sobota, 15 kwietnia 2017

ZAPOMNIANY WALC, ANNE ENRIGHT

czyli rzecz, która jest romansem i wcale nim nie jest












The Forgotten Waltz - wyd. oryginalne 2011 - wyd. polskie 2017 - tłum. Grzegorz Buczkowski - Wiatr od Morza - 256 stron

dwa słowa: koniec bajek


Jest w tej książce coś osobliwego. Główna bohaterka? Jej historia? A może jakaś wypadkowa tych dwóch – prostota, z jaką opowiada nam o zawiłym związku. Ale zaraz! Przecież w zdradzie nie ma nic złożonego, przecież nie jest to ani nieprawdopodobne, ani rzadko spotykane; nie jest też dobre, więc dlaczego z takim żalem odkłada się książkę na bok?

Gina opowiada czytelnikowi o swoim romansie
Nie tylko o tym – w jej historii nie brak przecież swobodnych nawiązań, tego pędu swobodnej opowieści zmuszającego do zwracania uwagi na drobiazgi, które wszechwiedzący narrator by pominął. Ale i pomijania tych, które czuwający zewsząd nad rozwojem sytuacji narrator nie przeoczyłby. Gina ma około trzydziestu lat, męża. I kochanka. Jak doszło do ich pierwszego spotkania, jak rozgrywał się ten związek, co zdarzyło się, gdy dowiedział się o nim świat? Bez sentymentalizmu, bez usprawiedliwiania się – czy na pewno? Przecież człowiek z natury lubi się usprawiedliwiać i zrzucać winę na osoby trzecie. Tu też jest trzecia – Evie, córeczka Seana. Na początku zaledwie jako jakieś nieuchwytne widmo, jednak z rozdziału na rozdział – gdy romans przekształca się w stałą część życia, gdy pochłania coraz więcej czasu Giny – staje się istotniejszym bohaterem. 

Zawiłe czy nie?
Nie ma ani w tej bohaterce, ani w tej historii absolutnie niczego zawiłego. To rzecz, z której dość szybko zdałam sobie sprawę. Szkielet jest prosty, bezwstydny, brutalny. Skąd osobliwość? Chyba tylko z perspektywy, która jest tak intymna, że chwilami – tak mi się zdaje – narratorka sama przed sobą wstydzi się niektórych wniosków. Opowiada jednak lekko, chwytając swoje życie w ramy ironiczne, łagodne. Ocenia siebie, a jednocześnie niezupełnie – bo kto z nas byłby w stanie w pełni obiektywnie wskazać swoje błędy, zwłaszcza te związane z miłością? Uczucia manipulują perspektywą.

Wydaje mi się, że w jakimś sensie wszystko opiera się na szczegółach. Nie ma tu przecież wszechwiedzącego narratora. Cokolwiek powiedziane o postaciach czy zdarzeniach, przechodzi przez Ginę. Bohaterów poznajemy za sprawą szczegółów, które widzi narratorka; niektóre rzeczy z czasem stają się dla niej jasne, a wiele – jak sądzę – odczytuje błędnie. Choćby opis Seana – taki obraz może mieć w głowie tylko zakochana kobieta; takie drobiazgi, dla innej osoby odrzucające, ubóstwiać może tylko ktoś zauroczony. Jest w tej książce coś osobliwego, bo traktuje o zdradzie w sposób czuły, a jednocześnie szczery. Na tyle szczery, na ile Gina może się do tego przyznać.

Pozornie wielki romans zmienia się w...
W końcu przecież musiał pojawić się ból i wielki romans musiał zmienić się w szare życie. Ta powieść nie zachęca mnie do porywczej miłości, do oddawania się uczuciu; nie jest to ani bajka, ani historia z happy endem. Czuję się po lekturze tej książki zdławiona i przygaszona; nie pałam sympatią ani w stosunku do Giny, ani jej męża czy rodziny, ani w stosunku do Seana, jego córki czy żony. Czuję gorycz. Czuję jak pozorne piękno uczucia zderza się z rzeczywistością – i jak zostaje z niego tylko jakiś marny żal, który można ubrać w słowa piosenki, mając przy tym nadzieję, że tak utrwalone dźwięki będą w stanie za jakiś czas przypominać dawne emocje.

