosmosu. W prezencie koniecznie wręczyłabym Markowi ziemniaki uprawiane w mojej rodzinnej wsi. Wierzę, że doceniłby żart.

Jurko Bohun (Ogniem i mieczem, Henryk Sienkiewicz)

To nie byłaby zwykła kawa, to nie byłby spokojny wieczór. Nigdy nie piłam kawy z dodatkiem, ale wiem, że herbata z rumem razi prądem, więc ufam, że kawa zrobiłaby równie wiele dobrego. Czy skończyłoby się prawdziwym ogniem i małą bitwą? Trzymam za to kciuki. A jeśli nie, to chciałabym chociaż usłyszeć na żywo dumkę. Niechby nawet była kierowana do innej kobiety!

A Ty? Z jakim bohaterem książkowym chciałbyś_abyś pójść na kawę?

wtorek, 11 października 2016

KSIĘGA WIESZCZB, Erika Swyler






Tytuł: Księga wieszczb (The Book of Speculation)
Autor: Erika Swyler
Data I wyd.: 2015 (PL: czerwiec 2016)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 408

Dwa słowa: zniewalające spotkanie






Czy to nie oczywiste – wybrałam tę książkę, ponieważ zakochałam się w jej tytule. Nie interesowało mnie nic innego, choć krótki opis na okładce (i sama okładka!) też zdobył moje serce. Od początku czułam, że to książka dla mnie, że będzie mi z tą historią dobrze… Czy było?

Dom Simona Watsona z tygodnia na tydzień osuwa się do zatoki Long Island. Simon jest jednak bibliotekarzem i nie stać go na to, by ratować rodzinny budynek. Po utonięciu matki, śmierci ojca i ucieczce siostry do cyrku Simon został sam, bez nikogo do pomocy. Pewnego dnia otrzymuje starą, uszkodzoną księgę – dziennik właściciela wędrownego cyrku. Od tego czasu Simon ma zajęcie, które przysłania mu wszystko inne – próbuje wytropić cyrkową syrenę, której utonięcie zostało odnotowane w dzienniku. Chce się dowiedzieć, czy to pierwsza kobieta w jego rodzinie, która – pomimo posiadania niezwykłych umiejętności pływackich – utonęła dwudziestego czwartego lipca. Tymczasem z siostrą Simona zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dokładnie takie, jakie towarzyszyły śmierci ich matki. 

Klątwa? A jeśli nie – to co w takim razie? Czy w dzienniku właściciela cyrku zapisano początki rodu Simona, dlaczego jego siostra, Enola, odezwała się w tak niespodziewany sposób i czy Simon ma szansę uratować swój dom? Podczas lektury tej powieści czułam słony zapach morskiej wody, słyszałam wiatr, który targa znajdującym się na skraju przepaści budynkiem, miałam dreszcze za każdym razem, gdy mowa była o kartach tarota. Tak, to rzecz stworzona dla mnie. Dotyczy książek, historii rodziny, tajemnic przyszłości i… przeszłości. To książka o rozpadzie, poszukiwaniach, miłości oraz cyrkowej magii. To książka, od której nie mogłam się oderwać i do której najchętniej natychmiast bym powróciła. 
Kiedy znajdziesz książkę, którą pokochasz, zawsze będziesz pamiętał uczucie, jakie w Tobie wywołała,
jej wagę i to, jak leżała w Twojej dłoni.
W powieści przeplatają się dwie płaszczyzny – raz śledzimy poszukiwania Simona i wypadki toczące się w jego teraźniejszości, raz cofamy się w przeszłość, do wydarzeń, które wspomina się w cyrkowym dzienniku. Stara księga zawiera szczątkowe informacje, dlatego Simon wykorzystuje swoje umiejętności bibliotekarskie, by dotrzeć do archiwów, oficjalnych danych, dat urodzeń i zgonów. Czytelnik w osobnych rozdziałach otrzymuje tymczasem pełną napięcia historię Dzikiego Chłopca i ciemnowłosej cyrkowej syreny, a obie opowieści przeplatają się tak, by aż do samego końca nie znać wszystkich odpowiedzi. Ze strony na stronę coraz więcej staje się jednak jasne. Bohaterowie pozwalają dobrze się poznać i ja, jako czytelnik, poczułam się z nimi związana. Tęskniłam za takim zaangażowaniem w akcję, za plastycznymi opisami, dzięki którym bez problemu wyobrażę sobie bohaterów, za tym, że nie wszystko jest powiedziane od razu, ale im dalej, tym lepiej będę wszystko rozumieć. Czasem nawet lepiej niż same postaci.