Wejście w pamięć Giny to doświadczenie, z którego trudno się otrząsnąć. Jest zadziwiająco zwyczajna, sama w sobie nieciekawa; na początku przekonana o tym, że Sean da jej coś niepowtarzalnego. Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie prędko rozpisany romans zostaje zderzony z prozaizmem codzienności; jak to się dzieje, że z pierwszego zauroczenia związek Giny z jej kochankiem zaczyna przypominać coś na kształt starego, zmęczonego sobą małżeństwa. No i ta trzecia – Evie, która staje się bohaterem ważniejszym niż sam Sean; Evie, która jest postacią o wiele ciekawszą niż którakolwiek z pozostałych. Czy to więc na pewno romans? A może wcale nie chodzi o - z rozdziału na rozdział coraz powszedniejący i wyblakły - związek, ale właśnie o Evie? Córkę, która widzi to, czego nie powinna; chorą, wrzuconą niewłaściwie między sprawy dorosłych, a więc już na zawsze w jakiś sposób naznaczoną ich problemami, rozterkami, ich nerwicą i zmęczeniem? Mam wątpliwości.

Jedyne, co wiem...
...to że ta książka jest fenomenalna. Angażująca. Napisana z dużą znajomością ludzkiej natury - i dająca zaskakująco mało odpowiedzi. Dobra, satysfakcjonująca i nużąca. Takie książki warto czytać. Chce się czytać. I bardzo trudno odłożyć ją na półkę.


KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU WIATR OD MORZA
Więcej o książce na stronie wiatrodmorza.com

czwartek, 13 kwietnia 2017

ZJAWA, Michael Punke

czyli książka, która narobiła mi apetytu na czytanie,
a przy okazji nieźle mnie wkurwiła














The Revenant - wyd. oryginalne 2002 - wyd. polskie 2016 - tłum. Przemysław Hejmej - Sonia Draga - 296 stron

dwa słowa: mój boże!


Był sobie film…
Jakim cudem takie emocje? Znałam przecież już wcześniej tę historię, więc pewne rzeczy powinnam kojarzyć, prawda? Powinnam wiedzieć, do czego mnie to zaprowadzi, co się ze mną stanie. Właśnie, że nie! A wszystko przez pewien przypadek. Dwa razy w życiu zdarzyło mi się oglądać długi i (w mojej opinii) nużący film, męczyć się z nim, wiercić, spinać – wszystko po to, by nie wytrzymać i ostatnie minuty przespać. Stracić clue. Pierwszy - Porwanie Michela Houellebecqa. Drugi – Zjawa. Jak się skończyła? Zabijcie, ale nie wiem! Może gdybym pamiętała, odbiór książki byłby inny?

Jeśli ktoś nie jest na czasie – to właśnie za Zjawę w reżyserii Iñárritu Leonardo DiCaprio otrzymał Oscara, a film został doceniony m.in. za wykorzystanie naturalnych scenerii (trudne warunki, mało światła – naprawdę było przy tym roboty!) oraz niezwykłą troskę o realistyczne przedstawienie Indian. Wracając jednak do książki – oparta została na prawdziwych wydarzeniach. Jeśli jeszcze nie macie dreszczy, czytajcie dalej: traper Hugh Glass, członek wyprawy w poszukiwaniu cennych skór, został zaatakowany przez niedźwiedzia; niemal doszczętnie oskalpowany, z rozharatanym gardłem i poszarpanym ciałem jest półżywy, półświadomy – a jednak w swoim tragicznym stanie widzi jak jego współtowarzysze porzucają go na pastwę losu, kradnąc jednocześnie wszystko, co mogłoby dać mu jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Rozumiecie już, dlaczego książka ta jest opowieścią o zemście?

…więc w końcu sięgnęłam po książkę
Sięgałam po nią bardzo długo, od samego zakupu kilka miesięcy temu, ale nigdy wcześniej nie trafiła bliżej niż na biały stoliczek LACK, który jest niejaką poczekalnią w drodze do mej uwagi. Ale w końcu pojawiło się odpowiednie miejsce i odpowiedni czas, jakaś podróż pociągiem czy kolejka – zaczęłam czytać. Przepadłam. A może zdarzyło się ze mną coś więcej? Na wpół zapomniane obrazy z filmowej Zjawy zaczęłam nakładać własne, bardziej wyraźne, a fabuła tak jednostajna na ekranie stała się czymś żywym, obecnym. Wczepiła we mnie pazury i naderwała mi sporo mięśni.

Gdyby istniał mięsień współczucia, na pewno by oberwał. Mam zresztą wrażenie, że powieść ta w jakiś sposób upośledza człowieka. Jak? Czytałam ją z ogromnym napięciem – ale nie dopingowałam żadnemu bohaterowi; wstrzymywałam oddech, czytając opisy ran – ale w mojej głowie równie lekko pojawiały się wizje krajobrazów; wyczekiwałam kolejnych starań – ale nie podziwiałam ani zmyślności postaci, ani ironii losu.

Co więc dzieje się z czytelnikiem? Wydaje mi się, że już od pierwszych stron dokładnie wie, gdzie się znalazł – oto rysuje się przed nim jakaś przeokrutna dzicz i choć włazi w nią całym sobą, jednocześnie przez cały czas czuje komfort bezpiecznego domu, wygodnych bucików na nóżkach i smarfona przy tyłku. To dobra perspektywa, gdy czyta się o mężczyźnie wleczonym, czołgającym się, kulejącym; mężczyźnie, który doświadczył wszystkich aspektów okrucieństwa dziewiczej Ameryki; mężczyźnie przerażonym, wkurwionym, znajdującym się na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Miałam rozdwojenie, przyznaję, jednocześnie czerpiąc ogromną satysfakcję z jego nieszczęścia – i zastanawiając się, czy to nie za dużo, nie za wiele na jednego bohatera?

Ale Zjawa to więcej niż Hugh Glass. Poznajemy innych, bardziej i mniej istotnych w jego historii – dowiadujemy się, kim byli wcześniej, przed podjęciem niewdzięcznej wyprawy. Nie wszyscy są występni, twardzi; nie każdy z nich świadomie zdecydował się na tę podróż. Będzie to więc, oczywiście, książka o zemście – ale nie tylko. Moim zdaniem to powieść o tym, jak skomplikowana jest ludzka natura. Brzmi banalnie? W jakiś dziwaczny sposób wydaje mi się, że w Zjawie ważniejszy jest Fitzgerald, bohater, który porzucił Glassa na pastwę. Bo Glass ze swoją walką o przerwanie, determinacją i przekonaniem o własnej racji staje się herosem, którego podziwiać należy – wstyd nie. Tymczasem Fitzgeralda z jego niehonorowym zachowaniem łatwiej… zrozumieć.

A na koniec – k**wa, serio?
Jeśli miałabym wskazać najbardziej frustrującą lekturę mojego życia, numerem jeden będzie gombrowiczowskie Ferdydurke, numerem dwa - Stary człowiek i morze, a zaszczytne trzecie miejsce zajmie Zjawa. Ta książka chwyta za gardło, za serce, za wątrobę - porywa w szaloną podróż do przeszłości, na dzikie tereny, gdzie uciekałam razem z bohaterami przed Indianami, gdzie drżałam razem z nimi z chłodu i gdzie wpatrywałam się wspólnie z nimi w twarze współtowarzyszów, zastanawiając się, jakie zdarzenia zmusiły ich do tej pracy. Śledziłam uważnie każdą pokonaną przez nich milę. Ból Glassa był moim bólem. Wątpliwości pozostałych traperów - moimi. Dałam się zbajerować tej powieści, utonęłam w niej...