Erika Swyler w bardzo lekki i subtelny sposób opisuje poszczególnych bohaterów – zarówno w rozdziałach dotyczących Simona, jak i przedstawiających losy grupy cyrkowej. I nie chodzi jedynie o pierwszoplanowych – powieść jest bogata i pełna dzięki temu, że znalazło się w niej miejsce dla postaci drugo- i trzecioplanowych, a Erika nie zapomina o żadnej. Choć pozornie Simon i Enola są diametralnie różni, w miarę zagłębiania się w akcję okazuje się, że ciążą nad nimi podobne myśli - a to tylko początek. Nie czułam, żeby w Księdze wieszczb panował nadmiar. Wręcz przeciwnie - nie ma tu bohaterów, którzy byliby wymienieni z imienia bez powodu, nie ma takich, którzy zostaliby nagle porzuceni. Każdy ma swoje zadanie i doskonale je spełnia. Można by napisać o nich jeszcze więcej, stworzyć może kolejną historię - i właśnie czegoś takiego chciałam. Erika Swyler rozbudziła mój apetyt i sprawiła, że przesiąknęłam jej pomysłami, na końcu poczułam nawet odrobinę niedosytu - chcę więcej! Ale autorka równie łatwo podchodzi do tworzenia opisów miejsc – daje im dość, żeby w umyśle czytelnika pojawiały się konkretne obrazy, ale nie przytłacza informacjami. Motorem napędowym jest sekret, tajemnica - i czytelnik do końca nie jest pewien, czy chodzi o rzeczywistą klątwę, przypadek, może jakiś rodzaj szaleństwa? Niesamowitość przenika łagodnie, misternie. Raz - tworzy go tematyka cyrkowa i ten bardzo osobliwy świat artystów. Dwa - im dalej, tym większe znaczenie odgrywa Tarot. Okazuje się, że można talią kart opowiedzieć niejedno.

Oryginalny pomysł i bardzo zgrabne wykonanie - oto, co otrzyma czytelnik Księgi wieszczb. Dla mnie książka ta jest małym skarbem, motywacją do tego, żeby poszperać głębiej. Natychmiast po jej zamknięciu zaczęłam szukać informacji o cyrkowych syrenach, przypomniałam sobie o swojej fascynacji kartami i wróżbami. Jest w tej książce coś niepozornego i bardzo prostego, rodzinnego, bliskiego, co potrafi zainteresować. A jednocześnie jest to powieść, która zostawia kilka otwartych, tajemniczych szufladek - a w nich dostrzec można nieoczywiste znaleziska.

Polecam tę książkę miłośnikom sekretów, łagodnej niesamowitości, staroci i książek. Polecam także tym, którzy cenią sobie dobrze wyważoną akcję, przygodę polegającą na poznawaniu przeszłości, na walce z czasem.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZARNA OWCA
Więcej o książce na stronie czarnaowca.pl

niedziela, 9 października 2016

Nie samą książką człowiek żyje. Seriale: MR. ROBOT


Mr. Robot (2015)
gatunek: dramat, thriller, psychologiczny

Głównym bohaterem serialu jest Elliot Alderson – młody, aspołeczny haker nastawiony negatywnie do wielkich korporacji. Przez swoje umiejętności, stanowisko specjalisty ds. bezpieczeństwa w firmie AllSafe oraz nastawienie do świata wzbudza zainteresowanie fsociety – podziemnej grupy anarchistycznych black hat hakerów. (źródło: Wikipedia)

Zaczęło się niewinnie. Serial oglądała znajoma, zafascynowana - podesłała kilka gifów. Obiecałam, że zerknę - czas mijał, a ja nic z tym nie robiłam, wiadomo, trzeba najpierw pozbyć się zobowiązań. Ale w końcu nadszedł ten dzień. Zainteresowana, ale nienastawiona szczególnie entuzjastycznie, włączyłam odcinek. Nie minął szybko, skąd. Minął powoli, ale z niesamowitą intensywnością.

Jakiś czas później skończyłam pierwszy sezon. W tej chwili jestem po seansie epizodu otwierającego sezon drugi i aż drżę na myśl o tym, że w zakładce obok ładuje się kolejny. Nie było łatwo! Jeśli mam oceniać budowę pierwszego sezonu - zaczyna się z ogromnym przytupem, w samym środku pojawiają się trzy, może cztery odcinki, które sprawiają, że traci się rozpęd i chęć do kolejnych spotkań z Elliotem. Końcówka? Wbija w fotel, powala na kolana, sprawia, że szczęka uderza o podłogę, a sąsiedzi słyszą zalew przekleństw, śmiechu, złorzeczeń. Głośne doradzanie bohaterom, niechętne pauzowanie, by biec ze zdenerwowaniem po kolejne piwo? Checked!

Dlaczego właśnie tak? To nie jest serial, który oglądałam w stylu binge-watching - poddając się kompulsywnemu przełączeniu odcinków aż do trzeciej, czwartej w nocy. Wręcz przeciwnie - w połowie sezonu miałam tydzień czy dwa przerwy, musiałam odetchnąć i powtórzyć sobie, że przecież warto, że zaczęło się tak dobrze. Czy było warto? Och, było! Nie żałuję nawet tych kilku środkowych, nieco rozpraszających epizodów, które zostawiały mnie z ogromnym niedosytem i niedopieszczeniem. To wszystko jest potrzebne, żeby poznani bohaterowie mogli zostać pokazani w pełnej okazałości, żeby skomplikować wątki.

Psychologia - to, moim zdaniem, najważniejsze, co należy powiedzieć o Mr. Robocie. Jasne, tematem jest hakerstwo i to ono gra pierwsze skrzypce (przepięknie fałszując rzeczywistość, gdy to potrzebne). Po obejrzeniu pierwszego sezonu zrozumiałam, że choć nowoczesne technologie, cyberterroryzm i współczesne doświadczenia społeczeństwa są fundamentami serialu, trzeba napisać jedno - dotychczasowa fabuła nie była idealna. Mam ochotę posunąć się dalej i powiedzieć, że fabuła była ogniwem najsłabszym. Całe szczęście mamy bohaterów - niesamowicie... soczystych. Od początku? Główny bohater, Elliot, zwracając się bezpośrednio do widza serialu, już w pierwszych sekundach niszczy czwartą ścianę. Oznacza to, że cała dalsza narracja będzie... subiektywna, skazana na nieustanne poddawanie jej w wątpliwość. Elliot jest neurotyczny, wycofany, uzależniony, a nawet paranoiczny. Co najzabawniejsze - ja też zaczęłam taka być w odniesieniu do serialu. Z jednej strony zachwycałam się monologami Elliota i działaniami pozostałych bohaterów, z drugiej jednak - szukałam, co jest nie tak, czego nie dostrzegam, co zostanie wykorzystane przeciwko... mnie.