Zakończenie zostawiło mnie z bólem głowy i rosnącą zgagą w przełyku. Na książkowych bogów, kocham tę książkę i nienawidzę jej jednocześnie równie bardzo. Polecam? Polecam! I chyba dopiero teraz jestem gotowa na film.

piątek, 3 marca 2017

Spotkanie z Jackiem Dehnelem - Czytnik, Teatr Nowy w Poznaniu


TEATR NOWY W POZNANIU

Moje doświadczenia z tym teatrem – wstyd przyznać – ograniczają się jedynie do spektaklu Mister Barańczak. Było to jednak przeżycie bardzo pozytywne, zarówno pod względem doboru tekstów, konstrukcji przedstawienia, jak i gry aktorskiej. Tylko czekałam na okazję, by spotkać się z tym teatrem raz jeszcze.

CZYTNIK

To szczególna seria spotkań w Teatrze Nowym. Gośćmi są ludzie pióra, twórcy i znawcy literatury, a każdorazowo rozmowy uzupełniają aktorskie interpretacje wybranych tekstów. Mowa o prozie, poezji i dramacie w różnym wydaniu, zarówno o tekstach nowszych, jak i znanych od wielu lat. Dotychczas Czytnik gościł m.in. Justynę Bargielską, Piotra Trojana, prof. Piotra Śliwińskiego, Łukasza Orbitowskiego czy Małgorzatę Halber. Brzmi nieźle i jeśli mam być szczera, zastanawiam się, dlaczego usłyszałam o tym dopiero teraz i czemu nigdy wcześniej z tego nie korzystałam. Błąd zamierzam naprawić, bo w programie na kolejne miesiące planowane jest m.in. spotkanie z Weroniką Murek (autorka Uprawy roślin południowych metodą Miczurina).

JACEK DEHNEL W POZNANIU

Nie ukrywam, że gdy usłyszałam o spotkaniu z Jackiem Dehnelem, prawie połamałam sobie palce, chcąc jak najszybciej kupić bilet (za 5 zł, powtarzam, jedynie 5 zł - sic!). Nie byłam pewna, czego nie mogę doczekać się bardziej – dyskusji o jego prozie, którą bardzo cenię, czy o poezji, której nie znam. Oba pragnienia zostały zaspokojone.

Miejscem spotkania było kameralne wnętrze Trzeciej Sceny. Najpierw głos zabrali aktorzy, którzy prezentowali poezję oraz prozę autora m.in. fragmenty powieści Krivoklat. Dehnel przyznał w czasie późniejszej rozmowy, że wybrałby inne teksty – zebranym zostały zaprezentowane starsze utwory poetyckie, których sam już nie czyta. Dla mnie było to bardzo cenne doświadczenie, ponieważ dostałam solidną motywację do tego, by odkrywać Dehnela właśnie jako poetę, a nie tylko prozaika. Zaintrygowała mnie także różnorodność, ale jak sam prowadzący spotkanie przyznał, właśnie taki był cel - przypomnienie tych tekstów, o których można było zapomnieć.

Główna rozmowa dotyczyła wielu kwestii – od różnorodności gatunków, jakie Dehnel uprawia, przez charakter jego współpracy nad powieściami z Piotrem Tarczyńskim, wspomnienia z domów literatury, po inspiracje i plany na przyszłość. Podobało mi się to, jak otwarty charakter przybrało spotkanie, gdy każdy z widzów mógł wziąć udział w rozmowie – i nie brakło przy okazji trudnych pytań o to, czy pisząc tak wiele rzeczy, pisarz nie rozmienia się na drobne. Niezwykle interesujący był także fragment dotyczący pożyczania języka powieści z innych utworów lub świata zewnętrznego oraz szczegółowego tworzenia bohaterów. Z ostatnią opinią Dehnela nie mogę się jednak zgodzić - dziwi go, że niektórzy twórcy mówią o tym, jak bohaterowie "zaskakują ich" swoimi działaniami. Mnie dziwi całkowite przewidywanie losów własnych postaci.

Jeśli mam jakoś podsumować to spotkanie, chyba najtrafniejsze będzie napisanie - podobało mi się. Uważam za doskonały pomysł zorganizowanie małego sklepiku z książkami autora w korytarzyku prowadzącym do pomieszczenia i bardzo podobało mi się to, że Jacek Dehnel był obecny na sali już samego początku, oglądając z widowni prezentacje aktorów. Polecam, bo to fantastyczna okazja do tego, by posłuchać i porozmawiać o literaturze. Tego mi brakowało!

Bilet na kolejne spotkanie z serii Czytnik - kupiony!

środa, 22 lutego 2017

ROK KRÓLIKA, Joanna Bator







Data wydania: grudzień 2016
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 480

Dwa słowa: po co?







Otwierałam tę książkę z ogromną ciekawością, zafascynowana tytułem oraz opisem. Nie miałam wcześniej styczności z autorką, chociaż jeszcze w czasie studiów słyszałam o niej wiele dobrego w kontekście Ciemno, prawie noc. Jarałam się, przyznaję. Liczyłam na smaczną rozrywkę.

O czym – w teorii
Julia Mrok to autorka bestsellerowych romansów historycznych. W życiu dąży do spełnienia – seksualnego, a także związanego z opowiadaniem i słuchaniem historii. W wyniku swojego ekscentryzmu i egoistycznych zachowań musi zniknąć – zmienia tożsamość i wygląd, opuszcza kochanków. Wyjeżdża do Ząbkowic Śląskich, znanego kiedyś jako Frankenstein. Tutaj zatrzymuje się w jednym z hoteli i szybko odgrywa pełen grozy nastrój oraz mroczną tajemnicę wiążącą się z miejscem.

Moje wrażenie
Zgubiłam się. Ze wściekłą, soczystą pewnością siebie sięgnęłam po tę książkę, zaczęłam ją czytać – i pogubiłam się tak tragicznie, że nie dotarłam do końca. Mam wrażenie, że mogłam otworzyć tę książkę gdziekolwiek, a moje rozumienie byłoby dokładnie takie samo, jak w przypadku czytania od początku. Chodzi o rozwój bohaterki? O opowieść dla samej opowieści? Rok królika składa się z nieskończonej, zbitej narracji, ze skojarzeń, z dziwacznych metafor, wyimaginowanych wizji i interpretacji głównej bohaterki. Ze wszystkiego. A to jednak trochę za dużo.

O czym – w praktyce
Nie jestem już pewna, czym Rok królika właściwie jest, w jakim nazewnictwie mam go umieszczać i jak rozpatrywać. Moim zdaniem brakuje tej powieści dowcipnej lekkości, dzięki której przepływałoby się lekko z rytmem narracji lub jakiegoś pazura, który wyostrzałby chaos. Gonitwa za zmyślonymi historyjkami mnie nie przekonuje, podobnie jak figura głównej bohaterki, świat ją otaczający, w końcu humor, problem kryminalny. Jasne, powieść miała być zbudowana jak tabloid, zbita, składająca się z masy. I takie interpretacje tej książki przejrzałam – analizujące ją jako tą, która podejmuje tematy znane z popkultury oraz powszechne formy przedstawiania trendowych historii. Ja tego nie kupuję.

Krótko? Mam dość
Ta książka sprawiła mi ogromną trudność. Największy mój zarzut – chaos. Brakowało mi jakichś ram, w które byłby zamknięty. Brakowało mi jasno wyznaczonej ścieżki. Jest to dla mnie zbita masa, która atakuje czytelnika harmidrem i nieprzyjemnym, zwielokrotnionym głosem postaci, które nic nie wnoszą, oraz przemyśleń bohaterki, które niewiele dają. Książka nie była ani zabawna, ani pouczająca, ani poruszająca. Ja przez tę nijakość przechodziłam jak przez trudną miazgę. Owszem, Rok królika dało się czytać – ale dość prędko zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie to robię? Nie potrafiłam udzielić samej sobie odpowiedzi.