Nie udało mi się tego przewidzieć. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie podejrzewałam tego, co się wydarzyło. Ale to nie tylko zasługa Elliota. Doskonale interesujących i niejednoznacznych bohaterów jest więcej, a wśród moich ulubieńców znajdują się Tyrell i jego żona, Darlene, Gideon i... Pan Robot. Ten serial nie gra ciszą - to produkcja, w której niesamowicie ważna jest moc dialogów i magia monologu. Choć Elliot odzywa się głównie do widza, warto przede wszystkim słuchać tego, co mają do powiedzenia inne postaci. Warto śledzić ich ruchy, mimikę - bo jest na co patrzeć. To prawdziwe, mocne, dopracowane aktorstwo... Które idealnie współgra z zabiegami filmowców. Perełką tego serialu są kadry. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale propozycja sprawiła, że z tym większą uwagą skupiałam się na akcji. Bohaterowie nie znajdują się w głównej przestrzeni, nie są na pierwszym miejscu. Wręcz przeciwnie - najczęściej zajmują krawędzie obrazu, kamera chwyta zaledwie ich fragmenty. Najlepiej widoczne jest to w czasie rozmów - a ja nie mogę oderwać wzroku i mam nadzieję że drugi sezon będzie obfitował w podobne rozwiązania. To rodzi niepokój, buduje trochę irracjonalne wrażenie, jakby wszystkie te zdarzenia tak naprawdę nie miały sensu - jakby każdy z bohaterów był zaledwie pyłkiem w większej machinie, jakby każde z działań było skazane na porażkę lub skrajnie nieprzewidywalne skutki. To mi się podoba. Nie jest różowo, hakerzy nie robią magii, a wielkie przedsiębiorstwa ani nie są do końca złe, ani dobre. Wszystko jest relatywne, nawet moja opinia - opieram ją przecież na narracji postaci, która cierpi na poważne psychozy.

Nieruchomość, wyobcowanie, brak zaufania. Jako dodatek - mocny osąd współczesnego świata, niezwykła precyzja pracy specjalistów, którzy dbają o to, by nawet zrzuty ekranów komputerów były zgodne z tym, jak mogliby działać hakerzy. Inspiracji ekipa filmowa szuka w życiu - i w tym, co dzieje się wokół nas lub co mogłoby się stać. Z odcinka na odcinek miałam coraz większą ochotę zakleić kamerkę w laptopie, zainwestować w lepsze zabezpieczenia w telefonie. Podejrzliwość rośnie w miarę... oglądania.


Polecam: Widz nie istnieje (kulturaliberalna.pl)

piątek, 7 października 2016

ROK TEMU W PAŹDZIERNIKU...

...czyli niezwykle wybiórcze i niemal całkowicie pozbawione komentarza zestawienie okładek, które ukazały się w październiku 2015.









Z października poprzedniego roku najlepiej pamiętam Targi Książki w Krakowie. Było to naprawdę bardzo ważne i emocjonujące wydarzenie, bardzo żałuję, że w tym roku nie będę mogła wziąć w nim udziału. Nie oznacza to jednak, że nie mam zamiaru świętować - skoro nie mogę wziąć fizycznego udziału w Targach, będę ze wszystkimi uczestnikami... duchem. Duchem i książką! Jesteś ze mną? Zajrzyj na SPECJALNE WYDARZENIE Duchem i książką - na Targach Książki w Krakowie.

Jak u Was? Które pozycje wydane rok temu przeczytaliście? I najważniejsze! Co czytacie teraz

środa, 5 października 2016

BALLADA O PRZESTĘPCACH, Marcin Hybel






Tytuł: Ballada o przestępcach
Autor: Marcin Hybel
Data wyd.: 31 sierpnia 2016
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 462

Dwa słowa: trochę zawodzi






Jeśli myślę o powieściach historycznych, natychmiast pojawia się w mojej głowie jedno nazwisko – Sienkiewicz. I choć Krzyżaków, Potop i Quo vadis przeczytałam chętnie, nie ukrywam, że wolałabym nie cofać się do szkolnych czasów, gdy omawiało się te lektury. Spróbujmy czegoś innego – prawdziwej, krwistej przygody w średniowiecznej Anglii! Ale czy na pewno?

Londyn to niebezpieczne miasto. W średniowieczu znajdowało się tu serce przestępczego świata – precyzyjnie zhierarchizowanego i rządzącego się swoimi… prawami. Jednym ze sposobów rekrutacji nowych członków są porwania dzieci – właśnie to spotyka Gilberta i Williama. Kiedy ich wędrowna trupa zostaje napadnięta, mordercy zostawiają przy życiu jedynie chłopców. Choć na początku oboje przechodzą szkolenie żebracze, w końcu bandyci rozdzielają ich – jeden jest szkolony na mordercę, drugi na złodzieja.