To było męczące spotkanie. Długie. Bardzo rozczarowujące. Z tego żalu nie zdążyłam nawet zrobić książce zdjęcia przed posłaniem jej dalej. Jest to jedna z pozycji, o których istnieniu po prostu zapomnę. 
 

http://matras.pl

KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI KSIĘGARNI MATRAS
Więcej o książce na stronie matras.pl

piątek, 17 lutego 2017

SUPERBETTER. ŻYCIE TO GRA, NAUCZ SIĘ WYGRYWAĆ, Jane McGonigal






Tłumacz: Ewa Kaniowska
Data wyd.: luty 2017
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 480

Dwa słowa: szach mat?







Podobno życie to teatr, a ludzie – aktorzy. Co jednak, gdy okaże się, że życie to… gra? Przypominająca angażującą planszówkę, interesującą partię szachów lub wciągającą grę cyfrową? Wyzwania, zdobywanie sojuszników, czarne charaktery... Jane McGonigal, światowej klasy projektantka gier, jest zdania, że dzięki obudzeniu w sobie gracza w życiu realnym zmienia podejście do wyzwań. Na stronach swojej książki przytacza najnowsze badania oraz inicjuje SuperBetter, grę, w którą może zagrać każdy.

Sto zadań
Odporność fizyczna, psychiczna, emocjonalna i społeczna – oto cztery rodzaje umiejętności, jakie rozwijają uczestnicy gry SuperBetter dzięki stu zadaniom zawartym w książce. Jane McGonigal zaprojektowała je na bazie naukowej wiedzy dotyczącej gier oraz traumatycznych wydarzeń, które przeżyła w swoim życiu. Gdy po wstrząśnieniu mózgu miała problemy z najprostszymi czynnościami, postanowiła przekształcić codzienne trudności w wyzwania przypominające następujące po sobie etapy gry. Zamiast wyznaczać sobie ogólne i nierealne cele, rozpoczęła od drobnych punktów – małych elementów, dzięki którym uczyła się reagować na stres i ból. Określiła swój cel, zebrała sojuszników wśród swoich bliskich, a następnie każdego dnia pokonywała najbliższe trudności i uzupełniała pozytywne doświadczenia.

Postanowiła przekazać swoją historię dalej - najpierw w sieci, następnie podczas prowadzonych przez siebie wykładów oraz w książkach. Dzięki temu mogła zdobyć relacje innych ludzi, którzy również przekształcali trudności w wyzwania, wykorzystywali gry, by radzić sobie z traumą lub po to, żeby realizować inne, samodzielnie określone cele.

Przejrzyste zasady
Książka SuperBetter charakteryzuje się przede wszystkim niezwykle klarowną konstrukcją. Rozpoczyna ją ogólny wstęp, dzięki czemu czytelnik poznaje sens oraz budowę poradnika. Następnie autorka przytacza własne doświadczenia i przykłady innych osób, które spróbowały przenieść mechanikę gier na codzienne życie. Czytelnik ma przed sobą trzy duże części książki – w pierwszej pozna stan badań dotyczących gier oraz ich wpływ na ludzkie życie; w drugiej dowie się więcej o kilku zasadach gry SuperBetter, w trzeciej otrzyma trzy wyzwania z rozpisanymi poleceniami na każdy dzień. Recepty: „Będzie dobrze, próbuj bądź silny i myśl pozytywnie?”. Nie! SuperBetter to uporządkowany system, który na początku nie wymaga niczego poza… ciekawością.

Doktor Daphne Bavelier w swoim laboratorium nauk poznawczych na Uniwersytecie w Genewie bada wpływ komputerowych gier akcji na plastyczność mózgu i zdolność uczenia się. Ponad dziesięć lat badań przekonało ją, że granie w gry komputerowe prowadzi do reorganizacji neuronalnej, skutkującej zwiększoną uwagą, szybszym podejmowaniem decyzji i efektywniejszym uczeniem się. W istocie dr Bavelier uznaje gry wideo za potencjalnie najskuteczniejszą metodę zwiększania neuroplastyczności u dorosłych.

Ciekawostka - aby pomóc mózgowi w radzeniu sobie z trudnymi obrazami, warto grać w gry wizualne, angażujące uwagę, np. Tetris. Ciekawostka numer dwa - nasz mózg łatwo oszukać, trzeba tylko wiedzieć, jak. (Podczas rozwiązywania problemów połóż ręce wewnętrznymi stronami w górę, Twój mózg odczyta to jako dobry znak i zareaguje w pozytywny sposób na wyzwanie!)

O co toczy się gra?
Nie jestem człowiekiem od poradników. Widzę w nich coś z czarnej magii – ale SuperBetter to więcej niż treść poradnikowa. Dla mnie największą wartość miały informacje dotyczące badań nad grami – jak wpływają na ludzi, gdzie mają zastosowanie. PTSD, depresja, chorujący na nowotwory i osoby w trakcie terapii po poparzeniach – już od lat gry stosuje się jako pomoc w leczeniu, drogę do kontaktu z osobami z autyzmem czy zaawansowany trening umiejętności przydatnych w codziennym życiu. Jane McGonigal tworzy z tego fascynującą opowieść o różnych gatunkach gier, o podejmowanych badaniach. Wnika w umysł człowieka i wskazuje te części mózgu, które możemy... projektować. Cenne jest także to, że każdy z rozdziałów zawiera na dodatek realne i bardzo bliskie czytelnikowi historie, wyznania osób, które zaczęły postrzegać gry jako coś więcej niż odskocznię od codziennego życia – jako doładowania do realnych umiejętności.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że naprawdę nie trzeba wiele. Uważnie przeanalizowałam zadania znajdujące się na końcu książki - ich wykonanie zajmuje zaledwie kilka minut dziennie. To drobiazgi, które powoli zmieniają przyzwyczajenia. Czasem chodzi jedynie o uświadomienie sobie mechanizmów, którym podlegamy. A wszystko to czytelnik otrzymuje w niezwykle przyjemnej formie, z tabelami, wyróżnikami, komentarzem naukowców i zwykłych ludzi. Moim zdaniem to doskonale angażująca treść - dobrze wyważone proporcje między nauką a rzeczywistością, przejrzystość i przyjazny język.

Książka ma charakter poradnikowy i jest w niej wiele bezpośrednich zwrotów do czytelnika/czytelniczki, co w języku polskim – inaczej niż w angielskim – wymaga dookreślenia rodzaju. Dla ułatwienia lektury zdecydowałam się na rozwiązanie mieszane: w co drugim rozdziale stosowałam rodzaj żeński, a w co drugim – męski (przyp. tłum.).

Ukłony dla tłumaczki
Przeczytajcie cytat powyżej - to uwaga znajdująca się w przypisie na pierwszej stronie SuperBetter. Po raz pierwszy spotkałam się z takim komentarzem oraz z tego typu rozwiązaniem - i uwierzcie, że natychmiast zachęciło mnie to do lektury. Ewa Kaniowska wykonała kawał dobrej roboty, doskonale oddając lekkość narracji. Jane McGonigal ma w sobie nieco typowego, amerykańskiego hurraoptymizmu i przekonania o tym, że każdy dream może się ziścić, ale... Hej, życie to gra. Czerpanie z niego przyjemności jak z najlepszej rozgrywki nie może nam zaszkodzić!



KSIĄŻKĘ PRZECZYTAŁAM DZIĘKI WYDAWNICTWU CZARNA OWCA
Więcej o książce na stronie czarnaowca.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...