Jestem miło zaskoczona tym, w jak szczegółowy, obrazowy sposób Marcin Hybel potrafił zbudować na kartach powieści przestrzeń, która chyba większości osób nie jest znana. Tymczasem Ballada o przestępcach to szeroki, bogaty, rozpościerający się przed czytelnikiem daleko po horyzont świat bandytów i łajdaków, gdzie każdy zna swoje miejsce, obowiązki i przywileje. Z ciekawością czytałam o podziale przestępców na mniejsze grupy, o ich specjalizacjach i szkoleniach, o ludziach okaleczanych tylko po to, by zarobić więcej jako żebrak oraz o karierze, jaka czeka wytrawnych złodziei lub prostytutki. Marcin Hybel nie uprzedza czytelnika – natychmiast wprowadza go w sam środek średniowiecznego Londynu, nie szczędząc słów podczas pisania o smrodzie, brudzie i występkach. Ten, kto sięga po tę książkę, musi być świadom ilości opisów, jakie ją tworzą. Jest ich niezwykle dużo. Każda wspominana rzecz, np. złodziejski żargon, jest szczegółowo opisywana. Ułatwia tę sprawę fakt, że głównymi bohaterami są chłopcy, którzy dopiero rozpoczynają swoją bandycką przygodę – poznajemy więc mechanizmy razem z nimi.

Gorzej, że opisy, charakterystyki, zasady oraz ciekawostki odwlekają akcję, praktycznie ją unieruchamiając. Z przygody zostaje zaledwie kilka bardziej emocjonujących fragmencików, wsadzonych skrupulatnie pomiędzy barwny opis Londynu, łotrów, przestępczych praw. To, co jest ogromną zaletą książki… staje się jej wadą. Kiedy w połowie książki zastanowiłam się nieco poważniej nad akcją, uświadomiłam sobie, że właściwie nie wydarzyło się nic zapierającego dech w piersiach. Brakło prawdziwej przygody lub mocnej intrygi – czegoś, co odpaliłoby silnik i zmusiło go do intensywnej pracy. Zamiast szaleńczego biegu po obsranych, obrzydliwych londyńskich uliczkach było trochę sprintu – i gwałtowny przystanek. I kolejny trucht – przerwa. Spacerek zaledwie – przedstawianie reguł. Silnik się dusił, a ja razem z nim.

Nie powiem nic złego o bohaterach, może poza tym, że autor zafundował bardzo przeciętny trójkąt miłosny, trochę zbyt melodramatyczny, bardzo uproszczony. Szkoda, ponieważ właściwie wszyscy bohaterowie reprezentują sobą niezwykle skomplikowane obrazy. Są wielowymiarowi, posiadają cechy charakterystyczne – a więc to, czego zawsze szukam w książkowych postaciach. Są między nimi konflikty, niektóre z relacji są niejednoznaczne, inne trudne; bohaterowie zmieniają się, czasem nie mają racji. To ważne, ponieważ dzięki temu doskonale pasują do świata przedstawionego. I znów – szkoda, że było wiele dialogów, ale tak naprawdę ciężko odnaleźć w tym jakiś odgórny, trzymający całość w garści, zamysł.

Sąd ostateczny? Książka niejednolita – a to odbiera wiele przyjemności. Akcji jest rozczarowująco mało, choć łotrzykowski świat aż prosi się o to, żeby zrobić z niego coś porywającego, ekscytującego, niejednoznacznego, wciskającego w fotel. Myślałam, że zamarzę o tym, żeby stać się średniowiecznym, londyńskim przestępcą, ale… niestety, zostałam w domu. Nigdzie się nie ruszyłam, a przecież nie o to chodzi w powieściach przygodowych i historycznych.

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA
Więcej o książce na stronie czwartastrona.pl

poniedziałek, 3 października 2016

#bookish: ULUBIONE (POLSKIE) PROFILE KSIĄŻKOWE NA INSTAGRAMIE

Od czego zaczynam dzień? Niekiedy od powolnego przeciągania się, czasem od nerwowego przekleństwa - wiadomo, jak to bywa. Najczęściej wszystko sprowadza się do wyłączenia budzika (przed lub po torturze), do sprawdzenia godziny i... zerknięcia na portale społecznościowe. To z nich czerpię większość informacji o świecie, one pozwalają mi na komunikowanie się ze znajomymi i... relaks. Uzależnienie? Dajcie spokój, jest XXI wiek, takie podejrzenia są passé.

Na moim Instagramie obserwuję ponad 600 profili i liczba ta nieustannie rośnie. Niektóre z nich lubię nieco bardziej niż inne. Jakie? I dlaczego? Przekonajcie się sami. Poznajcie moje ulubione (polskie) profile książkowe na Instagramie.



polishreader

Przepiękne, proste zdjęcia zachowane w chłodnych barwach. Co ważne - dodawane regularnie. Podoba mi się skupienie na szczególe, dzielenie jednej kompozycji na pomniejsze zdjęcia. Pędzle, zegary, pościel, zakładki, rośliny... I książki. Ach!



hrosskar

Powód mojej sympatii jest bardzo prosty - ten profil jest pełen książek. Podoba mi się lekki chaos, podoba mi się nagromadzenie kolejnych tomiszczy, stosy i stosiki. Lubię tę zwyczajność wykonania i odrobinę, odrobinkę bałaganu.



Najbardziej przyciąga mnie w tym profilu dbałość o dodatki - każde zdjęcie jest inne, choć jednocześnie w tym pozornym bałaganie jest dużo logiki. Lubię też to, że między kolejnymi ujęciami książek doskonale widać, jaka pora rok króluje, co dzieje się poza czytaniem.



Po prostu - są książki, są zdjęcia. Zawsze wyraźne ujęcie okładki, bez przesadnej zabawy filtrami. Na dodatek dobór tytułów znacząco wyróżnia się spośród innych znanych mi Instagramów. To profil nastawiony na mocne ujęcia pojedynczej książki.



Jedna z najlepiej przemyślanych propozycji - lekkość, subtelność, prostota, doskonałe dobranie tła i szczegółów. Każde zdjęcie jest jedyne w swoim rodzaju i genialnie skomponowane. Każde opowiada własną historię.



moje_spojrzenie_na_kulture

Selfie z książką? To nie tylko zabawa, to nie pojedynczy kaprys - to prawdziwa moda i sztuka. Podoba mi się pomysł na ten profil i wykonanie - bardzo sumienne. Tytuł profilu idealnie współgra z zawartością! A poza tym: regularność i bardzo ciekawe tytuły.



lost.in.my.books

Na powodzenie tego profilu zbiera się kilka czynników. Raz - dokładnie przemyślany charakter zdjęć. Dwa - interesujące kadry. Trzy - świetnie dobrany filtr. Dodajmy jeszcze, że zestawienia książek... intrygują i zachęcają do sięgnięcia po książkę.



obsesyjnabiblioteczka

Odnoszę wrażenie, że każde zdjęcie jest wymyślane z ogromną pieczołowitością, a nad doborem detali pracuje się do samego końca. Agnieszkę bardzo sobie cenię jako blogerkę - a oglądanie jej Instagrama to prawdziwa przyjemność. Ona po prostu uwielbia czytanie!



sabcia100

Jeśli myślę o książce - myślę o kawie. Jeśli marzę o kawie - marzę o czymś słodkim. Sabina nie tylko posiada ukochane przeze mnie imię, ale też łączy trzy moje ulubione czynności (czytanie, kawkowanie, jedzenie). Te smakowitości! Ten pomysł!

Jakie profile możecie mi polecić?

A może macie Instagrama i chcecie się pochwalić? Dajcie znać!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...